Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobiografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobiografia. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 marca 2021

Cecilia Poli "Radość do szpiku kości. Pamiętnik chorej matki"

 
 
 
Tytuł oryginalny: Come pietra solcata dal vento. Diaro di un'anima
Tłumaczenie: Joanna Szełęga
Wydawnictwo: Św. Stanisława BM
Data wydania: 2012
Liczba stron: 204





Mediolan, 23.10.2004
Cecilia to osoba pogodna, doceniająca piękno świata, dotyk oraz bliskość, otwarta, wspierająca innych, otoczona miłością wielu osób. Lat trzydzieści jeden. Od dwóch lat żona, od trzech miesięcy matka. Tego dnia jej świat ulega ogromnym zmianom - słyszy diagnozę: ostra białaczka limfoblastyczna. 
Zaczyna prowadzić pamiętnik, w którym zapisuje myśli i odczucia. Opisuje szpitalną rzeczywistość i rozdarcie między pragnieniem wyzdrowienia (a co za tym idzie badania, leki, transfuzje) a tęsknotą za bliskimi, zwłaszcza za synkiem. Boli ją, że nie może uczestniczyć w rozwoju Emanuele.

Bohaterka wielokrotnie musi przezwyciężać niesamowity ból, ucieka się do tańca, Boga, spowiedzi, zapachów, powieści Coelho - do wszystkiego, co może przynieść ulgę. Wciąż marzy i ma nadzieję. Przelicza płytki i białe krwinki. Zmierza do przeszczepu i docenia każdy dzień spędzony w domu, gdy wyniki są dobre.
 
Zdecydowała, że poznamy jej zapiski do 7 sierpnia 2006 roku, choć żyła jeszcze niemal rok dłużej... Dlaczego tak? Nie wiem. 
A przecież przeszczep się udał i liczyłam, że dłużej nacieszy się bliskimi.


Walczyła dzielnie każdego dnia. Z nadzieją patrzyła w przyszłość. Żal mi jej. Jej synka. Cecilia nie załamała się, wielokrotnie dostrzegamy jej humor pomieszany z ironią.


Na końcu książki znajdują się zdjęcia autorki od czasów dzieciństwa oraz napisane przez nią wiersze. To uzupełnienie tego jakże przejmującego świadectwa choroby zapisane w formie pamiętnika.
 
 
 
 
Książka przeczytana w ramach wyzwań: Abecadło z pieca spadło, 52 książki

sobota, 28 listopada 2020

Joanna Sałyga, Piotr Sałyga "Chustka"

 
 
 
 
 
Autor: Joanna Sałyga, Piotr Sałyga
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 2013
Liczba stron: 400
 
 
 
 
 
 
 
 "Chustka" od kilku lat stała na mojej półce, ale z uwagi na tematykę bardzo trudno było mi po nią sięgnąć. W ostatnim czasie jest mi życiowo bardzo źle z różnych powodów i pomyślałam, że to chyba właściwa chwila na książkę, w której bohaterka miała zdecydowanie gorzej...


kwiecień 2010
Joanna miała trzydzieści cztery lata i pięcioletniego synka, gdy usłyszała diagnozę - rak. Wtedy, czekając na pierwszą operację, nie miała jeszcze pewności, gdzie się umiejscowił. Na wszelki wypadek spisała testament.

Jej walkę śledzimy dzięki temu, że prowadziła bloga który po jej śmierci został wydany w formie niniejszej książki. Na ile tylko pozwalało jej samopoczucie Joanna opisywała swoją codzienność - badania, chemioterapię, wizyty u specjalistów (i nie tylko), swoje nadzieje i marzenia. Lęk o synka przeplata się z radami i prośbami pozostawianymi mu na przyszłość oraz z cytowaniem jego zabawnych pytań, ale też mądrych życiowo uwag dotyczących jej śmierci. Chłopiec jest tego świadomy i każdego dnia uzmysławia mamie, jak bardzo ją kocha. Prosi ją, by walczyła.
I walczy. 
Każdego dnia na nowo.
Poszukując nowych metod leczenia.
Konsultując. 
Pozbywając się kolejnych organów.
Wymiotując.
Śpiąc przez wiele godzin na dobę.
 
Walczyła do 29 października 2012 roku.

Jej wola została spełniona - powstała Fundacja Chustka.
 
 
 
Niesamowita lektura. Właściwie autobiografia. O życiu z krótkim terminem ważności. W niepewności, kiedy ono się skończy. Z tęsknotą, bólem, żalem, bezsilnością.

Niewątpliwie nie jest to wesoła lektura. Nie jest to książka dla każdego a już na pewno nie da się jej czytać ot, tak.
Ale naprawdę warta uwagi. 
 
Brak słów, ogrom uczuć i emocji. 
 
 
Dziś bez podsumowania. Uważam, że nie jest potrzebne
 
 
 
 
 
 
 
Książka przeczytana w ramach wyzwań: Abecadło z pieca spadło, Pod hasłem, 52 książki
 
 

środa, 19 sierpnia 2020

Don i Susie Van Ryn, Newell, Colleen i Whitney Cerak, Mark Tabb "Pomylona tożsamość"




Tytuł oryginalny: Mistaken Identity
Tłumaczenie: Patryk Dobrowolski
Wydawnictwo: Hachette Polska
Data wydania: 2011
Liczba stron: 304
Seria: Niesamowite historie







Rzadko sięgam po biografie czy autobiografie, ale czasami robię wyjątek, gdy książka mnie zaintryguje. "Pomylona tożsamość" od dawna stała na mojej półce i choć opis kusił, to niestety zdradził to, co powinno być w tej historii do końca tajemnicą - trochę mnie to rozczarowało. Jednak chciałam przeczytać książkę, by poznać szczegóły. Jak ją odebrałam?


Dwudziestego szóstego kwietnia 2006 roku studenci i ich opiekunowie wracali na Uniwersytet Taylora po przygotowaniu bankietu w Fort Wayne. Jeden z vanów którym podróżowali, zderzył się z ciężarówką a w wyniku wypadku pięcioro z dziewięciorga pasażerów poniosło śmierć. Do szpitala trafiła w bardzo ciężkim stanie jedna ze studentek, którą zidentyfikowano jako Laurę Van Ryn. 

Książka jest świadectwem rzeczywistych przeżyć dwóch rodzin i to z ich perspektywy poznajemy wydarzenia. Tamtego dnia u Van Rynów oraz Ceraków rozdzwoniły się telefony, między rodzicami i rodzeństwem Laury oraz Whitney zapanowała stresująca atmosfera. Kiedy uzyskali konkretne informacje jedni cieszyli się nadzieją, drudzy rozpoczęli planowanie pogrzebu. Fabuła bardzo dokładnie opisuje nam tamte chwile, ze szczegółami poznajemy rozkład dnia obu rodzin oraz niezliczone modlitwy jakie odmawiali - za zdrowie lub spokój wieczny. Laura i Whitney uczęszczały na uczelnię katolicką, Cerakowie i Van Rynowie to bardzo religijni ludzie, dlatego powieść jest przepełniona modlitwami, chwilami zadumy czy fragmentami pisma świętego - jak dla mnie to nieco tego za dużo, na potrzeby wydania książki śmiało można było to odrobinę zmienić.


Przez bardzo długi czas Laura pozostawała w śpiączce, bez kontaktu z otoczeniem. Odwiedzała ją nie tylko najbliższa rodzina, ale również znajomi, przyjaciele, studenci. Rozumiem, że na początku identyfikacja była utrudniona, bowiem na opuchniętej twarzy znajdowały się sińce, zadrapania, bandaże. Jednak z czasem, gdy rany zaczęły się goić a dziewczyna zaczęła dochodzić do siebie, ktoś powinien się zorientować, że to nie Laura! Ponadto, jak mogło dojść do tak rażącego błędu podczas identyfikacji w dniu wypadku?! Kto jej dokonywał?!

Mam wrażenie, iż Van Rynowie po prostu chcieli w niej widzieć Laurę. Odsuwali myśli, że to może nie być ich córka; nie chcieli takiej informacji do siebie dopuścić. Zwłaszcza że wielokrotnie pojawiały się sygnały czy jej słowa, świadczące o tym, kim jest! Dlaczego nikt nie zainteresował się drobiazgami jak buty, które nie były jej a miała je na nogach, ślad po kolczyku... Dlaczego nikt nie posłuchał głosów tych odwiedzających, którzy od lat znali Laurę i po wizycie w jej pokoju mieli wątpliwości? Dlaczego trwało to aż pięć tygodni?


Tak, dopiero po pięciu tygodniach prawda wyszła na jaw. Kiedy już Cerakowie ułożyli sobie życie po stracie córki i próbowali żyć bez niej otrzymali telefon od koronera - to właśnie tą sceną rozpoczyna się książka. Jeden telefon o drugiej nad ranem wprowadza w ich codzienność tak szokującą wiadomość, że Whitney prawdopodobnie żyje.

Tematyka książki jest dość oryginalna, chwilami szokująca. I nie mam tu na myśli dość szokującej zamiany (choć częstsze są sytuacje z zamianami niemowląt w szpitalu po urodzeniu), niecodzienna jest też religijność rodzin i dziękowanie Bogu nawet w chwili, gdy traci się dziecko. Zabrakło mi jednak prawdziwych emocji, są one zbyt ukryte za modlitwami. Może to właśnie z tego powodu momentami czułam, jakby słowa które czytałam nie były prawdziwe a nieco wyolbrzymione. Reakcje nie do końca odebrałam jako realne.
Fabułę ubarwiają teksty z bloga, treści listów czy wpisów z dzienników, do tego naprzemienna narracja każdej z rodzin.
Jestem pewna, że książkę warto przeczytać - ale trzeba do niej podejść z dużą dozą segregowania czytanych słów.


