Moje opowiadania


Zdjęcia z bloga Magdy Kordel


Tomik - edycja 6 - 2015


Tajemnicze zniknięcie

Siedziała na szpitalnym łóżku i pustym wzrokiem wpatrywała się w majaczące na zewnątrz wielkie litery – nazwę sąsiedniego marketu. Nie wiedziała jak się nazywa, kim jest ani ile ma lat. Nie pamiętała jak znalazła się w Krakowie ani tym bardziej jakim cudem dotarła do szpitala. Wiedziała jedno... właśnie została matką. Jej maleńka córeczka, nakarmiona i wystrojona w zielonego pajacyka i maleńką czapeczkę, leżała tuż obok niej. Młoda kobieta nie miała ze sobą nic. Ani dokumentów, ani ubrań dla siebie czy dla małej. Koszulę nocną dostała od kobiety z łóżka po prawej, podstawowe przedmioty kosmetyczne i higieniczne potrzebne jej na oddziale podarowały jej pielęgniarki, zaś ubranka dla córeczki przyniosła osobiście pani doktor, która opiekowała się tą salą. Tyle dobrych serc wokoło. Tyle ciepła, uśmiechu i bezinteresownej pomocy. Tylko czy ona na to zasłużyła?

***

Pietrek siedział na swoim ulubionym kamieniu, nad przejrzyście czystym górskim potokiem i grzebał patykiem w jego żwirowym dnie. To było miejsce idealne do rozmyślań. Zawsze gdy miał jakiś problem, kłopot czy zmartwienie przychodził właśnie tutaj. Niektórzy woleli roztrząsać trudne sprawy przy kuflu z piwem w pobliskiej knajpie. Ale nie Pietrek. Jego wyciszał świergot ptaków siedzących na gałęziach strzelistych sosen, szum strumyka i widok majaczących w oddali ośnieżonych górskich szczytów.
Urodził się niemal w górach, bo jego matka ciesząca się wyśmienitym samopoczuciem w ciąży, nie zważała na przestrogi innych, aż jedna z jej porannych przechadzek na początku dziewiątego miesiąca zakończyła się akcją ratowniczą TOPR-u i wcześniejszymi narodzinami synka. Chłopiec wychowywał się wręcz na górskich szlakach, bowiem od najmłodszych lat często wyruszał ze swoją mamą na wycieczki. Dobrze czuł się pośród przyrody a klimat małej wioski u stóp wysokich gór był idealny do założenia rodziny. Tu właśnie chciał spędzić życie.

Pietrek poruszył się nieco na kamieniu, bowiem do jego uszu dotarł dźwięk zakłócający harmonię tego miejsca.

- Pewnie to znów dzieciaki od Kobosów jeżdżą na quadach. – pomyślał – Muszę pogadać z ich dziadkiem, bo pewnie nikt nie wie, że szaleją po terenie rezerwatu.

Kiedy po chwili już tylko wiatr poruszał gałęziami drzew, młody mężczyzna powrócił do rozmyślań o swoich ukochanych bliskich – do żony i nienarodzonego dziedzica nazwiska. Tak sobie przynajmniej Pietrek wymarzył... że to będzie syn. Malinowski to prosty chłop, nie był zbyt kształcony, ale gdyby wiedział, ile cierpień przysporzy mu ta ośla wiara w wymarzoną płeć dziecka...
Im dłużej rozmyślał, tym bardziej krew się w nim burzyła. Szukał tu ukojenia, ale chyba z każdym kolejnym dniem nie będzie potrafił go odnaleźć, nawet w swoim górskim zaciszu. Zaczynały przez niego przemawiać emocje, bo tak niewiele trzeba, by w jednej sekundzie stracić wszystko! Gdzie oni są??? Przecież ciężarna kobieta nie mogła się rozpłynąć w powietrzu! Brakowało mu bliskości ukochanej żony, porannych czułości, wspólnych posiłków, wieczornych rozmów o wydarzeniach i emocjach całego dnia. Byli tak w sobie zakochani, że każda chwila którą tylko mogli spędzać razem, była dla nich celebrowaniem tej miłości. Każdy dotyk, pocałunek czy pieszczota sprawiały, że w miejscu gdzie się znajdowali, iskrzyło. A teraz te iskry rozbłyskały tęsknotą w głowie i sercu Pietrka. Nie mógł sobie znaleźć miejsca w pustym domu, w którym nie czuł ciepła roztaczanego dotychczas przez panią Malinowską. Nie pachniało gotowanym obiadem czy świeżo upieczonym ciastem a gdy kładł się do łóżka, nie czuł swojego ukochanego zapachu – zapachu ciała Magdy chwilę wcześniej umytego w mandarynkowo-cytrynowym żelu pod prysznic. A teraz... teraz przejmowała go ogromna tęsknota, której nie dało się ukoić w żaden sposób. Po prostu musi odzyskać sens swojego życia – swoją rodzinę!


