Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biżuteria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biżuteria. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 czerwca 2020

Agnieszka Lingas-Łoniewska "Kolacja z Tiffanym"






Autor: Agnieszka Lingas-Łoniewska
Wydawnictwo: Burda Książki
Data wydania: 3 czerwca 2020
Liczba stron: 264






Dilerka emocji, czyli Agnieszka Lingas-Łoniewska jest gwarancją sensacyjnej lektury, w której nie brakuje 'czarnych charakterów' czy mafii. Nie uciekła od tego nawet w najnowszej książce, która jest komedią romantyczną z wątkiem sensacyjnym.


Natalia Lisek ma dwadzieścia siedem lat i właśnie straciła pracę. Chciała odpocząć przez tydzień na wsi u rodziców, ale gdy zaczęli ją swatać, wróciła do Wrocławia, gdyż nie nadaje się do życia na wsi. Natalia jest dziewczyną roztrzepaną, wciąż coś gubi i zapomina o okularach (czasem nie ubiera ich celowo, bo chce wyglądać ładniej) a wtedy nie widzi zbyt dobrze. Dlatego gdy poszła na rozmowę o pracę, trafiła nie tam gdzie chciała. Mimo tego, że popełniła mnóstwo gaf wobec prezesa Macieja Granickiego, dostała tę pracę i jej świat zupełnie się zmienił. Zaczęła obracać się w gronie bogatych wielbicieli luksusowej biżuterii a w brzuchu pojawiły się motyle...

Ich sprawcą jest szef dziewczyny, który odwzajemnia te uczucia - zauroczył się nią i poczuł jak może wyglądać życie bez trosk. Zaczął się szczerze śmiać i myśleć o pozytywnych stronach codzienności. Choć Natalia irytuje Macieja to jednocześnie rozbawia go swoimi wpadkami, co odciąga jego uwagę od rodzinnych problemów. Granicki musi spłacić długi z przeszłości, jednocześnie ratując życie ojca i wuja, tylko jaką cenę musi zapłacić? 


Agnieszka Lingas-Łoniewska podarowała nam ciekawe postacie - pięknego anioła z piekła rodem, którego drugie imię brzmi 'kłopoty', przystojnego biznesmena, którego rodzinne koneksje nie zawsze nie zawsze niosą coś dobrego.
Parze głównych bohaterów towarzyszą tajemnice, wpadki, podstarzali adoratorzy, kalabryjska mafia a przede wszystkim humor. W ich pracę oraz pączkujące uczucie wkracza również pewien tajemniczy złodziej, który pojawia się zawsze tam, gdzie oni organizują kolejny event. Kim jest i dlaczego kradnie?

W tej romantyczno-sensacyjnej fabule autorka przemyciła wiele prawd: drugą połówkę spotykamy w najmniej spodziewanym momencie, wsparcie bliskich (rodziców, rodzeństwo) jest niezmiernie ważne; bardzo pozytywnie odebrałam wyjątkową więź między Maćkiem a ojcem. W trakcie lektury trudno jest odkryć wszystkie tajemnice, ponieważ Lingas-Łoniewska ukryła pewne fakty przed czytelnikiem.

Powieść czyta się naprawdę szybko, lekko i przyjemnie. To wyśmienita zabawa z historią, która nie jest nudna a zaskakująca i z dreszczykiem. Uważam, że autorka doskonale odnalazła się w lżejszym niż dotychczas gatunku, choć sensacja to drugie imię Lingas-Łoniewskiej i nie wyobrażam sobie, by w jej twórczości miałoby nie być mafii czy 'czarnych charakterów'.


Podsumowując - "Kolacja z Tiffanym" to opowieść o więzi, walce z przeznaczeniem, zazdrości, poświęceniu, zaskoczeniu i miłości, spłacie długu, marzeniach, śmiertelnym niebezpieczeństwie oraz głosie rozsądku. Jest to historia przepełniona złością, żalem, rozczarowaniem a bohaterowie najczęściej "mówią" wzrokiem. Lecą iskry, latają motyle, jest też zamaskowany mężczyzna, broń i włoskie porachunki. Gorąco polecam!




Książka przeczytana w ramach wyzwań: 52 książki




Za książkę dziękuję


niedziela, 3 marca 2019

Joanna Szarańska "Coś tu nie gra"




Autor: Joanna Szarańska
Wydawnictwo: IV Strona
Data wydania: 13 lutego 2019
Liczba stron: 352
Seria: Kronika pechowych wypadków tom 3










Niezaprzeczalny duet poprawiający nastrój, czyli babcia i wnuczka z 'Kroniki pechowych wypadków' Joanny Szarańskiej po raz trzeci w akcji. Z czego będziemy zaśmiewać się w "Coś tu nie gra"? W jakie afery wplącze się Zojka a co będzie knuła babcia Tuszyńska?

