Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aneta Kęska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aneta Kęska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 grudnia 2013

Katarzyna Enerlich "Prowincja pełna marzeń" - recenzja gościnna



Autor: Katarzyna Enerlich
Wydawnictwo: MG
Data wydania: 2009
Liczba stron: 368












Główną bohaterką powieści jest Ludmiła - przesympatyczna i kreatywna dziewczyna po 30-tce. Ludka jest dziennikarką lokalnego czasopisma, w której to zmieniło się szefostwo i dotychczasowy sympatyczny ( już były ) szef został zamieniony na zapyziałego, chamskiego i perfidnego "szefuncia". Początkowo historia skupia się na sytuacji w pracy - opisuje problemy Ludmiły oraz kolegów po fachu, którym przyszło się męczyć z nową sytuacją. Nowy szef jest bowiem wyjątkowo paskudny i potrafi zepsuć dobry humor każdemu - jest w tej kwestii specjalistą. 

Pewnego dnia wracając z pracy dziewczyna spotyka na swojej drodze przystojnego, choć nie do końca w jej guście Niemca poszukującego rodzinnych korzeni. Ojciec Martina zamieszkiwał kiedyś tereny Prus Wschodnich i tak się składa, że mieszkał piętro niżej w kamienicy, w której obecnie mieszka główna bohaterka. Początkowo łączy ich tylko historia sprzed wielu lat - Ludmiła pragnie opisać ją w gazecie, a Martin - ze wszystkich sił pragnie odnaleźć tajemniczą skrzynię, którą ojciec za dziecka ukrył pod podłogą. Jednak jak to w życiu bywa - wspólna pasja i fascynacje prowadzą zazwyczaj do gorącego romansu. Ta dwójka dorosłych ludzi w bardzo krótkim odstępie czasu zakochuje się w sobie bez pamięci. Spędzają ze sobą mnóstwo czasu poznając historię sprzed lat, a jednocześnie smakując cudownych krajobrazów Torunia, Mazur, Warszawy. 

Czytając tą książkę naprawdę można zachwycić się naszą Polską. Ale żeby głównej bohaterce wrażeń nie było mało - okazuje się, że w pracy szykuje się przeciw niej wielki spisek, a informatyk Piotr, który siedział zawsze cichutko w swoim kąciku - wcale do takich cichych nie należy i co jeszcze - wobec Ludmiły obojętny nie jest. 

Książkę mimo, że jest dość gruba - czyta się bardzo szybko i wyjątkowo przyjemnie. Bardzo, ale to bardzo podobał mi się wątek miłosny Ludki i Martina - tak opisane historie czyta mi się najlepiej. Miłość szalona i namiętna, ale jednocześnie bardzo dojrzała. Pełna pasji i wspólnych zainteresowań - czego więcej trzeba czytelnikowi do szczęścia? Żeby nie było jednak zbyt różowo - ich miłość napotka na kilka przeszkód, trudnych do przebycia i zaakceptowania - bowiem Martin skrywał przed ukochaną dość istotną tajemnicę, a Ludka po jej poznaniu - rzuca się w wir pracy i... ramiona innego. Dodatkowo na drodze Ludmiły staje tajemnicza, młoda dziewczyna, która wyjawia jej pewną nowinę. Nowina ta zmienia życie głównej bohaterki o 180 stopni. Nowina dająca nową przyszłość nie tylko tym dwóm kobietom, ale komuś jeszcze.

Jest to książka, w której tworzą się małe i wielkie historie. O wielkiej miłości, która szybko przychodzi a skrzywdzona dość szybko każe o sobie zapomnieć, o zwariowanej przyjaźni i sekretach, które skrywane przez wiele lat - potrafią człowiekowi wszystko przewartościować. Zdecydowanie polecam. 


Aneta Kęska


Książka przeczytana w ramach wyzwania Pod hasłem

wtorek, 5 listopada 2013

Sarah Jio "Marcowe fiołki" - recenzja gościnna




Tytuł oryginału: The Violets of March
Tłumaczenie: Julia Gryszczuk-Wicijowska
Wydawnictwo: Znak liternova
Data wydania: 22 lutego 2012
Liczba stron: 304











To będzie opowieść o pewnej książce, którą zaczynasz czytać. Czytasz, kleją Ci się oczy i odkładasz na półkę. Zamykasz oczy i próbujesz zasnąć..."Ale co będzie dalej?" kręci Ci się po głowie. Nie możesz usnąć. Więc co robisz ? Zapalasz małą lampkę, przykrywasz się kołdrą i czytasz... czytasz aż skończysz. Kto jest sprawcą tego nocnego "zamieszania"? Otóż Sarah Jio i "Marcowe fiołki". Dziś z ręką na sercu przyznaję - Sarah Jio trafia w moje serce, trafia w moja duszę i mój "literacki gust". 