***

Tamtego dnia Pietrek miał dużo obowiązków w gospodarstwie. Z liczącego ponad dwieście sztuk stada owiec należało ostrzyc przynajmniej ćwierć  i wypędzić na pastwisko. Najlepszy pracownik miał akurat złamaną nogę i jako gospodarz, Malinowski sam musiał zakasać rękawy i wziąć się do roboty. Bo przecież nie tylko strzyżenie widniało w dzisiejszym grafiku.

Magda nie chciała przekładać wizyty u lekarza, bo jako przyszła matka pierwszego dziecięcia, chciała upewnić się, że maluchowi jest w jej brzuchu dobrze, a z medycznego punktu widzenia, że wszystko jest w najlepszym porządku. Dlatego podjęła decyzję, że tym razem sama pojedzie na USG do Nowego Targu, a mężowi zda potem szczegółową relację i pokaże zdjęcia.

- Może maluszek wreszcie pokaże mamie czy ma kupować lalki czy samochodziki – rozmyślała Magda. - Przez osiem miesięcy uparcie ukrywał swoją płeć.

Dwudziestopięciolatka szybko pożegnała się z mężem i usadowiła wygodnie za kierownicą ich rocznego fiacika. Czekała ją niezbyt długa droga, ale dość kręta i wąska.

- Oby szczęśliwie dojechać – wypowiedziała na głos swoje życzenie i odpaliła samochód.

Była już dziesięć kilometrów przed Nowym Targiem, gdy rozdzwonił się jej telefon. - Któż to może być? - zastanawiała się zerkając na wyświetlacz, bo nie był to nikt, czyj numer by znała.
„Numer prywatny” - tak głosił napis na jej starym aparacie telefonicznym. Magda włączyła zestaw głośnomówiący.
- Halo... - rzuciła zniecierpliwiona, bo nie do końca chciała teraz odrywać się od uważnej jazdy.
- Dzień dobry. Czy ja rozmawiam z Magdą Ożarską? - rozbrzmiał w słuchawce męski głos.
- Z Magdą tak, ale już nie Ożarską. To moje panieńskie nazwisko – odpowiedziała zdumiona.
Na moment jej rozmówca zamilkł. Słychać było jedynie jego przyspieszony oddech.
- Halo, jest pan tam? - zapytała.
- A tak, przepraszam. W starym człowieku górę wzięły emocje i musiałem napić się łyk wody – wyjaśnił wciąż tajemniczy głos.
- Nie ma problemu, tylko widzi pan, jadę właśnie samochodem. Jest duży ruch a trasa dość trudna, dlatego jeśli to nie kłopot... - zawiesiła na moment głos - … to proszę o telefon za pół godziny.