Podsumowując - "Pomylona tożsamość" to prawdziwa historia o utracie nadziei, jej niespodziewanym odzyskaniu, żalu, uczuciu nierealności gdy rodzic musi pożegnać swoje dziecko; o pokonywaniu zakrętów oraz cudów, które czasami się przecież zdarzają. Jest to niecodzienna opowieść o życiu, śmierci, miłości oraz wierze. Warto ją poznać







Książka przeczytana w ramach wyzwań: Abecadło z pieca spadło, 52 książki

poniedziałek, 20 lipca 2020

Jennifer Barrie "Uwięzieni w raju"





Tytuł oryginalny: Marooned on Mogmog
Wydawnictwo: Hachette Polska
Data wydania: 2012
Liczba stron: 296





Każdemu z nas - albo przynajmniej większości - palmy, złociste plaże oraz wyspy z rafami koralowymi kojarzą się z rajem. Z wakacjami, czasem odpoczynku, luksusu i kolorowymi drinkami.

Jakże to czasem złudne wizje przekonała się pewna australijska rodzina, która postanowiła wyruszyć w dwuletnią podróż swoim katamaranem. Jennifer oraz Andrew Barrie wzrastali w pobliżu wody, zawsze żyli pełną piersią i dlatego kupili "Windridera", by wraz z córkami przeżyć podróż życia.

Wypłynęli 1 lipca 2009 roku z zamiarem podróżowania po Oceanie Spokojnym. Często schodzili na ląd, poznali różne kultury, tradycyjne stroje, brud, biedę, nawiązali wiele przyjaźni. Jednak 23 marca 2010 roku ich radosne chwile przerwał tajfun, który poważnie uszkodził łódź. Dodryfowali do Mogmog, maleńkiej wyspy w stanie Yap w Mikronezji. Nikomu nic się nie stało, ale wiedzieli że utknęli wśród obcych ludzi, którym nie można było do końca ufać. Raz pomagali, innym razem kradli. Rozszabrowali sporą część ich rzeczy, wielokrotnie zdarzały się kłótnie. Na szczęście wódz przydzielił im tymczasowy dom, więc mogli jakoś przetrwać ten trudny czas.

Choć wokół nich było przepięknie - plumerie, kwiaty bugenwilli, drzewa bananowe czy palmy kokosowe to mieli tak wiele problemów, że to nich się skupiali. Musieli pilnować ocalałego dobytku, wciąż uczyć zdalnie córki, zadbać o dostawy części i materiałów potrzebnych do naprawy katamaranu a przede wszystkim żywności. Jak się okazało nawet w XXI wieku, w dobie przelewów, kart kredytowych, maili i samolotów nie było to łatwe. Wciąż pojawiały się przeciwności losu, byli zmuszeni do diety odchudzającej a dzięki licznej rodzinie i przyjaciołom przetrwali na wyspie kilka miesięcy. Nie będę podnosić napięcia brakiem konkretów, bowiem skoro książka powstała wiemy, że bohaterowie przeżyli i wyrwali się z raju.


Książka jest wspaniałą literaturą faktu, pokazującą życie ludzi na małych wysepkach. W niektórych przypadkach mieszkańcy są uczynni i gościnni, w innych kradną i kłamią uważając, że im się po prostu należy a oni będą przez całe dnie leżeć w hamakach. Bohaterom najtrudniej było dostosować się do reguł i zasad panujących na Mogmog - kobiety nie mogą tam wykonywać ciężkich prac fizycznych, uczestniczyć w spotkaniach mężczyzn, wszystkie chodzą topless, choć zabrania się pokazywania ud a nawet pocenia! Szokujące dla rodziny Barrie było, że nikt nie interesuje się dziećmi, nie wychowuje ich.

Autorka opisała jak obchodzone są różne uroczystości, jak traktuje się zwierzęta, sytuacje absurdalne czy abstrakcyjne oraz własne wpadki. Książkę czyta się naprawdę szybko i dużym zainteresowaniem, bowiem poznajemy nieznany nam świat i zwyczaje zupełnie odmienne od naszych. Egzotyka jest ciekawa, ale wolałbym ją w wydaniu mniej ekstremalnym i myślę że nie tylko ja. My, Europejczycy przyzwyczajeni jesteśmy bardziej do 'all inclusive' niż do warunków, jakich rodzina Barrie doświadczyła na Mogmog, gdzie musiała wręcz walczyć o przeżycie - z powodu braku jedzenia, problemu z dostępem do lekarza czy brakami w dostawach prądu, już o papierze toaletowym nie wspominając.



Podsumowując - "Uwięzieni w raju" to pasjonująca przygoda - o ile jest się obserwatorem z perspektywy wygodnego fotela. Ci ludzie przeżyli większą przygodę, niż się spodziewali. Jest to historia o uporze w dążeniu do celu, pokonywaniu trudności i oporu mieszkańców, o sile i determinacji, walce z kradzieżami i brakiem dostaw. O życiu w pięknej krainie, która wcale miodem i mlekiem nie płynie, bowiem tubylcy wolą postawę roszczeniową i ciężko im zrobić cokolwiek, by odmienić swój los.




Książka przeczytana w ramach wyzwań: Abecadło z pieca spadło, Wyzwanie LC (psy), 52 książki

piątek, 13 marca 2020

Ryan Knighton "Zapiski niewidomego taty"





Tytuł oryginalny: C'mon Papa. Dispatches From a Dad in the Dark
Tłumaczenie: Anna Nowak
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Data wydania: 2011
Liczba stron: 288
Seria: Zbliżenia




"Zapiski niewidomego taty" to autobiografia mężczyzny, który choruje na retinopatię barwnikową, charakteryzującą się powolną utratą wzroku. Moją uwagę przyciągnęła przede wszystkim okładka, ze słodkim bobasem, ale byłam również ciekawa, jak bohater poradził sobie w nowej rzeczywistości.

Ryana poznajemy w chwili, gdy dopiero przygotowuje się do roli taty. Wraz z żoną Tracy kilkukrotnie się przeprowadzają (nowe miejsca stanowią dla niego wyzwanie, gdyż nie zna okolicy), przeżywają poronienie oraz jej rzadką chorobę wymagającą chemioterapii. Później następuje okres ciąży, podejrzenie o zespół Downa, ryzyko punkcji, przygoda ze szkołą rodzenia i moment narodzin długo wyczekiwanej córeczki - Tess.

Na każdym etapie Ryan czuje się bezradny, wielu rzeczy nie jest w stanie zrobić, musi liczyć na żonę, która przecież ma już niemało na głowie. A tu jeszcze on - uwieszony jej łokcia. Nawet gdy miała częste skurcze, ciągnęła ze sobą męża. Bohaterowi trudno jest poczuć się prawdziwym tatą, gdyż wciąż potrzebuje rad, wskazówek i ogromu pomocy. Zwykły spacer z córeczką staje się wielką i niebezpieczną wyprawą. Odnalezienie jakiegoś przedmiotu w domu graniczy z cudem, jeśli wcześniej sam tego nie odłożył w dane miejsce. Ma trudności z przewinięciem czy nakarmieniem córki, nie jest w stanie rozpoznać kiedy dziecko się dławi posiłkiem. Ryan liczy, że z czasem, gdy Tess będzie starsza, będzie potrafiła pomóc mu w cieszeniu się rodzicielstwem, dzięki możliwości sygnalizowania mu słownych komunikatów. Póki co wraz z Tracy obserwują jak ich córeczka odkrywa nowe rzeczy.


Przyznaję szczerze - książka nieco mnie rozczarowała. Spodziewałam się czegoś innego, w sumie nie wiem czego oczekiwałam, ale zabrakło mi lekkości, naturalności a przedstawione emocje nie chwyciły mnie za serce, czyżby to wina stylu autora? Opis zwiastował wzruszającą i zabawną autobiografię, ale jak dla mnie, nie ma tam żadnego z tych elementów.

Z każdą kolejną stroną czytało mi się coraz ciężej, denerwowały mnie wtrącenia niezwiązane z tematem, nie wnoszące nic ciekawego do fabuły a jedynie wytrącające z niej. Zbyt duży fragment życia bohaterów opisano sprzed narodzenia Tess a wedle tytułu to bycie ojcem miało stanowić trzon tej książki. Nawet jeśli już tak to zostało pomyślane, to liczyłam na coś, co mnie wciągnie a tymczasem właściwie nie mogłam się doczekać, kiedy zmęczę książkę.

Właściwie to nie potrafię nazwać jednym słowem, co mnie tak rozczarowało, ale nawet momenty stresujące, gdy Ryan zostawał sam z córeczką albo gdy wychodził z nią na spacer, unikając przeszkód wszelakich, nie wywoływały we mnie większych emocji. Nie czułam adrenaliny, stresu, obawy... Sami musicie zdecydować, czy sięgnąć po "Zapiski niewidomego taty" i próbować odnaleźć w niej więcej plusów.