O czym jest ta cudowna książka? W kilku słowach mogłabym napisać, że jest ona o straconych nadziejach oraz o poszukiwaniu siebie. Jest także o straconej miłości i o miłości tej piękniejszej - miłości zyskanej. Brzmi ciekawie? No to uchylę jeszcze rąbka tajemnicy. Można powiedzieć, że Emily - główna bohaterka książki to szczęściara - ma dom, męża, wspólne plany na przyszłość. Jest także znaną pisarką i choć tak naprawdę zabłysnęła tylko jednym dziełem - doczekała się ekranizacji swej powieści i... wypaliła się. Wypaliła się twórczo i choć sama przed sobą tego nie przyznaje - w pewien sposób jest wypalona również emocjonalnie. Funkcjonuje jak większość ludzi - czeka na powrót męża z pracy, spędzają wspólnie czas, nie zastanawiając się, czy tak naprawdę właśnie tego oczekuje od życia. Pewnego dnia mąż oznajmia jej, że odchodzi. Tak nagle. Poznał inną, zakochał się i chce rozwodu. Bohaterka jest wstrząśnięta i załamana. Z dniem, kiedy ukochany mąż zabiera z ich wspólnego mieszkania ostatni karton - Emily zaczyna zastanawiać się, kiedy tak naprawdę była ostatni raz prawdziwie szczęśliwa. I nagle uświadamia się, że prawdziwe, nieskażone niczym szczęście pamięta z dawnych lat, kiedy to spędzała beztroskie wakacje na wyspie u uwielbianej przez nią ciotki Bee. Nie myśląc zbyt wiele - pakuje walizki i wyrusza w podróż na wyspę, która uleczy jej duszę, ukoi złamane serce i być może - tchnie powiew świeżości w jej zardzewiałą twórczość. 

Jednak wymarzony spokój nie trwa długo - w zapomnianym, różowym pokoju, który blisko 30 lat zamknięty był pod kluczem, Emily odkrywa stary pamiętnik, który skrywa więcej niż jedną tajemnicę. Kobieta z dnia na dzień jest coraz bliższa poznania prawdy, którą tak skrupulatnie ukrywano przed jej rodziną przez wiele, długich lat. Historia opisana w pamiętniku to bowiem coś więcej niż tylko losy wielkiej i tragicznej miłości tajemniczej Esther i Elliota. To także niewyjaśnione zaginięcie/ śmierć pewnej kobiety, historia nieudanego i nieszczęśliwego małżeństwa, niespełnionej miłości, a także przyjaźni - tej prawdziwej, choć czasem przynoszącej ból. Przy okazji, żeby nie było zbyt nudno - Emily natrafia w sklepie na Grega - swoją pierwszą, wielką miłość. Ożywają wspomnienia, a niespodziewany pocałunek przywołuje wspaniałe, szalone młodzieńcze uczucia. Czy to miłość, czy jednak "tylko" czar wspomnień? Kim jest Jack, tajemniczy i młody artysta, który od pierwszego dnia wywarł na niej olbrzymie wrażenie, a od którego ciocia każe jej się trzymać z daleka ? Jack bowiem jest zupełnie inny, niż znani dotąd Emily mężczyźni - tajemniczy, trochę powściągliwy, do tego wspaniały kucharz i romantyk. Czy jego losy splatają się z losami bohaterów z tajemniczego pamiętnika? O tym dowiecie się tylko, jak przeczytacie tę książkę, a wierzcie mi - naprawdę warto.

Książka skrywa w sobie wiele zagadek. Kawałek po kawałku odkrywamy skrawki wielu tajemnic, które na sam koniec wyjaśniają nam wszystko. Do ostatniej strony byłam oczarowana historią wszystkich bohaterów i choć nie przepadam za książkami, które cofają się w czasie - wszystkie historie poruszyły moje serce. Niesamowita książka. Najchętniej zaczęłabym czytać ją od nowa, choć dopiero dziś w nocy ją skończyłam. Napisana pięknym językiem, bezbłędnie i niezwykle klimatycznie. Prawdę mówiąc Sarah Jio pisze swoje książki tak, że od razu wczuwam się w losy bohaterów i razem z nimi przeżywam wszystkie emocje. Niesamowicie opisany klimat wyspy - czytając książkę byłam gotowa jechać tam na wakacje choćby dziś. I te marcowe fiołki... 

Książka o tym, jak można zgubić i odnaleźć siebie. O miłości, która (choć nie dosłownie ) zabija i o miłości, która daje nadzieję. O przyjaźni - tej na zawsze, do ostatniego tchu i o sekretach, które skrywane gdzieś głęboko - odkryte przynoszą ukojenie. Książka przeczytania w ramach wyzwania - nie zasnę, póki nie przeczytam tego do końca :P 

Aneta Kęska


Książka przeczytana w ramach wyzwania "Pod hasłem"

czwartek, 5 września 2013

Kasia Bulicz-Kasprzak "Nalewka zapomnienia czyli bajka dla nieco starszych dziewczynek" - recenzja gościnna




Autor: Kasia Bulicz-Kasprzak
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Data wydania: 14 sierpnia 2013
Liczba stron: 288
Seria: Babie lato tom 12