Magda nie spodziewała się, że po tylu latach głosy przeszłości się o nią upomną. Zresztą gdyby wiedziała co za chwilę usłyszy, zjechałaby w najbliższą leśną dróżkę. Ale nie zrobiła tego... Dlatego w chwili, gdy we wnętrzu niebieskiego autka rozbrzmiały słowa - Madziu, to ja, twój ojciec – wypowiedziane przez obco brzmiący głos, kobieta zamarła i ścisnęła dłońmi kierownicę tak mocno, że aż jej palce pobielały. Przez jej umysł przebiegało tysiące myśli na sekundę, jednak żadna z nich nie dała odpowiedzi na pytanie po co dzwonił ten człowiek, którego już zdążyła wymazać z pamięci. Przecież minęło tyle lat... Ta chwila nieuwagi Magdy spowodowała na drodze tragiczne w skutki wydarzenia. Jej fiat gwałtownie skręcił w lewo uderzając w nadjeżdżający z naprzeciwka samochód dostawczy. W dwa wczepione w siebie auta uderzyło jeszcze pięć innych, które nie zdążyły wyhamować. A starszy mężczyzna kurczowo trzymający w dłoni słuchawkę telefonu, słyszał tylko groźnie brzmiący pisk opon podczas ostrego hamowania i głuchy dźwięk wgniatanej blachy. A potem już tylko ciszę... Telefon wypadł mu z ręki a głowa opadła na oparcie fotela, na którym siedział. Nie był w stanie uformować żadnej konkretnej myśli.
Szczęście w nieszczęściu było takie, że ani Magda ani kierowca dostawczaka nie jechali szybko. Dzięki temu przeżyli, jednak życie dziecka Malinowskich było zagrożone. Dlatego młoda kobieta w ciąży została przetransportowana śmigłowcem do krakowskiego szpitala, gdzie lekarze dokonali cesarskiego cięcia. Nie wiedzieli wtedy, że podwójny szok znacząco wpłynął na stan zdrowia kobiety, której z pozoru nic nie dolegało. Prócz urazu głowy.


***

Od wypadku minął już tydzień. Dlaczego nikt nie szukał dwudziestopięcioletniej kobiety w zaawansowanej ciąży? Przecież przed wypadkiem miała chyba kogoś, kto przejąłby się jej losem.

Starszy mężczyzna szukał swojej córki. Nie znał jednak jej nazwiska, nie wiedział też, że poszukiwania trzeba rozszerzyć o oddział położniczy.

Młody mężczyzna szukał swojej żony, ale kierując się męską intuicją pytał o kobietę oczekującą syna.

***

Amnezja Magdy wraz z upływem czasu zdawała się powoli oddalać. Kobieta zaczynała mieć przebłyski świadomości, kiedy to powracały do niej fragmenty wspomnień, krótkie wizje miejsc lub osób. Nie potrafiła jednak ich skonkretyzować, nazwać ani odnieść do swojego życia. Najbardziej wyraźnym obrazem była mała chatka z winogronem oplatającym dwie drewniane kolumienki przy wejściu a ponad spadzistym dachem przepiękne górskie szczyty, gdzieniegdzie jeszcze ośnieżone.
Tylko czy to wizja jej domu czy może jedynie podszepty wyobraźni? Tego Magda Malinowska nie wiedziała. Z miłością i szczęściem, do których nie potrzebowała pamięci tylko instynktu, oddawała się opiece nad swoją maleńką córeczką, starając się jednocześnie odgonić czarne myśli wypowiadane czasami na głos:
- Kim jesteśmy, kruszynko? Skąd się tutaj wzięłyśmy? Dlaczego nikt nas nie szuka, nie kocha, nie potrzebuje? Gdzie się podziejemy, gdy szpital będzie zmuszony nas wypisać?

W niebieskich oczach dziecka kobieta widziała miłość i bezbronność. Ta mała istota była całym jej światem, bo swojego dotychczasowego, Magda nie potrafiła sobie przypomnieć.