Książka przeczytana w ramach wyzwań: Wyzwanie LC 2020, 52 książki

sobota, 10 września 2016

Joanna Tlałka-Stovrag "Jeszcze żyję... Historia prawdziwa"




Autor: Joanna Tlałka-Stovrag
Wydawnictwo: Oficyna Wydawnicza Branta
Data wydania: 2007
Liczba stron: 168










"Jeszcze żyję..." to wyjątkowa książka. Bowiem nie jest to powieść obyczajowa z fikcyjnymi bohaterami, której akcja dzieje się w realnym miejscu z prawdziwym tłem historycznym. Nie! Tutaj właściwie mogę śmiało napisać, że to literatura faktu, że to autobiografia, że tu wszystko jest na serio. Prawdziwa krew, prawdziwi ludzie, prawdziwe ludzkie dramaty i w czasie lektury nie można siedzieć z obojętnym stosunkiem w fotelu z kubkiem herbaty...

Zanim zacznę swoją recenzję, chciałabym najpierw przybliżyć Wam nieco konflikt bałkański. Dlaczego? Wiadomo, że żadna wojna nie jest mile widziana, że żadna nie niesie nic dobrego. Każda niesie śmierć i cierpienie ludzi, jednak dla mnie ta na Bałkanach jest "inna niż inne". Zapewne myślicie dlaczego tak uważam... Ponieważ zupełnie nie rozumiem dlaczego (magiczne słowo "dlaczego" wciąż się pojawia w mojej wypowiedzi) wybuchła.

Jaki był sens i cel... Możecie szukać odpowiedzi w Wikipedii, w licznych opracowaniach historycznych z tego okresu, które prezentują czasami różniące się między sobą wersje. Inny pogląd na przyczyny wybuchu wojny mają bośniaccy Muzułmanie, inny bośniaccy Serbowie a jeszcze inny bośniaccy Chorwaci. Choć przecież wszyscy byli stronami tego konfliktu.

Autorka nie chce zajmować stanowiska w tej sprawie, nie zamierza oceniać czy analizować, ale kiedy poprosiłam ją o kilka słów wstępu, zacytowała słowa swojego sarajewskiego profesora:
"(...) wielu moich przyjaciół również nie spodziewało się, ani nawet nie przeczuwało zbliżającego się koszmaru. Nawet kiedy w 1991 r. wybuchła 10-dniowa wojna w Słowenii - na skutek odłączenia się tej republiki od Jugosławii, nawet kiedy straszne dni nastały również dla pragnącej niezależności Chorwacji i  został zrównany z ziemią chorwacki Vukovar, zniszczony Dubrownik..., w Sarajewie nikt nie przypuszczał, że wojna ogarnie również Republikę Bośni i Hercegowiny.

Bośniacy, w przeważającej części - z wyjątkiem bośniackich Serbów, chcieli dalej żyć w wielokulturowej, wieloreligijnej, ale niezależnej i suwerennej Bośni i Hercegowinie. Nie chcieli walczyć, wierzyli, że nic podobnego jak w Chorwacji u nich się nie zdarzy. Twierdzili, że aby prowadzić wojnę, potrzeba chętnego do walki, a oni nie chcieli rozlewu krwi.

A jednak wojna, wcześniej zaplanowana przez polityków-kryminalistów - jak nazywał ich mój sarajewski wykładowca, który doskonale znał historię i podkreślał, że marzeniem Serbów od dawien dawna było stworzenie Wielkiej Serbii, a Chorwatów - Wielkiej Chorwacji - wybuchła. Kiedy zabrakło Tity - dyktatora, który trzymał sztuczny twór, jakim była Jugosławia w całości, propagandowe media podporządkowane ówczesnym rządzących podsycały nacjonalizmy. I tak nieszczęście stało się faktem - wojna nie ominęła Bośni i Hercegowiny i jej mieszkańców, którzy tam od wieków żyli razem i nadal chcieli tak żyć... Nie chcieli, by Bośnia i Hercegowina zniknęła z mapy, chcieli, by była niepodległa i samodzielna, więc nieprzygotowani do walki, byli zmuszeni jej bronić".



Joanna jest studentką - młodą, piękną dziewczyną z marzeniami, by kiedyś w dorosłym życiu móc biegle posługiwać się językami bałkańskimi. W ramach stypendium naukowego wyjeżdża do Sarajewa, by na tamtejszym Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu zdobywać wiedzę. Jednak oprócz chwil spędzanych na zajęciach Joanna chłonie klimat miasta po swojemu - zwiedza, słucha muzyki, poznaje sarajewian i ich gościnność, szczerość odkrywając, że to bardzo wylewni ludzie... Kraj, w którym się znalazła i jego kultura, zaczął ją fascynować a nawet zaskakiwać, gdyż czymś normalnym były tam koce i erotyka, niedostępne wtedy w PRL-owskiej Polsce. Stała się wręcz entuzjastką Sarajewa, to miasto ją przenikało i rodziła się miłość... Najpierw do miejsca a potem do bośniackiego Muzułmanina - Seja. To uczucie zrodziło się w ułamku sekundy, choć jeszcze wtedy oboje tak do końca nie zdawali sobie z tego sprawy... Czuli, że jest między nimi coś pięknego, wyjątkowego, pewne porozumienie dusz i serc. Młodzi spędzali ze sobą każdą wolną chwilę, jednak przyszedł czas, gdy Joanna musiała wrócić do Polski. Jej studencki czas w Sarajewie dobiegł końca.


Joanna i Sejo - Sarajewo - przed wojną


W wakacje 1992 roku Sejo miał przyjechać do Krakowa, by poznać rodzinę ukochanej dziewczyny. Jednak nie mieściło się w to planach LOSU. Ten miał inne, swoje własne i nie do końca radosne... Na Bałkanach wybuchła wojna. Sarajewo - a wraz z nim i Sejo oraz wielu innych znajomych młodej Polki - zostało odcięte od świata... Przestała działać poczta, telefony, w mieście brakowało prądu, wody i gazu, nie wspominając o żywności. Nikt nie mógł być pewny swego losu, gdyż trwały ostrzały a budynki rozsypywały się jak domki z kart... Nie wspomnę jak rozdzielano rodziny, jak śmiałkowie próbowali wydostać się z oblężonego miasta... To po prostu nieludzkie! Okropnie to przeżyłam... Piekło na ziemi rozdzieliło rodzącą się miłość. Sądzę, że wielu ludzi po prostu by sobie darowało, odpuściliby takie uczucie, jakże niepewne dnia jutrzejszego. Ale nie ONA, nie Joanna...

akredytacja z 1995 r.
Dziewczyna poruszyła niebo i ziemię, wydeptała ścieżki do osób, które mogły pomóc jej w jakimkolwiek kontakcie z Sejem. Dokonywała rzeczy niemożliwych tracąc ogromne kwoty pieniędzy, byle tylko móc przekazać mu list, paczkę czy usłyszeć jego głos... Jakże mało istotne były wtedy dla niej pieniądze, bowiem sercem rządziła miłość. Podczas lektury byłam pod ogromnym wrażeniem determinacji Joanny, niejedna tak młoda kobieta dawno już by zmieniła obiekt zainteresowania... Jednak nasza bohaterka i zarazem autorka tej książki czerpała siłę z listów, które otrzymywała z Sarajewa. Martwiły ją opóźnienia w przekazywaniu poczty, dlatego znalazła sposoby na inny kontakt z ukochanym.


To nie jest powieść obyczajowa, dlatego śmiało mogę napisać, że obecnie Joanna i Sejo są małżeństwem. Jednak droga do chwil szczęścia, radości i posiadania rodziny, była długa i wyboista. Istotą tej książki jest miłość, która "góry przenosi", która nie boi się niczego i jest tak ogromną siłą napędową, że potrafi pokonać strach, ból, odległość, lęk o bliską osobę, śmiercionośne żniwo wojny... Lektura jest ogromnie poruszająca. Podczas czytania nie mogłam ukrywać wzruszenia i emocji towarzyszących podróży Joanny do ogarniętego wojną Sarajewa. To było szalone! Nieprawdopodobne, niezwykłe a zarazem piękne. Jeśli ktoś przeczyta "Jeszcze żyję..." bez choćby jednej chwili wzruszenia, bez podniesionego ciśnienia to z pełną stanowczością stwierdzę, że ma kamienne serce. Bo nie da się przejść wobec tej historii obojętnie!

Nie przeszedł zresztą sam - nieżyjący już - Waldemar Milewicz - dziennikarz telewizyjny i korespondent wojenny, który o miłości tej pary na tle konfliktu w Sarajewie, nakręcił film "Zwykła historia". Na kartach książki pojawia się wiele informacji o dziennikarzu i kulisach kręcenia tego filmu. Mam ogromną ochotę, by go obejrzeć.


autorka w Mostarze (stolica Hercegowiny)
Autorka w swej książce nie skupiła się tylko i wyłącznie na sobie i swoich uczuciach do Seja. Poruszyła wiele ciekawych wątków - wielokulturowość mieszkańców Sarajewa, czasy studenckie, różnice między życiem w Bośni i w Polsce w latach dziewięćdziesiątych, niesamowitą postawę swojej mamy. Wspomniała też o wielu ludziach o dobrych sercach, którzy bezinteresownie pomagali jej w dążeniu do celu, jaki sobie postawiła. A przecież nie był banalny... To był trudny czas pełen wyrzeczeń, walki, stresu i cierpienia... Przez co przeszła? Kto najbardziej jej pomógł? Co udało jej się uzyskać dla Seja? Jak wyglądała krok po kroku ich droga do szczęścia? O tym wszystkim dowiecie się już szczegółowo z lektury.