Musze przyznać, że rzadko bywa tak, że książka podoba mi się już od pierwszej strony. Zazwyczaj potrzebuję czasu, aby poznać bohaterów i dopiero wtedy zatracam się w lekturze lub po prostu czytam ją do końca. Tutaj przeczytałam pierwszą stronę i wiedziałam, że przepadłam i dzisiejszy wieczór (a w zasadzie noc) sponsoruje Pani Kasia Bulicz-Kasprzak.  Przeczytałam ją  jednym tchem, aż mi się oczy spociły. 
Przyznam szczerze, że opis troszkę mnie zniechęcił, ponieważ jest to kolejna  historia  pod tytułem - bohaterka książki żyje sobie w niezbyt szczęśliwym świecie, nagle następuje w jej życiu ogromny przełom i ta - pod wpływem impulsu,  wyjeżdża na wieś,  kupuje/buduje/wynajmuje tam dom i poznaje smak zupełnie innego życia. Tutaj jest podobnie, ale zarazem inaczej, bo książka jest dość specyficzna i urocza zarazem.
 
Jaga piastuje naprawdę dobre stanowisko w wielkiej korporacji. Swój sukces zawdzięcza ciężkiej pracy i jeszcze większej ilości poświęceń. Tak naprawdę Agnieszka (Jaga to tylko ksywka, którą sama sobie wymyśliła, by odstraszać współpracowników ) nie ma nic, oprócz samochodu wielkiego jak czołg i jeszcze większego mieszkania. Jej życie prywatne to wielka pustka i samotność, do której już przywykła.  
Pewnego dnia Jaga, pragnąc zaimponować szefowi postanawia wziąć udział w sztafecie.  Na szali dość duży kaliber - szansa na awans, podwyżkę i tym samym - możliwość zasiania jeszcze większego postrachu wśród współpracowników.  Jest tylko jeden malutki problem - Aga nie biegała, nie biega i biegać nie zamierza. Ponieważ jest jednak ambitna - postanawia chwilę potrenować i pobiec do mety po awans. Odrobinę za późno przyszło jej do głowy, że  bieganie na bieżni ma się tyle do biegania w terenie, co jazda na rowerku stacjonarnym do kolarstwa. Dziewczyna dobiega do mety jako pierwsza, jednak nagle traci przytomność trafia do szpitala...i w tym momencie kończy się jej dotychczasowe życie.
Za sprawą jednej diagnozy lekarskiej dziewczyna rzuca pracę, olbrzymie pieniądze i zaszywa się na prowincji. Zamieszkuje w chatce, w której brakuje wszystkiego - wody, prądu, mebli, internetu. Nie brakuje jednak specyficznych mieszkańców wioski - babki, która uznawana jest za znachorkę i największą plotkarę, sympatycznych sąsiadów "zza płota" i przystojnego weterynarza, który irytuje Jagę niemiłosiernie, a co gorsza - jeszcze bardziej intryguje. Do tego trzeba doliczyć  psią przybłędę, kota o imieniu Maurycy oraz mysią rodzinkę. Brzmi to dość normalnie, prawda? Tylko dlaczego Azor codziennie kłoci się z Maurycym, a mysz gada z Jagą o życiu seksualnym? Czy to następstwo choroby, czy po prostu specyfika danego miejsca?
Czy Jaga, która no nie oszukujmy się - wredną kobietą jest  potrafi doszukać  się błędów w swoim postępowaniu? Czy skomplikowane relacje rodzinne wynikają (tak jak sądziła) z błędów popełnionych przez ojca, macochę i przyszywanego brata, czy to ona - zimna, skupiona na swoim sukcesie zawodowym - zatraciła się w tym wszystkim i nie umiała nawiązać z nimi ciepłej relacji? Czy potrafi kogoś kochać? Tak po prostu, bez powodu...Czy może - aby pokochać kogoś - musi najpierw pokochać samą siebie? 
 
Książka inna niż wszystkie, które opierają się na takim samym schemacie. Inna chociażby dlatego, że główna bohaterka, którą poznajemy - nie jest skrzywdzona przez kogoś. Nie ucieka z dotychczasowego życia zraniona przez kogoś bliskiego.  Ona krzywdzi samą siebie. Każdego dnia zabija w sobie wszystko to, co w niej dobre. A tego dobrego jest w niej naprawdę sporo, tylko tli się gdzieś głęboko w jej ciele i czeka na swoją szansę...  Wydawałoby się , że Jaga jest zimna, wredna, nieprzyjazna. Ja polubiłam ją od razu, choć w rzeczywistości na pewno nie przypadłybyśmy sobie do gustu. Od razu wyczułam w niej olbrzymią samotność i zagubienie.
 
Czy niezwykle groźna choroba może być dla kogoś wybawieniem? Czy można kogoś pokochać wiedząc, że ta miłość może potrwać krócej niż w opowieściach, w których wszyscy "żyją długo i szczęśliwie"? 
"Nalewka zapomnienia czyli bajka dla nieco starszych dziewczynek" to książka, w której przeplatają się śmiech i łzy. Niejednokrotnie śmiałam się do rozpuku, by później ryknąć w poduszkę. Polecam tym, którzy lubią książki inne niż wszystkie.  
 