Do Lipówki zawitała zima, na którą obraziła się niesforna i niereformowalna babunia, dlatego postanowiła nie wychodzić z domu. Jednak Zojka jest do tego niejako zmuszona, wszak musi pracować. Jej stosunki z redaktorem Kordeckim uległy ociepleniu, choć do ideału im daleko. Dowodem jest fakt, iż mężczyzna nie dzieli się informacjami, które zamierza opublikować w swojej gazecie. Zojka jednak się nie poddaje i samodzielnie wkręca się do pomocy Karolinie Jedynak przy organizowaniu przedstawienia teatralnego. Żona właściciela salonu jubilerskiego zamierza bowiem stworzyć w Lipówce teatr, mieszkańcy wcielą się w role postaci "Calineczki".

I zapewne nie widać tutaj nic nadzwyczajnego, ale możecie mi wierzyć, iż już sam casting będzie obfitował w zaskoczenia. Później odtwórczyni Calineczki - Patrycja, zostaje znaleziona na schodach, co kończy się hospitalizacją... Czy to był sabotaż? Zamach? Czy ktoś czyha na główną rolę?

Wkraczający w nową fazę związku z Klarą aspirant Chochołek, denerwuje się spotkaniem z matką wybranki. Stres spowoduje wiele niespodzianek, zaś w międzyczasie policjant kombinuje z Zojką jak odkryć prawdę o upadku Patrycji. Plan dziennikarki zostaje wcielony w życie - to właśnie ona zostaje Calineczką. I od tego momentu, będzie musiała ze zdwojoną siłą pilnować tego, by pozostać przy życiu. Kto planuje zamach na Zojkę? I dlaczego?

Joanna Szarańska po raz trzeci wspięła się na szczyt kryminalno-humorystycznej rozkoszy. Umiejętnie połączyła element kulturalny, czyli organizację teatru, zagrożenie życia Zojki, przygotowania ślubne Zosi oraz przekręty i tajemnice, które bardzo długo są dla czytelnika wielką niewiadomą. Przyznaję szczerze, że trudno było odgadnąć tożsamość zamachowca a co dopiero finałową prawdę.

Radości dostarczają również sami aktorzy-amatorzy, którzy swoim zaangażowaniem, strojami oraz zachowaniem powodują uśmiech na twarzy. Niechęć Kordeckiego do Zojki jest widoczna na każdym kroku, ale finalnie i tak wciąż rusza jej na pomoc. Do tego pojawia się policjant-incognito - jestem ciekawa czy odkryjecie jego tożsamość.


Podsumowując - "Coś tu nie gra" to po raz kolejny kryminalny rozśmieszacz w wykonaniu Joanny Szarańskiej. To historia o wolności słowa biednych staruszek, cieście z niespodzianką, złotych radach przed pierwszą wizytą u przyszłej teściowej oraz wyjaśnieniem kim jest 'mołgon' albo co ma wspólnego szoping z szopą. Gorąco polecam z uwagi na świetny styl, lekkość, dialogi oraz całe mnóstwo sytuacji, które teoretycznie na co dzień się nie zdarzają...





"Kłopoty mnie kochają"
"Do zakochania jeden rok"
"Coś tu nie gra"



Książka przeczytana w ramach lutowych wyzwań: Pod hasłem, 52 książki




Za możliwość przeczytania książki
dziękuję

czwartek, 11 maja 2017

James Patterson "Śmierć na żywo"



Współautor: Marshall Karp
Tytuł oryginalny: NYPD Red 4
Tłumaczenie: Alina Patkowska
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Data wydania: 12 kwietnia 2017
Liczba stron: 320
Seria: NYPD Red tom 4








"Śmierć na żywo" jest czwartym tomem serii NYPD Red Jamesa Pattersona oraz Marshalla Karpa. Miałam okazję poznać dwa z dotychczas wydanych tomów: "Zdążę cię zabić" oraz "Piętno Kaina" i podobały mi się tak bardzo, że koniecznie musiałam sięgnąć po najnowszą - czwartą już - część. Czy i tym razem otrzymałam literacką ucztę?