***

Pietrek codziennie jeździł na posterunek Komendy Powiatowej Policji w Nowym Targu i dopytywał o swoją żonę. Jednak schemat rozmów do znudzenia przypominał kiepski film z tekstami, z których wynika, że „nikt nic nie widział, nikt nic nie wie”.
- Czy wiecie już panowie coś nowego w sprawie? - pytał Pietrek tuż po zdawkowo rzuconym „dzień dobry” ze strony wysokiego rudzielca, który uchodził tu za najwyższego stopniem.
- Panie Malinowski – odpowiadał „rudy” - nie wiemy nic więcej ponadto, co już panu mówiliśmy. Wciąż badamy nowe tropy, szukamy poszlak i odwiedzamy wskazane przez ludzi potencjalne miejsca pobytu pańskiej żony.
- Przecież nie rozpłynęła się w powietrzu! Nie jest małą myszką, tylko kobietą i do tego w ciąży – złościł się Pietrek – chyba panowie nie staracie się wystarczająco. Jesteście policjantami czy …
Malinowski w porę się opamiętał, bo na swoje nieszczęście dostałby jeszcze mandat za obrazę funkcjonariusza na służbie. Adrenalina w nim buzowała, był po prostu wściekły. Kiedy uspokoił się nieco, rudzielec zwrócił się do niego spokojnym tonem:
- Proszę pana, proszę mi wierzyć, że robimy co w naszej mocy, by odnaleźć zaginionych. Jedno jest pewne – żona gdzieś być musi, bo zajęli się nią lekarze pogotowia. Nie wiemy tylko dokąd ją zabrano.
- Ale kto ma to wiedzieć, jak nie wy! - odpowiedział od razu Pietrek – Czy służby ratownicze nie działają przypadkiem w porozumieniu z wami?
- Owszem, tak jest w normalnych przypadkach, ale tym razem nie otrzymaliśmy raportu z pogotowia - „rudy” zawiesił głos.
- To są jakieś kpiny! - krzyknął Malinowski – Niech mi pan powie wprost co pan wie. Mam prawo wiedzieć. Chyba że nie może się pan przyznać do zawalonej sprawy. Tylko że tu chodzi o moją rodzinę – dodał zrezygnowany.

W głowie Pietrka galopowały miliony myśli. Niestety niezbyt radosne. Mężczyzna postanowił zadziałać na własną rękę, bo wciąż miał w pamięci tematy programów telewizyjnych, w których mówiono o porwaniach, handlu żywym towarem czy narządami.
- Coś muszę zrobić – gorączkował się – bo te mundurowe pajace tylko pochłaniają kolejne pudełka pełne pączków popijając kawę z nowiuśkiego ekspresu. Ciekawe skąd mieli na niego kasę...


***

Działania – a może właśnie ich brak – nowotarskich policjantów, dotyczące sprawy karambolu na drodze wjazdowej do miasta, doczekały się odgórnej kontroli. Dochodzenie wykazało, że  dopuścili się licznych uchybień w trakcie śledztwa. Nie odnaleźli ani torebki z dokumentami ciężarnej kobiety, ani aktówki mężczyzny z dostawczego. Czy ktoś celowo je ukradł z miejsca wypadku? Komendant Wojewódzki Policji z Krakowa wyciągnął konsekwencje wobec podwładnych z komisariatu prowadzącego sprawę. Zaniedbali nie tylko zabezpieczenie dóbr osobistych poszkodowanych, ale również nie skompletowali pełnej dokumentacji, z informacjami dotyczącymi miejsca ich pobytu, które otrzymali zapewne z pogotowia. Czy ktoś zrobił to celowo? Czy ciężarna kobieta przeszkadzała komuś w życiu, że postanowił ją unieszkodliwić? Jaką rolę w tych wydarzeniach odegrał telefon od ojca, akurat teraz, choć milczał przez piętnaście lat? Odpowiedzi na te pytania pozostaną tajemnicą do czasu odzyskania przez Magdę całkowitej pamięci.