 
Aneta Kęska 


Książka przeczytana w ramach wakacyjnej edycji wyzwania Pod hasłem

czwartek, 18 lipca 2013

Sara Fawkes "Na każde jego żądanie" - recenzja gościnna



Tytuł oryginału: Anything He Wants
Tłumaczenie: Barbara Kwiatkowska
Wydawnictwo: Amber
Data wydania: 2012
Liczba stron: 320











Okładka kusi: 
1. miejsce na Amazonie w kategorii erotyka 
2. miejsce na Amazonie w kategorii erotyka: najbardziej oczekiwane książki Bestseller "New York Timesa" i "USA Today". 
Dodatkowo na okładce widnieje jeszcze jedna zachęta: Więcej akcji, więcej erotyki niż w "Pięćdziesięciu twarzach Greya". 

Greya nie czytałam, ale jego sukces znany jest chyba każdemu. "Na każde jego żądanie" jest moim drugim erotykiem i chyba śmiało mogę już przyznać, że nie jest to do końca gatunek, który mi podpasował. O czym zatem jest ten "rewelacyjny" erotyk? 

Młoda i niedoświadczona Lucy zaczyna pracę tymczasową w wielkiej korporacji. Praca biurowa nie jest jej wymarzonym zajęciem - Lucy bowiem miała zostać prawnikiem. Śmierć rodziców rzuciła cień na jej szczęście, plany, marzenia. Zmuszona do sprzedania swojego rodzinnego domu, przenosi się do Nowego Jorku i tam próbuje ułożyć sobie życie od nowa. Każdego dnia na korytarzu mija "nieznajomego" - mężczyznę, który jest ucieleśnieniem jej marzeń - seksowny, o obłędnych zielonych oczach, zawsze gustownie ubrany. Lucy codziennie w myślach układa sobie różne scenariusze z nieznajomym w roli głównej - niekoniecznie myśli te należą do tych "grzecznych". Pewnego dnia, kiedy to dziewczyna po raz kolejny "przypadkowo" wpada na niego w windzie - winda staje, a między nimi dochodzi do dość intymnej "konfrontacji". Zaraz potem akcja nabiera tempa - nieznajomy okazuje się Prezesem owej korporacji, a Lucy z pracownika biurowego awansuje na jego prywatną asystentkę, która ma być dostępna i "chętna" na każde jego żądanie. Praca asystentki może przynieść jej olbrzymie pieniądze, ale czy gra będzie warta świeczki? Jeremiah, bo tak nieznajomemu na imię - wciągnie ją nie tylko w wir namiętności i mrocznych fantazji erotycznych, ale i w międzynarodową grę szpiegostwa korporacyjnego... 

Muszę przyznać, że przeczytanie tej książki to było naprawdę wyzwanie. Napisana jest prostym językiem, którego prostota aż razi. Już na drugiej stronie rzucił mi się w oczy "babol" i co jakiś czas byłam zaskakiwana kolejnym kwiatuszkiem. Nawet mój mąż, z którego humanista jest taki, jaki ze mnie matematyk - śmiał się razem ze mną z każdej głupoty( bo tak to niestety trzeba nazwać), którą dane mi było odkryć (a kilka pewnie przeoczyłam). Połowa książki to opisy erotycznych ekscesów - ok, wiem że to erotyk, ale ilość seksu (w tym głównie brutalnego) po prostu mnie przytłoczyła. Niedawno czytałam inny erotyk i tam, choć seksu było dużo - czytałam go z dużo większą przyjemnością, bo oprócz seksu - była ciekawa treść. 

Postać Lucy jest po prostu tragiczna. Facet traktuje ją - nie oszukujmy się - jak Panią lekkich obyczajów (czego nie ukrywa - ich relacje są dla niego czysto "biznesowe"), a ona po 2 dniach gotowa jest wyznać mu miłość i żyć z nim do końca świata (a najlepiej o jeden dzień dłużej). Po kilku tygodniach gotowa jest niemal oddać za niego życie. Kiedy ktoś próbuje ją zabić - ta nie ma oporów żeby jeszcze tego samego dnia zostać skrępowaną na życzenie swojego "Pana" i oddać mu się na milion różnych sposobów (oczywiście czerpiąc z tego olbrzymią przyjemność). Nieważne, że ktoś czyha na ich życie - Pan każe - głupiutka Lucy wymazuje strach w kilka sekund i spełnia życzenie Pana. 

Książka słabiutka. Język zbyt prosty, słownictwo ubogie i wulgarne, niemal co chwilę powtarzane są te same słowa, opisy. Sceny erotyczne nie wywołały u mnie żadnych reakcji - spłynęły po mnie jak po kaczce. Oczekiwałam po książce (rzekomo lepszej od światowego bestsellera) zdecydowanie wyższego poziomu. Jedyny plus, to końcowe sceny akcji. Małe zamieszanie, zagadkowe porwanie, próby zabójstwa - tylko dzięki temu dobrnęłam jakoś do końca... 
 