Ja ze swej strony gwarantuję Wam ogrom emocji, uczuć a nawet łzy wzruszenia czy wściekłości. Książka jest niezwykłym świadectwem miłości, która pokonuje wszelkie postawione jej na drodze przeszkody. Nawet wojnę! Pozostaje pozazdrościć takiego uczucia... Wiary i nadziei też...





Kilka słów o autorce - rodowita krakowianka, absolwentka slawistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Część wykształcenia zdobywała na Uniwersytecie w Sarajewie, gdzie wyjechała na stypendium naukowe. Ukończyła podyplomowe studium dla lektorów języka polskiego jako obcego. Z zawodu i zamiłowania zajmuje się przekładem i nauczaniem języków południowosłowiańskich: chorwackiego, bośniackiego i serbskiego. Jest tłumaczem przysięgłym tychże języków na Liście Ministerstwa Sprawiedliwości.
Strona internatowa autorki - KLIK



Wszystkie fotografie dzięki uprzejmości autorki


Książka przeczytana w ramach wyzwań: Pod hasłem, 52 książki


Za możliwość przeczytania książki
dziękuję Autorce

piątek, 27 maja 2016

Monika Sawicka, Monika Kamieńska "M do kwadratu"



Autor: Monika Sawicka, Monika Kamieńska
Wydawnictwo: Magia Słów
Data wydania: 2012
Liczba stron: 109
Forma: e-book










Ta niewielkich rozmiarów książeczka (choć właściwie w wersji elektronicznej tego się tak bardzo nie odczuwa) jest zbiorem listów a właściwie maili, które wymieniają między sobą Monika Sawicka (pisarka) wraz z przyjaciółką Moniką Kamieńską. Dwie Moniki i ich biografie to główny motyw tej książki, bowiem kobiety pisząc do siebie ujawniają sporo ze swojego życia.

Dawniej z przyjaciółkami wymieniało się zwyczajne listy, wybierało papeterię, kleiło znaczek i ...czekało na listonosza. Teraz są szybsze sposoby kontaktu, codziennie można wymieniać się mailami z wiadomościami "na żywo", gdzie dowiadujemy się co słychać.
Dwie Moniki piszą o życiu, o dzieciach, prowadzeniu domu, facetach, kulinariach, romansach. Ale są też poważniejsze tematy jak samobójstwo, choroby wraz z profilaktyką, siłownia i dbałość o kondycję oraz śmierć Szymborskiej.

Może i komuś się wydaje, że to nudna jak flaki z olejem lektura. Bo kto chciałby czytać cudze listy..... hmmm... Jest w tym część racji, ponieważ ja - z całym szacunkiem do moich przyjaciółek - nie zdecydowałabym się opublikować swoich maili (czy innych form listów) wymienianych z nimi. Uważam, że to poufne, tajne i osobiste. Ale skoro autorki i zarazem bohaterki chciały to zrobić, należy zatem podejść do czytania w inny sposób niż do powieści. Oceniając pod tym kątem uważam, że to całkiem dobry zbiór felietonów, biografio-autobiografia czy też opublikowany zestaw życiowych spraw mailem pisanych. Grunt to potrafić napisać o życiu i jego problemach w sposób humorystyczny, ale zarazem mądry i to się Monikom udało! Pokazały, że kobieta po czterdziestych urodzinach też może czuć się piękna, może mieć marzenia i spełniać się nie tylko jako matka i żona. A ileż podobieństw można znaleźć między swoim a ich życiem... choć z pozoru nic nas nie łączy...






Książka przeczytana w ramach wyzwań: Gra w kolory II, Grunt to okładka, Pod hasłem, 52 książki

piątek, 17 kwietnia 2015

Danielle Steel "Światło moich oczu"



Tytuł oryginalny: His Bright Light
Tłumaczenie: Krzysztof Skonieczny
Wydawnictwo: Między słowami / Znak
Data wydania: luty 2015
Liczba stron: 416











Danielle Steel jest autorką ponad stu dwudziestu książek, które uwielbiają czytelnicy na całym świecie. Spora ich część osiągnęła sukces (oraz miano bestsellera) a autorka została nawet rekordzistką Guinnessa. Jednak czy zastanawialiście się kiedyś jak wygląda jej życie prywatne? Czy jest szczęśliwa w małżeństwie? Ile ma dzieci? Albo czy miała z nimi jakieś problemy wychowawcze? Czy jej życie to sielanka i dlatego z taką lekkością tworzy kolejne powieści? Przyznaję, że ja do tej pory nie zastanawiałam się nad odpowiedziami na te pytania. Aż do chwili, gdy sięgnęłam po niniejszą powieść autobiograficzną, inaczej wyobrażałam sobie życie tak poczytnej pisarki.

Kilkuletni Nick
Steel nie miała łatwego życia. Jak niemal każda kobieta chciała być szczęśliwą żoną i matką. Jednak los nie był dla niej łaskawy. Nie mogła znaleźć dobrego partnera życiowego, była w wielu związkach, miała kilku mężów i dziewięcioro dzieci (nie wszystkie były jej biologicznymi). W książce poznamy kolejnych mężczyzn z życia pisarki, kolejne ciąże, porody, dorastanie dzieci. Jednak najwięcej uwagi autorka poświęciła swojemu synowi - Nickowi, dla którego ta publikacja ma być hołdem. Dlaczego?  

Choroba afektywna dwubiegunowa, czyli psychoza maniakalno-depresyjna
Nick z mamą
jest chorobą ciężką i niezwykle śmiertelną. Często osoby chore na depresję maniakalną po prostu popełniają samobójstwa. Nie miałam jeszcze okazji spotkać się z powieścią, gdzie wątek takiej choroby byłby tak szczegółowo przedstawiony. I to na przykładzie dziecka, największego skarbu dla matki. Ileż cierpienia dostarcza każdej kobiecie choroba dziecka. Ile łez spłynie, gdy dziecko zapada na jakąś chorobę przewlekłą (wiem to z własnego doświadczenia, jakim szokiem była dla mnie cukrzyca mojej córki) a tym bardziej trudno mi sobie wyobrazić szok Steel, gdy usłyszała diagnozę dotyczącą synka Nicka. Zresztą długa droga prowadziła do tej diagnozy...

Czytelnik poznaje Nicka od chwili jego narodzin, poprzez kolejne lata, kiedy musiał zmierzyć się ze zmianami w życiu matki, pojawianiem się nowego rodzeństwa (nie dla każdego miał pozytywne uczucia) a także trudnymi kontaktami z biologicznym ojcem. A przecież psychika dziecka i jego zdolności
do rozumienia świata dorosłych nie są tak rozwinięte jak u nas - dorosłych.
Najgorsze było to, że problemy dziecka dostrzegała tylko matka. Psychiatrzy i nauczyciele twierdzili, że nic złego się nie dzieje a chłopcu potrzebna jest dyscyplina. Na wielu polach był podobny do swoich rówieśników, miał swoje pasje: baseball, taniec, muzyka, deskorolka czy śpiewanie z playbacku. Jednak kiedy "znikał" grzeczny Nick jego zabawy z innymi stawały się niebezpieczne, brutalne wręcz a przedmioty w pokoju ulegały zniszczeniu. Miał wtedy jedenaście lat.

Szesnastoletni Nick z rodzeństwem
Zachowanie chłopca stawało się coraz gorsze, wściekał się, izolował, uzależnił od leków. Tłumaczono to dorastaniem, jednak matka wiedziała, że nie jest to do końca prawdą. Trudno było dla Nicka znaleźć szkołę i dobrego psychiatrę, nie każdego dziecko akceptowało. Swój ból i cierpienie Nick opisywał w prowadzonych dziennikach. On sam jako czternastolatek postrzegał siebie, jako osobę z dwoma tożsamościami. Danielle żałuje, że nie sięgnęła po jego dzienniki wtedy, gdy mogła mu pomóc. Teraz, po jego odejściu, gdy je czyta wie, że byłyby bardzo pomocne, jednak szanowała jego prywatność. Nick odziedziczył talent pisarski po mamie i często pisał opowiadania, teksty piosenek, pamiętniki. W słowie pisanym zawierał swój smutek, strach i samotność. W siódmej klasie wyszło na jaw uzależnienie od narkotyków i seksu a pod koniec ósmej klasy Nick został wydalony ze szkoły. Nie chcieli go przyjąć w szkole z internatem, miał bowiem problemy z podporządkowaniem się zasadom.

Nick z mamą
Młody i przystojny chłopak a jakże nieszczęśliwy. Był agresywny i wrogo nastawiony, często przewracał plany rodziny do góry nogami. W wieku piętnastu lat był leczony na uzależnienie narkotykowe i tak naprawdę to wtedy lekarz, z ogromną niepewnością i obawą postawił wstępną diagnozę. Jak potoczyło się dalsze życie Nicka? Czy był w stanie żyć w miarę normalnie zażywając leki? Zapraszam do zapoznania się z tą bardzo bogatą w emocje powieścią, która obfituje również w zdjęcia oraz fragmenty twórczości Nicka.


Danielle Steel pisząc "Światło moich oczu" chciała w pewien sposób pożegnać się z synem. Nick odszedł,ale przecież na zawsze pozostanie w sercu matki. Dzięki przelaniu swoich myśli na papier, może będzie jej łatwiej pogodzić się ze stratą? Może ta książka uzmysłowi innym rodzicom, co mogą nieść niepokojące zachowania ich dzieci? Może dzięki temu, ktoś lepiej przypilnuje swoich pociech i po raz kolejny uratuje przed śmiercią?