Tam gdzie w grę wchodzą wielkie pieniądze, można spodziewać się skandali i morderstw. Nie inaczej jest w Nowym Jorku, gdzie na premierze najnowszego filmu ma pojawić się Elena Travers, ale uwaga! Na szyi gwiazdy zabłyszczy wart osiem milionów dolarów naszyjnik ze szmaragdów i brylantów. Jednak Elena nie zdąży przejść po dywanie i zaprezentować się w blasku fleszy... Wśród oczekujących na nią osób przejdzie za to szmer przestrachu oraz okrzyki paniki, bowiem aktorka jadąca limuzyną została postrzelona! Dwóch zamaskowanych napastników ukradło naszyjnik zaś ranna gwiazda chwilę później umiera...

Sprawa z pierwszych stron gazet trafia oczywiście do jednostki specjalnej policji Red, oddziału stworzonego przez burmistrza Nowego Jorku, mającego służyć ważnym i bogatym. Zach Jordan oraz Kylie McDonald muszą wyjaśnić kto stoi za napaścią i kradzieżą a finalnie odpowiada również za śmierć Travers. Jednak w tym samym czasie od męża pani burmistrz otrzymują misję specjalną - w tajemnicy przed światem - a zwłaszcza mediami - mają zatrzymać złodziei sprzętu medycznego. Obie te sprawy są ważne i powinny być rozwiązane jak najszybciej, jak to zrobić jednocześnie?


Dwa poprzednie tomy tej serii spowodowały, że stałam się fanką twórczości Pattersona i po "Śmierć na żywo" sięgnęłam z nadzieją na dobrze spędzony czas. Ale niestety mocno się rozczarowałam! Sprawy, którymi miało zająć się Red rozwiązują się właściwie gdzieś obok, same, bez ich większego udziału. Policjanci bowiem zajęci są poszukiwaniem narkomana, którego trudniej wytropić niż niejednego przestępcę. W zleconych im śledztwach Jordan i McDonald robią jedynie dobre miny do złej gry, jeżdżą tu i tam, byle był ruch w interesie a samochód się przemieszczał. Ale już chwałę, która spłynie za robotę innych przyjmą chętnie... Zawiodłam się na nich... W tym tomie ich życie prywatne (w którym zresztą zachowywali się jak dzieci porzucone we mgle) wzięło górę na pracą a to na jej wyniki czekałam najbardziej.

Wynudziłam się bardzo podczas lektury, choć z każdą stroną powtarzałam sobie, że może się jeszcze rozkręci. Niestety, akcji było jak na lekarstwo a pewne fragmenty totalnie mnie denerwowały swoją nierealnością. Całość została ogromnie spłycona, opisana pobieżnie, byle szybciej do końca. Nie odczułam zbyt wielu emocji, adrenalina rzadko szybowała w górę i zaledwie kilka momentów ratuje tę książkę przed totalnym kataklizmem w mojej ocenie.

Odnoszę nieodparte wrażenie, że autorzy chcieli podarować czytelnikowi za dużo - dwie rozwojowe sprawy dotyczące kradzieży a do tego gonitwa za narkomanem, w którą został zresztą wciągnięty policyjny informator - i z tego powodu nie potrafili żadnego wątku opisać na tyle wnikliwie, by mnie "kupić". A to przecież tylko trzysta dwadzieścia stron...

Ta historia ma potencjał i zaczęła się naprawdę doskonale, było morderstwo i kradzież, potem pojawiły się intrygi, szantaże i kilka zaskoczeń, ale ... nie czuję satysfakcji.

Bardzo zawiodłam się na tym tomie serii Pattersona - NYPD Red a jeszcze przed rozpoczęciem lektury niefortunnie zaczytałam się w opisie widniejącym na okładce i ... uczepiłam się nazwiska aktorki - Lavinia Travers. Jakież było moje zdziwienie, kiedy odkryłam, że w książce owszem, występuje Lavinia, ale jest kimś innym a aktorka nazywa się Elena Travers!

Podsumowanie będzie krótkie - sami musicie zdecydować czy sięgnąć po "Śmierć na żywo". Czyta się ją szybko, bowiem język jest bardzo przystępny, rozdziały krótkie a bohaterów nie ma zbyt wielu. Jednak moje zdanie jest takie, że... dam szansę autorowi w kolejnym tomie o NYPD Red a o tym szybko zapomnę.