***

Tego samego dnia, gdy pobyt na komisariacie doprowadził Malinowskiego do furii, spotkał się z wieloletnim znajomym - hodowcą owiec z sąsiedniej wsi. Podpisali szybką umowę, na mocy której pastwisko Pietrka opustoszało, ale na koncie bankowym pojawiła się okrągła sumka. Nazajutrz Malinowski ubrany w swój ślubny garnitur, stawił się w Nowym Targu. Miał tam spotkanie, w którym pokładał ogromne nadzieje. Czy wizyta w tym budynku zakończy się po jego myśli? Tego nie wiedział, ale nie miał nic do stracenia. Tylko dużo do zyskania. Wziął głęboki oddech i wcisnął dzwonek do drzwi, obok których widniała tabliczka z napisem „Jerzy Pojezierski. Prywatny detektyw.”






# # # # # # # # # # #


Tomik - edycja 5 - 2015


W głębi serca
Otulona w płaszcz z kożuszkiem i łososiowy szalik z frędzlami stała na Piątej Alei na Brooklynie i wpatrywała się w magię wirujących na wietrze płatków śniegu. W oddali migotały światła mostu Verrazano, w których wesołą grę często lubiła się wpatrywać czekając na przyjazd autobusu. Zwłaszcza w chwilach zadumy i nostalgii. Mimo mrozu i grubej warstwy śniegu nie było jej zimno – choć raz do czegoś przydał się zakup kozaczków znanej firmy, do którego nie do końca była przekonana, ale wyprzedażowa cena kusiła. Jedynie dłonie miała przemarznięte, ponieważ stare i wysłużone rękawiczki nie dawały już spodziewanego ciepła, ale były z Polski... Stanowiły pamiątkę zbyt ważną, by się jej pozbyć.
I znów Betka dotarła w swych podsumowaniach do myśli o ojczyźnie. Zbliżała się Wigilia, już dziewiąta na amerykańskiej ziemi. Nie żeby dziewczyna narzekała, nie było jej tu wcale źle: miała pracę (i to nie sprzątanie, od którego przecież – jak wszyscy – zaczynała), wynajmowała przytulne mieszkanko, miała też okazję sporo zwiedzić. Jednak Nowy Jork to nie jej prawdziwy dom. Kiedy dziewięć lat temu podejmowała ważną dla siebie decyzję i decydowała się na wyjazd było jej ciężko. Rzuciła pracę, studia podyplomowe, zostawiła mamę, rodzeństwo, przyjaciół, znajomych. Nie wiedziała co czeka ją za oceanem, przecież nie wszystkim udawało się coś osiągnąć. Było to spore ryzyko, ale Betka je podjęła. Nie żałowała swojej decyzji, choć niejednokrotnie miała chwile załamania.
-         Tylko co teraz? Co dalej? - myślała, idąc powoli przez zaśnieżony park. Zostawiała za sobą zgrabne odciski podeszwy nowych butów w rozmiarze 39. Jednak jedynie w myślach się oglądała, w rzeczywistości zupełnie za siebie nie spoglądała. - Może powinnam już wrócić do kraju a nie czekać do obiecanego sobie momentu, kiedy upłynie dziesięć lat?