Wszystkie zdjęcia pochodzą z książki



Książka przeczytana w ramach wyzwań: Pod hasłem, 52 książki


Za możliwość przeczytania książki
dziękuję Pani Małgosi i

niedziela, 7 grudnia 2014

Jayne Amelia Larson "Woziłam arabskie księżniczki. (...)"




Pełny tytuł: Woziłam arabskie księżniczki. Opowieść szoferki o najbogatszych księżniczkach świata (oraz ich służących, nianiach i jednym królewskim fryzjerze)
Tytuł oryginalny: Driving the Saudis. (A Chauffer's Tale of the World's Richest Princesses (and their servants, nannies and one royal hairdresser)
Tłumaczenie: Dorota Malina
Wydawnictwo: Znak literanova
Data wydania: czerwiec 2014
Liczba stron: 304



Jayne Amelia Larson miała swoje wielkie marzenia: chciała być gwiazdą Hollywood. Była już aktorką teatralną i filmową, pisała scenariusze, dubbingowała, zajmowała się scenopisami i produkcją. Jednak największym marzeniem Jayne było to, żeby stać się sławną aktorką, która może przeobrażać się dla milionów, może być kim zechce. Wiadomo, nie wszystkie nasze marzenia się spełniają, a żyć z czegoś trzeba.

Jak to się stało, że ta ambitna kobieta została szoferem? Otóż pomógł przypadek - nie chciała wracać pijana do domu po pewnym przyjęciu i wraz z przyjaciółką pojechała limuzyną. Po miłej pogawędce z szoferem Tyronem, Jayne podjęła decyzję - tymczasowo może zająć się taką pracą i wozić bogaczy po Los Angeles a kiedy trochę podreperuje budżet, zacznie starania o spełnienie marzeń.

Po kilku miesiącach bycia szoferem, bohaterka nie była jednak zadowolona z tej pracy. Dziwni ludzie z ogromnie zaskakującymi pomysłami a do tego mnożące się problemy, jak choćby ze znalezieniem wieczorem czystej toalety. Ale los miał dla niej niespodziankę - wszyscy w branży mówili o przyjeździe rodziny królewskiej z Arabii Saudyjskiej. Kiedy udało jej się pozytywnie przejść wszystkie etapy rozmów kwalifikacyjnych, mogła powiedzieć o sobie, że przez najbliższe siedem tygodni będzie woziła arabskie księżniczki. Już na lotnisku Jayne doznała szoku! Poszukiwała kobiet ubranych w typowe stroje, zakrywające całe ciało, a tymczasem okazało się, że owszem przyleciały i takie, ale... są to służące i nianie. A księżniczki jak motyle wydobyte z kokonów, przeobraziły się na pokładzie samolotu i na amerykańskiej ziemi będą stąpać w szpilkach i mini spódniczkach. Kolejnym wstrząsem był fakt, że Saudyjczycy przywieźli ze sobą ogromną ilość gotówki: podobno dwadzieścia milionów dolarów, a także wyposażenie niemal całego pałacu. Dla herbacianego serwisu został wynajęty w hotelu cały pokój. A jeśli policzyć członków rodziny królewskiej i cały sztab ludzi, którzy się nimi zajmują: lekarze, nianie, służące, sekretarki, nauczyciele, trenerzy, kucharze, masażyści i fryzjer to naprawdę wyprawa do Beverly Hills była istną pielgrzymką. Jednak z kosztami nikt się tutaj nie liczył. W sklepach zakupy były istnym szaleństwem, nikt nie oczekiwał reszty, wszystko kupowano wręcz hurtowo, szoferów wykorzystywano niemal dwadzieścia cztery godziny na dobę. Każda zachcianka Saudyjczyków była jak rozkaz, bowiem za drobnostkę można było pracę stracić. A chodziły słuchy o świetnej premii na koniec pobytu zacnych gości. Któż by się nie skusił?

Jayne napisała bardzo ciekawą autobiografię. Wprawdzie wplotła w nią nieco fikcji, zmieniła imiona i chronologię wydarzeń, ale wszystko po to, by lekturę czytała się przyjemniej. Sama stwierdziła, że gdyby chciała opisać totalnie wszystkie osoby, których cechy wykorzystała w książce, byłby to niezły tłum, stąd kondensacja osób i zdarzeń. Książkę czytało mi się naprawdę przyjemnie i płynnie.
Między innymi ze względu na tematykę - świat szoferów w Ameryce oraz kobiet o różnych pozycjach z krajów arabskich nie były mi dotychczas zbyt dobrze znane. Autorka dzięki wykorzystaniu humoru, ironii, samokrytyki oraz wyobraźni wciągnęła mnie zupełnie w swój świat na przestrzeni siedmiu tygodni. Nie miałam czasu się nudzić, podobnie jak ona - jedyna kobieta-szofer saudyjskich księżniczek.
Przezabawne było dla mnie poznawanie kolejnych dni z życia kogoś, kto dostał kilka tygodni życia w nowoczesnym kraju. A czas ten był skrupulatnie wykorzystywany w zależności od wieku i pozycji społecznej. Starsze wiekiem księżniczki poddawały się zabiegom upiększającym, młodsze zakupom na miarę gwiazd Hollywood, natomiast służącym wystarczał sklep "Wszystko za 99 centów". Jakże różnie pojmowane jest szczęście...

Książka znacznie przybliżyła mi relacje damsko-męskie w Arabii Saudyjskiej, zasady noszenia hidżabów oraz traktowania podwładnych. Niejednokrotnie śmiałam się czytając lekturę, były też chwile, że łzy stawały mi w oczach lub wzbierała złość. Jednak uważam, że jest to tytuł, który warto zapamiętać, by móc sięgnąć we właściwym momencie - gdy najdzie nas chęć poznania obcej kultury. Zaś lekki język sprawi, że będzie to mile spędzony czas.



Książka została przeczytana w ramach wyzwań: Z literą w tle, 52 książki


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki
dziękuję bardzo Pani Małgosi




poniedziałek, 17 listopada 2014

Teresa Monika Rudzka "Zawsze będę Cię kochać"




Autor: Teresa Monika Rudzka
Wydawnictwo: Harlequin / Mira
Data wydania: 10 września 2014
Liczba stron: 366











Teresa Monika Rudzka pracowała już jako bibliotekarka, agentka ubezpieczeniowa oraz sekretarka. Obecnie zajmuje się dziennikarstwem pisząc do magazynów dla kobiet, a także pisarstwem - wydała już cztery książki. Zadebiutowała powieścią "Bibliotekarki" w 2010 roku. Najnowsza książka jest zupełnie odmienna od dotychczasowej twórczości, jest to bowiem autobiografia. I to nawet bardzo szczególna...

Wielokrotnie w życiu słyszałam, iż nie ma gorszej rzeczy niż doczekanie śmierci własnego dziecka. Nawet jeśli dziecko to ma ponad trzydzieści lat. Ja, jako obca osoba, znacząco odczułam październikowe odejścia młodych ludzi: Anny Przybylskiej (aktorka, matka trójki małych dzieci) oraz Dariusza Kmiecika (dziennikarz) z żoną i synkiem. To byli ludzie w moim wieku! Co musieli czuć ich rodzice?

Autorka doskonale wie co czuje matka w chwili śmierci dziecka. Nawet jeśli jest to śmierć niejako spodziewana, gdyż spowodowana ciężką chorobą - rakiem. W grudniu 2012 roku córka autorki - Żywena - była pół roku po ślubie. Miała urodę, męża, plany na przyszłość. Jednak pojawiające się złe samopoczucie doprowadziło do badań lekarskich, które wykazały u kobiety glejaka wielopostaciowego, czyli nieoperacyjnego guza mózgu w czwartym stopniu złośliwości. Żywena zmarła w lutym 2013 roku mając trzydzieści dwa lata. Książka jest hołdem  złożonym córce przez matkę. Na potrzeby literackie nazwisko Żyweny zostało zmienione na Anastazja Bojanowa-Montgomery a autorka nazywa ją pieszczotliwie Nastusią.

Powieść jest zbiorem e-maili, które matka pisze do swojej nieżyjącej już córki. Spora ich część zaczyna się od słów "kochana córeczko" czy "kochana Nastusiu" i zawiera całą gamę matczynych uczuć i emocji. Nawet nie chcę sobie wyobrażać jak czuła się autorka podczas pisania tych wiadomości... Jako matka mogę się tylko domyślać. Maile są w większości czymś w rodzaju pamiętnika, gdzie matka opisuje swoją codzienność, zwykłe sprawy takie jak przygotowania przedślubne Nastki, ulubione filmy, książki czy sztuki. Porusza też sprawy banalne wręcz: pogoda, swój strój danego dnia, kłótnie z babcią Nastki.
Matka sporą część swojego czasu poświęca na Facebooka, gdzie wymienia się informacjami ze znajomymi córki, publikuje zdjęcia. Jest to kolejny, oprócz spotkań z psychologiem i pisania książki, sposób na terapię. To właśnie Ci znajomi i mąż Anastazji są współtwórcami tej publikacji, bowiem poznajemy również ich punkt widzenia bohaterki i emocje po jej śmierci. Na rozważania tych osób autorka poświeciła wiele rozdziałów. Dotyczą one wspominek o żywej Nastce, okoliczności jej choroby a później reakcji po śmierci. Są również szczegóły dotyczące pogrzebu, mowy, zdjęć i planów sprowadzenia prochów do Polski.