 
Aneta Kęska


Książka przeczytana w ramach wyzwania "Pod hasłem"

poniedziałek, 20 maja 2013

Sarah Jio "Jeżynowa zima" - recenzja gościnna


Tytuł oryginału: The Blackberry Winter
Tłumaczenie: Dorota Malina
Wydawnictwo: Znak literanova
Data wydania: 10 grudnia 2012
Liczba stron: 320







Może zanim zacznę recenzję, to napiszę (schodząc trochę tym samym z tematu), że kiedy kobieta zostaje matką jej życie ulega całkowitej przemianie. Banalne, prawda? Moje życie zmieniło się o 180 stopni, jednak to, co jest zadziwiające - zmienił się też mój gust powiedzmy: kulturowy; szerokim łukiem omijam horrory, filmy, w których ukazana jest krzywda dzieci. Nie oglądam "Uwagi" i tym podobnych programów, gdzie krzywda dziecka jest na porządku dziennym.
Inaczej też podchodzę do książek, w których śledzę losy matek - dosłownie w sekundę jestem w stanie wczuć się w rolę bohaterki-matki. Rozumiem jej niepokoje, rozterki, ból i razem z nią przechodzę wszystkie zawirowania, zakręty; wylewam łzy szczęścia i rozpaczy.
Nie ukrywam też tego, że czasami świadomie omijam książki typu "Nadzieja" Pani Michalak. Choć strasznie bym chciała ją przeczytać - na chwilę obecną po prostu nie potrafię. Kiedy więc przeczytałam wstęp "Jeżynowej zimy" wiedziałam, że książka chwyci mnie za serce.

"Moim synom - Carsonowi, Russellowi i Colby'emu - oraz ich ukochanym pluszakom:
obszarpanemu misiowi, trzem starym żyrafom i małemu prążkowanemu tygryskowi. Bycie Waszą matką jest największa radością mojego życia.
Matkom na całym świecie - zwłaszcza tym, które musiały pożegnać swoje dzieci
."

Dawno nie czytałam tak osobistej dedykacji, niesamowicie mnie wzruszyła.

Książka opisuje losy dwóch kobiet. Claire jest młodą dziennikarką, która skrywa w sobie niesamowicie bolesne wspomnienia wypadku, który odebrał jej kogoś bliskiego, zabrał poczucie własnej wartości i który spowodował olbrzymi dystans między nią i mężem.
Jest 2 maja 2010 roku. Claire dostaje nietypowe zlecenie od swojego szefa - ma napisać artykuł o zimie, która tak samo jak 80 lat temu niespodziewanie zagościła w Seattle. Szukając informacji o zimie sprzed 80 lat Claire natrafia na ślad zaginionego chłopca i poszukującej go matki.

Vera Ray, druga bohaterka książki jest młodą matką, która samotnie wychowuje Daniela. W czasach, kiedy panowała bieda ona należała do tych "szczęściar", że miała pracę. Za marne grosze, bez perspektyw, bez szacunku ze strony pracodawców, ale ją miała. Praca sprzątaczki w hotelu pozwalała jej na niezwykle skromne życie, które dzieliła w wynajmowanej ruderze wraz z ukochanym synkiem. Pewnego dnia Vera musi zostawić swojego trzyletniego syna w domu, by pójść na nocną zmianę. Całą noc myślała tylko o nim - że pewnie odkrył się i teraz jest mu zimno, że gdy obudzi się w środku nocy sam może się przestraszyć. Oczami wyobraźni widziała, jak maluch w objęciach ukochanego misia Maxa nie może usnąć i bardzo tęskni. Przeżywa okropne katorgi i odlicza godziny, minuty do spotkania z synem. Gdy tylko kończy pracę - biegnie, ile sił w nogach, w rozdartym swetrze i dziurawych butach, przedziera się przez zaspy, bu utulić swojego małego mężczyznę. Jednak kiedy dociera do domu, Daniela w nim nie ma...

W miarę jak Claire poznaje losy uprowadzonego chłopca udaje się jej zapomnieć o własnej tragedii. Próbuje za wszelką cenę rozwikłać niewyjaśnioną jak dotąd historię zaginięcia Daniela, a gdy z czasem ślady zaginionego chłopca zaczynają splatać się z losami jej własnej rodziny - Claire gotowa jest zrobić wszystko, by prawda ujrzała światło dzienne.

Książka jest niesamowicie poruszająca. Nawet teraz, pisząc tą recenzję mam łzy w oczach, choć od przeczytania jej minęło kilka dni. Postać Claire od razu przypadła mi do gustu, jednak to Vera zakradła moje serce. Byłam pod wielkim wrażeniem tego, ile była w stanie znieść, aby odzyskać syna - chodzić na mrozie tak długo aż odmarzły jej stopy i straciła czucie w palcach, upodlić się, wyzbyć resztek dumy. Do końca, póki starczy sił...

Kiedy szalała z rozpaczy - wierzcie mi, moje serce również cierpiało. Kiedy wychodziła z domu na nocną zmianę zostawiając malca samego w domu - ryczałam jak głupia, bo wiedziałam, że zamykając za sobą drzwi Verze z rozpaczy i bezradności zapewne pękło serce. Nie wiem, czy jestem ostatnio tak wrażliwa, czy po prostu Sarah Jio potrafi mnie tak wzruszyć... Zdecydowanie jest to powieść, której długo nie zapomnę.