Książka przeczytana w ramach wyzwań: 52 książki


Za możliwość przeczytania książki
dziękuję


czwartek, 25 lutego 2016

Renata Kosin "Sekret zegarmistrza"




Autor: Renata Kosin
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 3 lutego 2016
Liczba stron: 416









Kiedy byłam w końcowych klasach szkoły podstawowej rodzice przerobili część strychu w naszym domu na pokoje mieszkalne. Wcześniej straszyły tam myszy i hulał wiatr... Wieszaliśmy pranie w zimie, leżały resztki słomy, orzechy włoskie i mnóstwo innych rzeczy. Był to istny skarbiec różności. Zawsze marzyłam, że znajdę tam coś tajemniczego, niesamowitego co pozwoli odkryć tajemnice i zagadki z przeszłości... Jednak zawiodłam się, bo dom budowany był w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku i starsze rzeczy nie zostały w nim ukryte... Pozostaje mi odkrywanie zaszłości z bohaterami książek...


Lena (choć właściwie Helena, ale nie lubi pełnej wersji swojego imienia) mieszka w dworku po dziadkach w Bujanach na Podlasiu. Teoretycznie mieszka z mężem Adamem i córką Ksenią, ale w praktyce większość jej dni upływa w ciszy, bowiem Adam pracuje w Białymstoku i częściej sypia w ich tamtejszym mieszkaniu, podobnie jak studiująca Ksenia. Lena zajmuje się domem, ogrodem a przede wszystkim tworzy i sprzedaje biżuterię, łącząc motywy zegarków z różnymi materiałami. Inspiracją w tej egzotycznej pasji był dla niej dziadek zegarmistrz i pudełko po francuskich czekoladkach zapełnione nie odebranymi przez klientów zegarkami. Już samo pudełko w rękach Leny zdaje się "przemawiać" i szeptać swoją tajemnicę pochodzenia... A kiedy dodamy do tego zegarek z inicjałami "JB", o którym dziadek mówił, że lepiej żeby nie został odebrany... Bohaterka często rozmyśla nad sprawami dotyczącymi przeszłości rodziny, bowiem z opowieści wie, choćby o konflikcie i rozłamie dotyczącym Śmiałowskich (babcia Stefania była z panny Śmiałowska).

Liczba tajemnic rodzinnych do wyjaśnienia powiększa się w chwili, gdy robotnicy burzą jeden z pieców (od wielu lat nie działał i był brzydki) we dworze a w jego środku znajdują nadpalony dziennik oraz starą szmatę (choć może nie tak do końca zwykłą i bez znaczenia, przynajmniej ja miałam takie wrażenie, gdy po raz pierwszy o tym wspomniano. Czy miałam rację?). Ksenia i Lena są ogromnie zaintrygowane do kogo należał, w jakim języku jest napisany, czy w jakiś sposób łączy się z ich rodziną i dlaczego ktoś chciał go spalić... ? Kiedy udaje im się odczytać nazwisko wytłoczone na memuarze (czyli dzienniku) - Emilie de Fleury - rozpoczynają wnikliwe śledztwo. Zamierzają dowiedzieć się jak najwięcej, bowiem to co z trudem odczytały ogromnie je intryguje. Udają się nawet w podróż do Francji, gdyż tam prowadzi trop. Co zastaną na miejscu? Kim tak naprawdę jest właścicielka butiku? Jaką rolę w życiu małego francuskiego miasteczka odegrała kiedyś Emilie? I dlaczego po powrocie z Polski wpadła w depresję? Co się wydarzyło?

Autorka w "Sekrecie zegarmistrza" oprowadziła czytelnika poprzez dwie piękne krainy - Podlasie i południową Francję. Opowiedziała wiele ciekawych historii dotyczących tych miejsc, które sprytnie wplecione w fabułę nie nudzą a jedynie intrygują i fascynują. Bo któż przypuszczał, że napotka w powieści takie nazwiska jak Picasso czy Maria Skłodowska (jeszcze nie Curie)? Pod przykrywką snutej opowieści, dowiedziałam się co nieco o powstańcach i ich niepochlebnym zachowaniu wobec mieszkańców Podlasia.