"Zawsze będę Cię kochać" sugeruje tym tytułem łzawy romans z happy endem, jednak każdy kto sięgnie po książkę z takim zamierzeniem czytelniczym rozczaruje się. Jest to bowiem historia oparta na faktach (zawierająca jedynie fragmenty fikcji literackiej, do której autorka przyznaje się w przedmowie), a dotycząca ogromnej miłości łączącej matkę i córkę. Życie toczy się dalej, dzień za dniem, a matka musi sobie poradzić ze stratą największą i najdotkliwszą z możliwych - stratą dziecka. Czy utrwalenie wspomnień, listów i rozmów na kartach książki jest dobrym pomysłem?

Tej lektury nie potrafię ocenić, polecić, zakwalifikować, zachwalać czy odradzać. Bardzo mnie ona wzruszyła, chwilami zdenerwowała podejściem niektórych osób do pewnych spraw a na pewno dotknęła moich macierzyńskich uczuć. Jako matka uważam, że nie można oddać słowami recenzji tego, co matka-autorka miała nam do przekazania. Albo przeczytacie książkę albo nie. Albo tego doświadczycie literacko albo odpuścicie ze względu na swoją wrażliwość. Przerwy podczas czytania są niezbędne dla zachowania równowagi psychicznej i choć pozornego spokoju serca. Przynajmniej tak było w moim przypadku. To naprawdę niezwykła, mocna i trudna lektura.




Książkę przeczytałam w ramach październikowych wyzwań: Grunt to okładka, 52 książki


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki
dziękuję bardzo Pani Monice
z Wydawnictwa


wtorek, 18 marca 2014

Agnieszka Kaluga "Zorkownia"



Autor: Agnieszka Kaluga
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: luty 2014
Liczba stron: 288












Czasami wybieramy sobie lekturę ze względu na humor w niej zawarty. Czasami bierzemy pod uwagę kryminał trzymający w napięciu. Innym razem sięgamy po lekką i kobiecą powieść. Jednak czasami nasz wybór nie jest do końca zrozumiały, nawet jeśli znamy treść wybranej książki wcześniej. A już zupełnie nie zrozumiem, dlaczego po ogromnej dawce humoru, którą znalazłam w "Lucynie w opałach", sięgnęłam teraz po lekturę ze śmiercią i hospicjum w roli głównej. Tak, dokładnie takiego tematu dotyczy "Zorkownia", więc jeśli nie jesteście gotowi na tą recenzję - nie czytajcie. To naprawdę trudny temat.

"Zorkownia" zaintrygowała mnie już wtedy, gdy przeczytałam pierwsze  zapowiedzi i pomyślałam, że muszę ją przeczytać. Miała chyba stanowić dla mnie coś w rodzaju szalupy ratunkowej, bo przecież istnieją gorsze choroby tego świata niż RZS czy cukrzyca. Da się z nimi żyć. Dzięki Pani Oli z Wydawnictwa Znak mogłam zagłębić się w myśli i emocje ludzi chorych głównie na raka.

Książka jest blogowym zapisem Agnieszki, która studiuje, ma męża i kilkuletniego synka (urodzonego dwa miesiące przed terminem), jednak los jej nie oszczędzał. Aga urodziła jeszcze przecież córeczkę, która zmarła po dziesięciu dniach swojego życia. Najtrudniejsze dla matki tego maleństwa była chwila, gdy pełna bólu wyszeptała do córeczki pozwolenie na odejście i obiecała, że poradzi sobie z tą stratą i życiem po niej następującym. To właśnie tamte wydarzenia skłoniły kobietę do pracy w hospicjum. Agnieszka jest tam wolontariuszką, która dzieli czas między chorych i ofiarowuje im uśmiech, dobre słowo, czasem jakiś drobny upominek, ale przede wszystkim swój czas. Poświęca go każdemu tyle, ile potrzebuje. Wysłuchuje opowieści o przeszłości, tej zdrowej i szczęśliwej, o rodzinach, dzieciach, przyjaciołach, pracy czy ulubionych zajęciach. Czasami musi załagodzić jakiś konflikt, poprawić poduszkę czy podać sok, ale stara się po prostu BYĆ. Agnieszka zawsze na pierwszym miejscu stawia rodzinę chorego, która ma przecież największe prawo do przebywania obok i trzymania za rękę. Ona nie jest ważna, ona po prostu jest kiedy jej potrzebują. Jest cierpliwa, życzliwa i stara się każdemu pomóc tak, jak potrafi. Niekiedy podnosi na duchu rodziny chorych, uczy ich jak ulżyć w cierpieniu bliskim i uszczęśliwić ich w ostatnich dniach czy godzinach życia.

Książka jest ogromnym ładunkiem emocji, uczuć, bólu i walki, którą niestety każdy "obdarzony" rakiem, przegrywa. Z niektórymi pacjentami Agnieszka nawiązała szczególne więzi: Marek, Kazik czy Gosia. Kiedy czytałam ich historie nie potrafiłam opanować łez. Najbardziej - jako matkę - zabolała mnie historia Gosi, która wiedziała co ją czeka i bezsilnie poddawała się coraz większym dawkom morfiny. Pogodziła się z nieuniknionym, jednak serce matki pękało jej z bólu - przecież ma dwuletnią córeczkę - Weronikę. Tak małe dziecko nie weszło jeszcze dobrze w życie a już będzie musiało sobie poradzić bez mamy... Agnieszka wraz z Łukaszem (mężem Gosi) pomogli napisać jej list do Weroniki, który dziewczynka będzie mogła przeczytać jak podrośnie. Ryczałam jak bóbr, a szloch wyrwał mi się wprost z duszy, gdy dotarłam do słów jakimi Gosia - własnoręcznie - zakończyła list: "Nigdy Cię nie zapomnę. Mama" *

Każda z historii opisanych w książce łapie czytelnika za serce. Jedna bardziej, inna mniej. Ale każdy człowiek, o którym mowa jest przecież kimś, kto potrzebuje wsparcia i pomocy. Osoby odwiedzające takie miejsca jak hospicjum czy szpital powinni być naładowani dawką pozytywnych emocji i powinni wspierać osoby chore i ich bliskich. Któż wybiera się w odwiedziny po to, by dołować, zasmucać czy krzywdzić...
Agnieszka Kaluga stara się ofiarować każdemu kawałek swojego serca. W jednej sali będzie nim potrzymanie za rękę, w drugiej podlanie kwiatka na parapecie, a w innej wysłuchanie przez sześć godzin historii życia. Wolontariuszka na przykładzie swojego życia wie już, co znaczy ból po stracie kogoś bliskiego i kochanego nade wszystko. Może dlatego potrafi tak zżyć się z innymi w podobnej sytuacji. Bo przecież choroba nie wybiera tylko ludzi starszych czy samotnych. W hospicjum, o którym pisze Aga są też osoby młode, niekiedy młodsze od niej samej. Są to mężowie, żony, dziadkowie, synowie i córki, matki i ojcowie. Najtrudniejsze są te momenty, gdy w odwiedziny przychodzą małe dzieci czy wnuczęta. Jak wytłumaczyć im tak osobliwą chwilę, jaką jest śmierć?

Zapiski Agnieszki są prowadzone niesystematycznie, nie każdego dnia znalazła czas i siły, by coś napisać. Jednak poszczególne blogowe posty wnoszą tyle nowych informacji, że i tak nie zawsze byłam w stanie zapamiętać imiona wszystkich podopiecznych. Styl pisania autorki jest niespodziewanie bardzo lekki, mimo iż dotyczy ciężkiego tematu. Chwilami w książce występują nawet humorystyczne wątki. Agnieszka nie przytłacza czytelnika opisując swoją codzienność. Stara się pokazać nam jak wygląda jej praca i że nie zawsze wiemy co nas czeka. A czasem nie warto się przecież poddawać i trzeba walczyć, bo może uda się pokonać chorobę na jakiś czas, wyszarpnąć od życia jeszcze kilka godzin, miesięcy czy lat. 

Nie dziwię się, że "Zorkownia" otrzymała tyle nagród. Jest ich warta. Na długo zostanie mi w pamięci. Jednak jeśli nie jesteście gotowi na podjęcie się lektury tego ogromnie trudnego tematu, lepiej nie zaczynajcie jej czytać. Jest naprawdę ciężko. Ale jeżeli ufacie sobie, że dacie radę to koniecznie kupcie czy pożyczcie, bo może dzięki poznaniu zawartości tej książki, będziecie umieli kiedyś pomóc komuś, kto będzie tej pomocy potrzebował. Całym sercem stwierdzam, że to książka warta przeczytania.