Aneta Kęska


Ksiązka przeczytana w ramach majowego wyzwania Pod hasłem

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Sarah Jio "Dom na plaży" - recenzja gościnna



Tytuł oryginału: The Bungalow
Tłumaczenie: Marta Dziurosz
Wydawnictwo: Znak literanova
Data wydania: 25 czerwiec 2012
Liczba stron: 296






Bardzo często o moim podejściu do danej książki decyduje wstęp. Czasami jest to zwykła dedykacja, prolog, kilka pierwszych zdań. 

"Włóż kawałek papieru do pierwszej lepszej koperty, zaklej ją i wyślij. List może przejść przez ręce tuzinów ludzi i przebyć tysiące kilometrów, zanim trafi do właściwej skrzynki pocztowej, gdzie zalegnie niepozornie między dwudziestą dziewiątą a trzydziestą stroną jakiegoś niechcianego katalogu i będzie czekał na niczego niepodejrzewającego odbiorcę, który lekceważącym ruchem ręki wrzuci katalog wraz ze znajdującym się w środku skarbem do kosza na śmieci. Ta mogąca zmienić czyjeś życie przesyłka będzie czekać cierpliwie obok niedokładnie wypłukanych kartonów po mleku, pustej butelki wina i wczorajszej gazety. Ten list był do mnie."

Po przeczytaniu tego prologu wiedziałam, że przepadłam... Jest rok 1942. Życie Anne od dawna było zaplanowane. Poślubi Gerarda - przyjaciela z czasów piaskownicy, urodzi dzieci, zostanie panią domu. Każdy gest i spojrzenie jej narzeczonego nie budzi w innych wątpliwości, że z tym facetem będzie po prostu szczęśliwa. No właśnie - w oczach innych, ale nie w oczach Anne. Gdzieś tam głęboko w sercu żywi do niego ciepłe uczucia; jednak jak odróżnić miłość do kogoś, kogo zna się całe życie od namiętnej miłości, która pali Cie od środka, niweluje każde plany i nieproszona rodzi się w Twoim sercu? 

Na przyjęciu zaręczynowym przyjaciółka Anne oświadcza jej, że wraz z innym pielęgniarkami wyrusza na Bora-Bora by nieść pomoc walczącym żołnierzom. Pod wpływem impulsu dziewczyna postanawia zostawić wszystko i wraz z Kattie ruszyć na wojnę. Tak naprawdę wyrusza jednak po to, aby odnaleźć samą siebie. Czy zrozpaczony Gerard zrozumie jej decyzję i na nią zaczeka? Czy Anne nie pożałuje podjętej decyzji? 

Na wydawałoby się pięknej i malowniczej wyspie młoda dziewczyna po raz pierwszy poznaje smak prawdziwego strachu, niemocy, przyjaźni i ... miłości. Czy miejsce, gdzie wszystko rządzi się swoimi prawami, gdzie umierają bliskie Ci osoby jest odpowiednim miejscem na ukradkowe spojrzenia, przelotne muśnięcie dłoni, młodzieńcze marzenia o przyszłości pełnej miłości? Anne stawiając pierwsze kroki na wyspie, nie zdawała sobie sprawy, że właśnie tutaj - wśród pięknie kwitnących krzewów hibiskusa i bezkresu turkusowego oceanu narodzi się przyjaźń między nią a tajemniczym żołnierzem Westrym. 

Książka jest niesamowicie poruszająca - o miłości, przyjaźni, o przemijaniu i wybaczeniu. Przeżywałam każdy smutek i każde zwątpienie głównej bohaterki. Czy po przeżyciach na wyspie, która już na zawsze odmieniła jej życie Anne spełni obietnicę złożoną matce, która brzmiała: "Kiedy będziesz wychodzić za mąż - upewnij się, czy on cię naprawdę, naprawdę kocha" ? Tego dowiecie się tylko i wyłącznie wtedy, kiedy sięgnięcie po książkę. Warto! W razie czego wszelkie niepocieszenia wynikające z jej przeczytania biorę na siebie.


Aneta Kęska

Książka przeczytana w ramach wyzwania Pod hasłem

środa, 3 kwietnia 2013

Sheila Roberts "Strajk na Boże Narodzenie" - recenzja gościnna



Tytuł oryginalny: On Strike for Christmas
Tłumaczenie: Joanna Szatkowska
Wydawnictwo: Świat Książki
Data wydania: 16 listopad 2011
Liczba stron: 352






Poznajcie Glena - Glen to naprawdę wspaniały facet. Kocha swoją rodzinę, ubóstwia swoją żonę i dzieciaki. Jest rodzinny, najchętniej codziennie miałby gości i spraszał do swojego domu wszystkich znajomych, przyjaciół i całą rodzinę...Brzmi jak ideał? No to poczekajcie z zachwytami. Bob to zdecydowane przeciwieństwo Glena. Świąteczny terminator, tudzież Grinch w ludzkiej odsłonie. Artystyczna dusza - autor kilku dobrych kryminałów. Typowy domator - najchętniej całe dnie spędzałby w domu, z żoną (czy też bez) - ważne, aby nie musiał chadzać na domowe, świąteczne obiadki, urodziny, tudzież inne okazje do spotkań rodzinnych. 