Sporo pracy włożyła Renata Kosin w przygotowanie tej książki... I to nie tylko pod względem historycznym, ale i kulinarnym. Opisała eksperymentalną kuchnię Stefanii i Honoraty, które uwielbiały piec i gotować często korzystając z darów ziemi, nawet kwiatów (konfitura z fiołków...mhmm...). Pojawia się też temat kuchni tatarskiej. Choć tutaj akurat chętnie dowiedziałabym się co kryje się pod poszczególnymi, jakże nieznanymi nazwami. Ta chyba pierwszy z minusów książki - używanie trudnych słów, bez przybliżenia czytelnikowi ich znaczenia. Przydałyby się przypisy lub choćby słowniczek na końcu lektury (byłyby bardzo pomocne czytelnikowi), bo słowa memuar, kordzik czy kaboszony - oraz właśnie tatarskie dania - nie są wyrazami, których znaczenie znamy, bo nie używamy ich codziennie.
Co mnie jeszcze denerwowało? Postać Nadii, która zachowywała się niezwykle dziwnie i z daleka dało się wyczuć, że coś ukrywa (czy plotki krążące o niej po wsi okażą się prawdziwe?). Niemal każda jej rozmowa z Leną kończyła się szybkim odwrotem i ucieczką, niezależnie od faktu czy rozmowa została skończona a sama Lena... to zbyt szybkie nazwanie Nadii przyjaciółką, trochę mnie do niej zniechęciło. Potraficie nazwać kogoś przyjacielem pod dwóch dniach ucinania sobie pogawędek? Nawet jeśli takie było jej życzenie i tak nazywała sąsiadkę w myślach to jest to bardzo na wyrost.
I jeszcze kwestia wydarzeń we Francji, które moim zdaniem autorka zbyt bardzo ubarwiła, chciała stworzyć coś na kształt sensacji, ale ja poczułam zawód. Zwłaszcza kiedy okazało się, kto został "wynajęty" dużo wcześniej, by nieco zamieszać w bujaneckim dworku a później w Vallauris (Francja).

Ale dość już o minusach, wróćmy do pozytywnych stron książki, bo przecież i tak jest ona bardzo dobrą lekturą, choć po cichutku spodziewałam się takiego "wow" jak przy "Tajemnicach Luizy Bein".
Renata Kosin poruszyła w powieści również ciekawe wątki dotyczące grzechów z przeszłości, chorób, odrzucenia przez społeczeństwo. Jest też próba odkupienia win, udawanie (które nazwałabym również zwodzeniem), kradzieże czy fascynacja regionalizmami. Do zbioru tajemnic i zagadek, jakimi niewątpliwie są dziennik czy pudełko po czekoladkach należy dodać kamień z inskrypcją, karty tarota oraz wisior z aleksandrytem. Jak wszystkie te elementy sprytnie połączą się w piękną opowieść? Co ma tu największe znaczenie? Na czym Lena i Ksenia powinny się skupić? Czy uda im się rozwiązać wszystkie zagadki? Łącznie z genezą mozaiki na tarasie? :)

Powieść początkowo mnie nudziła, uważam że pierwsze sto - sto pięćdziesiąt stron spokojnie można skrócić a i tak da się uchwycić ideę tej historii. Właściwie to czytałam i wciąż czekałam na konkretne wydarzenia. Czekałam aż fabuła się rozkręci i coś zacznie się dziać. Zupełnie nie mogłam złapać tego haczyka, który jest jakże potrzebny, by nawet po odłożeniu lektury wciąż myśleć o bohaterach i ich przygodach. Kiedy już akcja nabrała tempa "Sekret zegarmistrza" czytał się szybko a napięcie wzrastało. Nad zakończeniem rozmyślam do tej pory, nawet kilka dni po zakończeniu przygody z zegarkami... Część zagadek bowiem udaje się bohaterkom rozwikłać, jednak niektóre nadal pozostają zawieszone w próżni... Na szczęście autorka wyjaśnia to później w specjalnym tekście do czytelnika. Napisała tam również, skąd czerpała pomysły i wiecie co? Strasznie mi się ta "zapalnikowa" część podobała... Szkoda, że w moim życiu nie ma czegoś tak intrygującego...

Podsumowując - najnowsza powieść Renaty Kosin intryguje, uczy i pokazuje, że często w starszych pokoleniach należy upatrywać źródła obecnych relacji międzyludzkich. Czytelnik zostaje wciągnięty w poszukiwanie tajemniczej Emilie oraz - odgrywającej niemałą rolę w wydarzeniach - Janki (która była ciotką dziadka Nadii). Komu i czego udaje się dowiedzieć? To już musicie odkryć sami, bowiem powieść z każdą stroną pokazuje nowe wskazówki... Choć nie wszystkie stają się od razu pomocne...  Zabaw się w detektywa!





Książka przeczytana w ramach wyzwań: 52 książki


Za możliwość przeczytania książki 
dziękuję Pani Kasi z


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...