Betkę czekały teraz najtrudniejsze dni w roku. Od zawsze była sentymentalna i rodzinna a okres świąteczno-noworoczny nie nastrajał jej pozytywnie. No, może nie tak bardzo jakby sobie tego życzyła. Wolałaby ubierać teraz choinkę i gotować barszcz w rodzinnym domu i uczestniczyć w spotkaniach ze znajomymi ze szkolnych lat. Gdyby jeszcze miała kontakt ze swoją przyjaciółką ze szkolnej ławy z czasów podstawówki, to może byłoby łatwiej... Jednak decyzja o wyjeździe została podjęta szybko, Ewcia nie mieszkała w tej samej miejscowości i Betka nie zdążyła zostawić swojego adresu czy maila. Ot, takie życie, wcale nie chce człowieka rozpieścić.
Po powrocie do swojego mieszkanka, zwanego przewrotnie „apartamentem”, Betka jak zawsze po przyjściu z pracy czy spaceru zaparzyła sobie malinową herbatę i usiadła w ulubionym zielonym fotelu. Na jej kolana wskoczyła Arika, przesłodka kotka, którą ktoś porzucił kilka miesięcy temu przy śmietniku. Dziewczyna mając ogromną miłość w sercu i to nie tylko dla ludzi, ale i zwierząt, postanowiła kotkę przygarnąć, odkarmić i obdarzyć uczuciem. Zresztą dzięki tej małej i puchatej kulce przypominała sobie rodzinny dom na wsi. Przecież tam wokoło wciąż słyszała miauczenie, szczekanie, gdakanie czy muczenie. A teraz żyła w pięknym mieście, ale niestety betonowym. Gdzie okiem nie spojrzeć rozciągały się typowo miejskie krajobrazy. Nawet wyglądając z okna na niewielkie podwórko nie widać było ani jednej rośliny zielonej. Tylko beton.
-         Miauuuuu.... - Arika postanowiła namówić swoją milczącą panią na zwierzenia.
-         Co się stało, kiciu? Głodna jesteś? A może chodzi o drapanie za uszkiem? - Betka zasypała kotkę troskliwymi pytaniami.
-         Miauuuuu.... - jednak Arika nie do końca potrafiła powiedzieć o co chodzi jej tym razem. Właścicielka musi się domyślić, że zwierzak martwi się o jej posępny nastrój.
-         No już dobrze, chodź naleję Ci mleczka a potem porozmawiamy...

Kiedy kotka piła półtłuste mleko ze ślicznej miseczki w róże, Betka postanowiła wyrzucić swoje żale i na głos rozważyć to o czym do tej pory tylko myślała.
-         Rzuciłam życie w kraju niemal z dnia na dzień, sporo wyrzeczeń kosztowała mnie decyzja o wyjeździe do Stanów. Zresztą i tu na miejscu nie brakowało rozczarowań i trudnych chwil. Przeżyłam tu dziewięć lat, kłótnię z ciocią, utratę miłości fajnego faceta, zawirowania w pracy a przede wszystkim masę uczuć! Od TĘSKNOTY, poprzez PRZYJAŹŃ (choć raczej odczuwalny jej brak) a na MIŁOŚCI skończywszy. Kocham mój kraj, kocham moją wieś a przede wszystkim kocham moją rodzinę. Od śmierci taty wiele lat temu, ogromne oparcie dała mi mama i to jej najbardziej mi teraz brakuje a od chwili startu samolotu nie widziałam się z nią ani razu. Nie patrz tak kocie, też masz lub miałeś mamę i zapewne za nią tęsknisz! A jak widzisz, ja od czasu rozstania z Piotrkiem, nie mam nawet do kogo buzi otworzyć w tych pustych czterech ścianach.
-         Miauuuuu..... - Arika wydała z siebie żałosny odgłos
-         Tak, właśnie rozważam wcześniejszy powrót do domu... Nic mnie tu nie trzyma, oprócz głupiej obietnicy, którą sobie złożyłam w dniu przylotu... Że spędzę tutaj dziesięć lat. Czy dam radę przetrwać jeszcze rok? Tu nikt na mnie nie czeka, nikt nie pyta jak spędziłam dzień i co zamierzam jutro. Tu nikt nie cieszy się z moich sukcesów, nie pociesza w chwili smutku ani nie wybiera się na rowerową przejażdżkę w nieznane. Po powrocie będzie mi ciężko – znalezienie pracy, odnalezienie się w polskiej rzeczywistości po takim czasie nie będzie łatwe, ale od czego ma się rodzinę i przyjaciół? Przecież mam trochę oszczędności a i siostra z bratem nie dadzą mi przymierać głodem. Może trzeba wrócić?
Betka rozejrzała się, ale kotki nie było już obok, znudzona wynurzeniami swojej opiekunki postanowiła wybrać się na cowieczorny obchód mieszkania. Zatem i dziewczyna ruszyła do łazienki, by zmyć z siebie ponury nastrój.
Zasypiając dała sobie czas do 31 grudnia, wtedy ostatecznie rozważy co dalej zrobić ze swoim życiem. Jednak los miał dla niej niespodziankę, która miała ułatwić jej podjęcie życiowej decyzji...