W książce poznamy także kilka ciekawych męskich charakterów, ale co ich tak naprawdę łączy? A no żony... A co łączy ich żony? A no fakt, że postanowiły w tym roku zastrajkować, a dokładnie zastrajkować w Boże Narodzenie. Bowiem Święta Bożego Narodzenia to nie jest wcale taki cudowny okres dla Nas - gospodyń domowego ogniska. Owszem - cieszymy się, że spotkamy bliskich, że przytulimy swoją mamę/córkę/wnuczkę/brata; ale prawda jest taka, że Święta to straszna harówka, w której tak naprawdę jesteśmy niestety same. No bo kto, jak nie my - ulepi 1000 pierogów, bigos nastawi i ulepi milion uszek? 

Laura, żona Glena - kocha swojego faceta i swoje życie nad życie. Jednak dość ma gotowania, sprzątania i usługiwania co roku dziesiątkom gości zaproszonym na Święta przez Glena. On zaprasza - ona haruje. On zbija bąki i pochwały, a ona zaharowuje się jak dziki osioł. Joy, żona Boba uwielbia Święta spędzone w swoim gronie. Niestety Bob, po godzinie świdruje ją wzrokiem i z miną umęczonego kota wymusza na niej szybkie wyjście z domowych imprez, które z kolei Joy uwielbia. Pewnego dnia kobiety mówią DOŚĆ. Żadnych Świąt, żadnego pieczenia ciasteczek, gotowania, sprzątania, marudzenia. Święta będą wyglądać tak, jak zamarzą sobie tylko ich mężczyźni. Gdy dołączy się do tej akcji lokalna gazeta - może być naprawdę zabawnie. I jest. 

Książka jest po prostu cudowna. Czytałam ją z ogromną radością, bananem na twarzy i wypiekach ze śmiechu. Jest czarująca, odprężająca i naprawdę zabawna. Dawno tak dobrze nie bawiłam się czytając książkę. Nie doszukujcie się tutaj przekazów, ambitnych tekstów i wielu przenośni. Książka ma bawić i bawi, jest doskonałym umilaczem czasu. Polecam każdemu, bez względu na wiek, płeć (choć solidarność jajników wysuwa się tutaj na prowadzenie ) i obecną porę roku - choć aura bardziej przypomina Nam dzisiaj Święta Bożego Narodzenia niż Święta Wielkanoce. 

A słodkości? Mamy je dosłownie wszędzie. Pyszne ciasteczka, ciasta są obecne niemal przez całą książkę, dodatkowo na końcu książki umieszczone są przepisy na większość słodkości, o których jest mowa w książce. Polecam, polecam i jeszcze raz polecam !

Aneta Kęska


Książka przeczytana w ramach marcowego hasła do wyzwania Pod hasłem

sobota, 2 marca 2013

Katherine Webb "Dziedzictwo" - recenzja gościnna



Tytuł oryginału: The Legacy
Tłumaczenie: Olga Siara
Wydawnictwo: Insignis
Data wydania: wrzesień 2012
Liczba stron: 512






Dwie siostry. Dwie przerażające tajemnice. I przeszłość od której nie da się uciec?
Erica i Beth przyjeżdżają do Storton Manor, aby zamieszkać w domu, który w spadku został im przepisany przez zmarłą babkę. Przeglądając rzeczy babki Erica wraca wspomnieniami do dzieciństwa. Wspomina kuzyna Henry'ego, którego tajemnicze zniknięcie wywarło olbrzymi wpływ na życie całej rodziny. Pragnie wrócić pamięcią do dziecięcych lat, by rozwikłać tę niezwykle skomplikowaną zagadkę i sprawić, by Beth mogła w końcu zaznać spokoju.

Przy okazji natrafia także na pamiątki rodzinne, które wiodą ją do Ameryki i początków XX wieku. Jak się okazuje - jej rodzina ma więcej tajemnic, niż wszyscy przypuszczali. Książka opisuje równolegle historie dwóch sióstr oraz ich prababki - Caroline.

Książka ta jest światowym bestsellerem wydanym w 24 krajach. Podobno podbiła serca wielu, mojego niestety nie. Nie mogę uznać jednego - historie bohaterów opisane wyjątkowo poruszająco. Szczerze współczułam Caroline i im więcej sekretów jej życia poznawałam, tym bardziej było mi jej żal. Co mnie jednak do niej nie przekonało? Ano to, że jest to książka wyjątkowo smutna. Jeden wielki smutek. Czytając ją byłam po prostu zmęczona. Dodatkowo oczekiwałam napięcia, zagadki, natomiast bardzo szybko rozgryzłam "tajemniczą" zagadkę Caroline. Z drugą, teraźniejszą zagadką również uporałam się dość szybko, więc zaskoczenie nie było wielkim "bum", jedynie potwierdzeniem moich założeń. Książki nie skreślam, ale również nie polecam. Listów w książce odnalazłam kilka, nie będę jednak wklejać ich treści, bo są odrobinę za długie.