--- Cóż za zbieg okoliczności - wczoraj w hospicjum zmarł na raka mój wujek [*]



* "Zorkownia" Agnieszka Kaluga, Znak 2014, 1 lipca 2010


Książkę przeczytałam w ramach wyzwań: Polacy nie gęsi II, Pod hasłem, 52 książki



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki 
dziękuję serdecznie Pani Aleksandrze 
z Wydawnictwa Znak


sobota, 21 grudnia 2013

Max Sinclair "W pół drogi do nieba"



Tytuł oryginału: Halfway to Heaven
Tłumaczenie: Mariusz Bereta
Wydawnictwo: M
Data wydania: 2011
Liczba stron: 232











Nasze codzienne życie niejednokrotnie stawia przed nami takie sytuacje, w których sprawdzamy siebie, bliskich czy nawet - metaforycznie ujmując - Boga. Bo przecież w trudnych chwilach stosujemy się do przysłowia "Jak trwoga to do Boga", prawda? Idąc ulicą, jadąc tramwajem, oglądając wiadomości czy słuchając radia doświadczamy istnienia wypadków samochodowych, w których nie tylko są ofiary śmiertelne, ale też ciężko ranni. Spory odsetek osób, które wypadek przeżyły, to osoby które w wyniku doznanych urazów słyszą "wyrok": wózek inwalidzki lub łóżko. Co pomaga im w walce o powrót do pełni sił? Jakie czynniki wpływają na chęć takiego człowieka do walki o zdrowie, jakim cieszyli się przed tragedią? Odpowiedzi na te pytania przedstawię Wam na podstawie książki "W pół drogi do nieba".

Max Sinclair i jego żona Susie to bardzo religijne małżeństwo z dziesięcioletnim stażem, trójką dzieci oraz psem. Po powrocie z Kenii do Anglii znaleźli swój wymarzony dom, Max świetną pracę niezwiązaną z księgowością i według nich wszystko to za sprawą Boga. To On tak kierował ich życiem, decyzjami i dawał znaki, by dać im ziemskie szczęście. Z okazji rocznicy ślubu Sinclairowie zostają zaproszeni przez szkolnego kolegę Max'a - Boba - do Devon na kolację. Starsze córki oddają pod opiekę sąsiadów a małego Bena zabierają ze sobą w podróż. Mają wrócić nazajutrz, jednak jeszcze nie wiedzą, że ten krótki wyjazd diametralnie zmieni ich życie. W drogę powrotną do domu wyruszają rankiem po udanej kolacji oraz przemiłym czasie spędzonym u Boba i Rachel. Zafascynowanie domem oraz zachowaniem gospodarza, jakby nie zmienił się przez minione lata sprawiają, że ogromnie żal im opuszczać to urokliwe miejsce, jednak przed nimi zakorkowana droga do domu, do córek.

Jednak w kilkanaście minut po rozpoczęciu podróży, zostaje ona brutalnie
przerwana przez wypadek samochodowy, któremu ulegają. Susie oraz mały Ben nie doznają większych obrażeń, jednak u Maxa lekarze stwierdzają częściowe uszkodzenie rdzenia kręgowego. Max początkowo jest zupełnie nieświadomy swojego stanu, mimo iż nie może poruszać nogami i rękami a głowa zostaje podpięta do wyciągu. Co dwie godziny jego pozycja musi zostać zmieniana, ponieważ ból spowodowany ciężarkami staje się nie do wytrzymania. Wizja takiego cierpienia, ryzyko odleżyn, całkowita zależność od innych osób, tęsknota za dotychczasowym życiem to tylko niektóre z problemów o jakich myśli sparaliżowany człowiek. Ale nie Max. Mimo niewyobrażalnego bólu, mężczyzna zawierza życie Bogu. To od Jego decyzji uzależnia swoje zdrowie i nie myśli o tym doświadczeniu jak o karze, ale czuje się wybrany. Zamierza całkowicie nie myśleć o tym, dlaczego to akurat jego spotkała taka tragedia a jedynie jak można dzięki niej pokazać innym ludziom dobroć Boga.

Z każdą chwilą przybliżającą Maxa do samodzielności, z każdym krokiem sprawiającym, iż chciał podejmować walkę ze swoim ciałem, czytelnik poznaje siłę wiary. Dlaczego Susie nie załamała się słysząc diagnozę a odwiedzając męża wnosiła w jego szpitalne życie dary łaski Boga? Ja to się działo, że każdy dzień, mimo iż trudny psychicznie i fizycznie dla osoby sparaliżowanej, stawał się kolejnym dniem nieustannej wiary w Boga? Czy stan zdrowia Maxa był całkowicie i nieodmiennie zależny od decyzji Stwórcy? Czy fizykoterapia, ćwiczenia pomogłyby mężczyźnie w takim samym stopniu, gdyby nie był osobą wierzącą? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie w książce.

Historia jest autobiografią a co się z tym wiąże, zawiera prawdziwe myśli, emocje i zdarzenia, które autor-bohater postanowił spisać. Książka skłania do niesamowitej refleksji nad wiarą. Czyta się ją szybko, ponieważ czytelnik jest ogromnie ciekawy jak zakończy się walka Maxa o powrót do normalnego życia. W opowieści pojawia się bardzo wielu bohaterów drugiego planu: lekarze, pielęgniarki, pacjenci, rodzina, przyjaciele. Ludzie w różnym stopniu wierzący w Boga i z dość różnorodnym podejściem do wielomiesięcznej rehabilitacji. Książka udowadnia, że najważniejsze w życiu to mieć w kimś oparcie. Polecam każdej osobie, chcącej przeczytać świadectwo wiary.



Książka przeczytana w ramach wyzwań: Book z nami (1,4 cm), Debiuty pisarskie, Od A do Z, 52 książki

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki 
dziękuję bardzo Pani Dorocie 

niedziela, 20 października 2013

Anna Drzewiecka "Ciotki"



Autor: Anna Drzewiecka
Wydawnictwo: M
Data wydania: 2012
Liczba stron: 156












Lubicie wracać czasami myślami do czasów dzieciństwa? Wspominać chwile spędzone na drzewie czy podczas gry w klasy. W tak zabieganym świecie zapominamy o tym, że to dzięki naszej przeszłości, naszym przodkom istniejemy, żyjemy, czujemy... Jeśli macie ochotę przeczytać książkę, która pomaga w takich wspomnieniach polecam "Ciotki" Anny Drzewieckiej.

Narratorem książki jest kobieta, autorka, która spisała wspomnienia małej dziewczynki, siebie sprzed lat, dotyczące rodziny. 
Wszystko zaczyna się od prapradziadka, który był cieślą i kiedy znalazł swoje miejsce na ziemi, gdzieś w rozlewisku Bugu, w pobliżu pięknej lipy zbudował dom - była to granica Wołynia z Polesiem. Autorka spisała wspomnienia babci Tekli i dziadka Jana dotyczące wojny i okupacji, a nie było to łatwe zadanie, gdyż rozmówcy nie chcieli poruszać tak drażliwego dla ich pamięci tematu. Spory udział w stworzeniu tej nietypowej rodzinnej sagi mają też rodzice oraz ciotki, ponieważ spora część wydarzeń opisanych w "Ciotkach" miała miejsce jeszcze zanim narodziła się autorka. 

Anna Drzewiecka opowiada z ogromną miłością o swojej rodzinie, o babuni Tekli, która sprawowała pieczę nad domem, zbierała i suszyła zioła a rozmyślaniom oddawała się jedynie podczas robótek; dziadku Janie, który był majsterkowiczem i twórcą wyśmienitych win i nalewek oraz o ośmiu ciotkach.
Każda ciotka opisana jest w odrębnym rozdziale, dzięki czemu panuje tutaj porządek informacyjny. Narratorka bardzo dokładnie stworzyła ich obraz, opisała wady, zalety, wygląd oraz to z jakimi smakami i zapachami kojarzyła poszczególne ciotki. Jako mała dziewczynka odbierała te kobiety bardzo zróżnicowanie, jedne siały w jej malutkim serduszku przestrach a inne były odskocznią od codzienności, co kończyło się na przykład poobijanymi kolanami.

We wspomnieniach znajdziemy również rozdziały o zwierzętach, przechowywaniu pamiątek z dzieciństwa, wakacjach i dziecięcych przyjaźniach. Rozdział o zwierzętach wywołał falę moich wspomnień, bowiem też miałam psa o imieniu Pikuś. Naprawdę! Dla mnie, jako małej dziewczynki, nie miał znaczenia fakt, że była to suczka...

Podczas czytania książki na myśl przyszło mi więcej własnych wspomnień z dzieciństwa i chęć nakreślenia takiej samej charakterystyki własnych ciotek, a też mam ich niemało... Gdybym zliczyła również te, które już odeszły to musiałam stworzyć dziewięć rozdziałów o samych tylko ciotkach. Moje babcie zmarły gdy miałam osiem i dziewięć lat, dziadek - gdy byłam czternastolatką. Może i nie mam tylu wspomnień, że wystarczyłoby na książkę, ale w mojej pamięci coś odżyło dzięki "Ciotkom".

Jest to opowieść o kobietach i dla kobiet. Są silne i radzą sobie doskonale, bowiem autorka obraz mężczyzn spłyciła jedynie do roli tła tej historii. Myślę więc, że nie spodobałaby im się taka lektura. Ciekawi mnie jedynie powód takiego postępowania.

Jeśli chcecie powspominać swoje dzieciństwo, pomyśleć o wartościach w życiu i w rodzinie to koniecznie przeczytajcie "Ciotki" Anny Drzewieckiej.
Nie ma tu sinusoidy zdarzeń, są wspomnienia, radości i smutki przeżywane wspólnie przez członków dużej rodziny, a że poznajemy historię z perspektywy dziecka, jest ona tym ciekawsza i bardziej wiarygodna dla czytelnika.