///dzień przed Sylwestrem///
Kilka dni temu dziewczyna postanowiła zarejestrować się na jednym z polskich portali, żeby nawiązać kontakt z dawnymi znajomymi. Miała nieco luźniejsze godziny pracy i tak chciała zapełnić swój wolny czas. Zimą przecież jest to najcieplejsza rozrywka, bo zimny wiatr znad oceanu nie sprzyjał spacerom.
Jak topór nad skazańcem, nad Betką wisiała niedokończona sprawa tego roku a dotycząca decyzji o pozostaniu w Ameryce lub powrocie do kraju. Strasznie gryzło ją sumienie, pobolewało serce a mózg nie chciał współpracować w wypisywaniu „za” i „przeciw”. I właśnie wtedy przyszła wiadomość poprzez portal od …. Ewci!
Betka nie mogła uwierzyć, że zagubiona na niemal dziesięć lat przyjaciółka właśnie pojawiła się na nowo w jej życiu. Wprawdzie tylko wirtualnie, ale „Jak się nie ma co się lubi...”.
-         Co też Ewcia napisała? Zmykam sprawdzić! - krzyknęła właściwie do siebie dziewczyna i już jej nie było.


///rok później///
-         Jeszcze dziesięć minut i samolot powinien lądować – pomyślała Betka, wyglądając niecierpliwie przez maleńkie, okrągłe okienko maszyny i próbując dostrzec zarysy Krakowa.
Nogi nie chciały już dłużej czekać. Pragnęły zbiec po schodkach, rzucić się pędem do hali przylotów i wpaść w objęcia bliskich. Ale logika nakazywała im cierpliwość, wszak tak niczego przyspieszyć się nie da.
Dzięki wsparciu Ewci poprzez częste maile wymieniane na trasie Polska-Stany Zjednoczone, Betka wytrzymała przyrzeczony sobie rok. Kolejne dni upływały pod znakiem oczekiwania, co też tym razem znajdzie się w skrzynce pocztowej. Dziewczyny nadrobiły stracone lata, zarzucając się zdjęciami, informacjami o pracy, życiu codziennym i mentalności ludzi w obu krajach, pogodzie czy zakupach. Ale i tak najbardziej czekały na spotkanie, zaciekawione czy wieloletnia przyjaźń jest tak trwała jak betonowe miasto.



Dwadzieścia minut później niż tego oczekiwano, samolot pasażerski z Nowego Jorku wylądował na płycie lotniska w Balicach. A smukła, wysoka i długowłosa (od zawsze) blondynka wywołała w hali lotniska wiele łez wzruszenia. Wpadając w objęcia mamy i rodzeństwa, widziała kątem oka czekającą nieco dalej … Ewcię.

4 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ewelina mam ochotę na więcej :)
    świetnie piszesz gdzie znajdę dalsze losy bohaterów?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)
      Dalsze losy bohaterów Tajemniczego zniknięcia póki co siedzą w mojej głowie, we fragmentach. Mam w zamiarze zrobić z tego książkę...kiedyś :)

      Usuń
  3. Nie wiedziałem, że piszesz. Koleżanka po piórze :)

    OdpowiedzUsuń

Przeczytałaś/-łeś to co napisałam, napisz co o tym myślisz, będzie mi miło :)

Zastrzegam sobie prawo do usuwania komentarzy anonimowych, obraźliwych i spamu.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...