Książkę przeczytałam w ramach wyzwań: Debiuty pisarskie, Polacy nie gęsi II, W prezencie, Book z nami (1,1 cm), 52 książki




Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki 
dziękuję bardzo Pani Dorocie 

piątek, 3 maja 2013

Cesarina Vighy "Ostatnie lato"



Tytuł oryginału: L'ultima estate
Tłumaczenie: Lucyna Rodziewicz-Doktór
Wydawnictwo: M
Data wydania: 2011
Liczba stron: 164












Cesarina Vighy urodziła się w 1936 roku w Wenecji. Ukończyła studia filozoficzne na Uniwersytecie w Padwie, lecz większość życia mieszkała w Rzymie. Była poetką, żoną i matką. Kiedy dowiedziała się, że jest chora na stwardnienie zanikowe boczne postanowiła napisać swoje "świadectwo pogodzenia z losem", swoją autobiografię. To moje pierwsze spotkanie z tą autorką.

Kiedy zobaczyłam okładkę książki w ofercie Wydawnictwa M pomyślałam, że to zapewne jakaś lekka i przyjemna lektura. Obraz równo przystrzyżonego trawnika oraz kwiatów i altany w żaden sposób nie przygotowały mnie na to, co znajdę na kartach książki. Z reguły nie czytuję biografii, jednak dla dobrych autobiografii robię wyjatek. W przypadku "Ostatniego lata" nie żałuję.

Pani Amelia Z. jest chora. Kolejno odmawiają jej posłuszeństwa części ciała oraz zmysły. Zanim jednak choroba całkowicie odbierze jej ludzką godność postanawia rozliczyć się ze swoim życiem i spisuje to, co uważa w tych trudnych chwilach za ważne. Nie jest to rodzaj rachunku sumienia, nie jest to usprawiedliwienie się przed sobą, rodziną czy czytelnikiem. Autorka po prostu pokazuje nam, że czasem w życiu popełnia się błędy i dokonuje złych wyborów. Opowiada nam o despotycznym dziadku, swojej matce, która związała się z żonatym mężczyzną. Wspomina też ważne momenty swojego życia: stawanie się kobietą, szkołę katolicką, wojnę, romans z kobietą czy małżeństwo z młodszym mężczyzną. Są też opowieści o kotach, które kolejno znajdowały dom u Państwa Z. oraz o wędrówkach do kolejnych neurologów, którzy mieli postawić jej trafną diagnozę.

Autorka wszystkie opowiedziane wydarzenia okrasiła ironią i humorem w sposób wystarczający, by nie płakać czytając o jej trudnych życiowych sprawach czy chorobie, lecz by uśmiechać się widząc, że osoba pisząca ma do siebie dystans.

Jeśli ktoś szuka książki, w której osoba cierpiąca żyje tylko i wyłącznie strachem, że jej życie się zakończy, która użala się nad sobą i szuka pocieszenia to niech nie sięga po "Ostatnie lato". Jest to bowiem książka, w której znajdziemy kogoś, kto jest pogodzony z faktem, że jego kres jest bliski. Jest to powieść trudna, bowiem autorka korzysta z bogatego słownictwa, używa wielu porównań literackich a zdania są często wielokrotnie złożone.

Książka nawet w chwili zamknięcia końcowej okładki skłania do refleksji. Nie da się tak po prostu przejść obojętnie wobec problemu umierania. Każdy z nas chciałby mieć przecież lekką i szybką śmierć. Polecam wszystkim, którzy lubią czasem przeanalizować swoje życie.



Książkę przeczytałam w ramach wyzwań: Book z nami (1,1 cm), Debiuty pisarskie, W prezencie, Pod hasłem, Trójka e-pik, 52 książki



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki 
dziękuję bardzo Pani Dorocie 



wtorek, 5 lutego 2013

Anna Bartuszek "BeStia UjarzMiona. Moja walka z chorobą"





Wydawnictwo: TRIO
Data wydania: 2010
Liczba stron: 126











Miałam 19 lat. Rozpoczęłam hungarystykę na Uniwersytecie Warszawskim, jako drugi kierunek, bo wcześniej byłam studentką romanistyki. Któregoś dnia wsiadłam pod uniwersytetem w autobus i dopiero będąc w środku, uświadomiłam sobie, że nie wiem jaki jest jego numer. W ciągu kolejnych trzech dni straciłam widzenie w lewym oku. Szpital, rezonans, sterydy, poprawa, nadrabianie zaległości na uczelni.

A po trzynastu miesiącach... poczułam, że mięśnie nóg odmawiają mi posłuszeństwa. Czułam, że są przemęczone po zajęciach na siłowni. Gdy w drodze powrotnej do domu "ugięło się" pode mną lewe kolano, a od przystanku szłam jak "pijana" - przeraziłam się.

To właśnie wtedy, od mamy, usłyszałam tę okropną wiadomość: to kolejny rzut stwardnienia rozsianego.

Tak rozczpoczyna się historia młodej studentki - Ani, która długo w chorobę nie wierzyła. Nie chciała się z nią pogodzić a przez to nie przyjmowała jej do świadomości. Pracowała, wynajęła mieszkanie, założyła bloga. Tego nie da się opowiedzieć. To trzeba przeczytać.

Jak wygląda codzienne życie chorego człowieka, jego droga do pracy, radzenie sobie samodzielnie podczas pobytu w sanatorium...
Ta książka pomoże nam nie tylko otworzyć oczy na osoby chore, ale i uświadomi jak możemy im pomóc, albo chociaż nie śmiać się z tych, którzy poruszają się gorzej od nas.

Podziwiam Autorkę i zarazem Bohaterkę za upór i dążenie do celu. Nie mogę też nie wspomnieć o dawce humoru (tak, mimo wszystko znajdziemy go w książce) oraz o specyficznych słowach, użytych w książce.


Książka przeczytana w ramach wyzwań: Wyzwanie miejskie (Warszawa), Od A do Z, Debiuty pisarskie, Polacy nie gęsi..., Book z nami (0,9cm), Pochłaniam strony, bo kocham tomy; 52 książki

piątek, 13 lipca 2012

Natascha Kampusch "3096 dni"

Z okładki: Była bita i poniżana, a 8 lat życia spędziła uwięziona w piwnicy – wstrząsające wspomnienia Austriaczki, która cztery lata temu wyrwała się z rąk oprawcy!
Natascha Kampusch doświadczyła najgorszego losu, jaki spotkać może dziecko: 2 marca 1998 roku, w wieku dziesięciu lat, została porwana w drodze do szkoły. Jej prześladowca, technik telekomunikacyjny Wolfgang Priklopil, trzymał ją w pomieszczeniu piwnicznym przez 3096 dni. 23 sierpnia 2006 roku udało się jej uciec z tego więzienia, a Prikopil jeszcze tego samego dnia odebrał sobie życie.
Natascha Kampusch po raz pierwszy otwarcie mówi o swoim porwaniu, czasie spędzonym w izolacji, relacjach z porywaczem oraz o tym, jak udało się jej uciec z tego piekła.

Moja opinia: Od dawna chciałam przeczytać tą książkę. Ale opinia jaką usłyszałam czy przeczytałam była taka, że jest to "nuda, bo o czym można napisać skoro było się zamkniętym w piwnicy". Ale niestety można... "3096 dni" zaliczam do książek typu "ludzie ludziom zgotowali ten los".
      Szczerze mówiąc to niewiele interesowałam się tą sprawą w mediach. O porwaniu to chyba nawet nie słyszałam, o ucieczce już tak, tego samego dnia było o niej głośno w mediach. Ale tak naprawdę nie wiedziałam nic o życiu Nataschy ani wcześniej ani po porwaniu. Książka otworzyła mi oczy. Bo wyobrażałam sobie, że była to ładna i zgrabna dziewczynka z dobrego domu. Ale nie... była to 10-letnia grubaska, rodzice się rozstali, ona nie była akceptowana przez otoczenie i siebie samą.
      Niesamowite jest miejsce, w którym była przetrzymywana, skąd taka ilość zabezpieczeń...? niestety nadal nie znam odpowiedzi na to pytanie.
Natascha była poniżana, obrażana, bita, zastraszana, było jej wydzielane światło i jedzenie. Porywacz znęcał się nad nią fizycznie i psychicznie, opisy tego co robił mrożą krew w żyłach. Choć czasem okazywał ludzkie uczucia i dawał jej słodycze czy zabierał poza 5 metrów kwadratowych piwnicy. Jej odskocznią były książki, filmy i sprzątanie.
      Książka czyta się ekspresowo, nie mogłam się doczekać momentu ucieczki, a złość mnie ogarniała w każdej z sytuacji gdy miała ku temu okazję a nic nie zrobiła... ze strachu.

sobota, 9 czerwca 2012

Elizabeth Gilbert "Jedz, módl się, kochaj"

Z okładki: Elizabeth Gilbert przed trzydziestką miała wszystko, o czym powinna marzyć nowoczesna kobieta: męża, dom za miastem, dobrą pracę. Mimo to nie była ani szczęśliwa, ani spełniona. Przeżyła rozwód, ciężką depresję i nieszczęśliwą miłość. A potem zaczęła szukać siebie na nowo.

Moja opinia:  Bałam się tej książki, po opisie sądziłam że to zupełnie nie moja bajka... I generalnie całą przeczytałam... nie jest to faktycznie mój styl, czyli książka z typową akcją, gdzie czeka się na kulminację, wyjaśnienie, rozwikłanie....
Jest to książka o poszukiwaniu siebie, o poszukiwaniu szczęścia, o pożegnaniu przeszłości... Psychologiczno-przemyśleniowa książka w trzech różnych krajach, trzech różnych aspektach.





Wyzwania: 52 książki
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...