Aneta Kęska

Książka przeczytana w ramach lutowego wyzwania "Pod hasłem"
 

środa, 27 lutego 2013

Katarzyna Michalak "Sklepik z Niespodzianką. Adela" - recenzja gościnna


Autor: Katarzyna MichalakWydawnictwo: Nasza Księgarnia
Data wydania: lipiec 2012
Liczba stron: 320
Seria: Sklepik z niespodzianką tom 2






Jeśli nie czytałaś/eś poprzedniej części, zaglądasz i czytasz to na własną odpowiedzialność. Czytanie "Sklepiku z niespodzianką" w kolejności ma bowiem olbrzymie znaczenie.
Zakładając, że recenzję przeczytają tylko czytelnicy, którzy poznali już trochę losy mieszkańców
Pogodnej - zaczynamy :

Niespodziewany powrót Anny Potockiej nieco komplikuje życie mieszkańców Pogodnej. Zdaje się, że najwięcej zawirowań powrót przysporzy Bogusi, jednak poznając fakty z życia Adeli dowiadujemy się, że Anna odegrała ważny epizod w jej młodzieńczych latach. Ale jaki? I dlaczego Adelę tak strasznie denerwuje jej powrót? Czyżby Wiktor zawrócił w głowie nie tylko Bogusi? A może Adela - z pozoru szalona, beztroska i umykająca poważnym związkom - w głębi serca nie jest skrzywdzoną kobietą, która nade wszystko pragnie być najzwyczajniej w świecie kochana? O tym oczywiście przeczytacie w książce.
Poznajemy także dalsze losy Lidki, której zagubiona radość życia zaczyna ją przytłaczać i rzucać kłody pod nogi. Czy młoda pani weterynarz ma jeszcze szansę na beztroskę i radość?
Kłopoty nie ominą także Konstancji - młodej Mamy, dla której to bycie mamą nie jest wcale takim ósmym cudem świata. Ale gdzie podział się Igor? Czyżby porzucił matkę swojego dziecka dla innej kobiety i ruszył w świat? A może za jego wyjazdem kryje się coś więcej?
W tle tego wszystkiego nie może zabraknąć oczywiście Pani Stasi - ciepłej, troskliwej i opiekuńczej staruszki, która odgrywa również ważną rolę w życiu dziewczyn.

Książka oczywiście mnie nie zawiodła. Czyta się ją szybko, jeden wieczór okazał się tym razem za krótki. Uwielbiam styl pisania autorki - jak zawsze po pierwszej przeczytanej stronie jest już "po mnie" i odpływam razem z mieszkańcami Pogodnej, żeby wraz z nimi dzielić małe radości i większe smutki.

Fragment listu:

"Po takim dniu należy Ci się odrobina zapomnienia. Ciocia Krysia zawsze mawiała, że na wszelki smutek pomaga lampka dobrego wina (...) i kąpiel w luksusie. Wino i składnika załączam.
Kocham Cię Boginko,
A."


Aneta Kęska


Książka przeczytana w ramach wyzwania Pod hasłem

czwartek, 21 lutego 2013

Małgorzata Gutowska-Adamczyk "Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich" - recenzja gościnna



Autor: Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Data wydania: październik 2012
Liczba stron: 480
Seria: Podróż do miasta świateł Tom 1






Poznajcie Ninę - młodą historyczkę sztuki z Warszawy. Nina jest młoda, pełna pasji, życzliwa i choć z pozoru wydaje się szczęśliwa - wnikliwy czytelnik od razu wie, że są to właśnie tylko pozory. Przez całe życie matka nie była z niej zadowolona, zawsze znalazło się to "coś", co Nina zrobiła źle. Mimo, że jest już dorosła kobietą - nie potrafi przerwać toksycznej pępowiny łączącej ją z matką. 
Pewnego dnia Nina poznaje Igę - współwłaścicielkę cukierni Pod Amorem. Igę niepokoją niewyjaśnione zniknięcia obrazów Rose de Vallenrod, a tak się składa, że Iga jest prawdopodobnie właścicielką jednego z tych dzieł.  Tylko czy to na pewno dzieło słynnej malarki, która przed laty uwiodła młodego hrabiego? I właśnie na to pytanie chce odpowiedzieć Nina, która wyrusza do Paryża, tak ja ponad wiek temu wyruszyła Róża z Wolskich.
Autorka w całej książce przeplata losy Niny i Róży z Wolskich - młodej skandalistce, emancypatce - dziewczynie, która mimo młodego wieku walczyła o swoje marzenia; o dziewczynie, która na przekór matce i wszelkim przeciwnościom - chciała żyć i żyła po swojemu.

Nie ukrywam, że na początku książkę czytało mi się dość ciężko. Może to dlatego, że  nie do końca przepadam za skokami w czasie. Nieważne, czy dotyczy to książki, czy filmu - taki typ,  jednak kiedy akcja powoli się rozkręca - przyłapałam się na tym, że zamiast odłożyć książkę i paść w objęcia Morfeusza - sięgałam po kolejny rozdział, by choć na chwilę wraz z Różą kosztować ciężkiego, ale również niezwykle pięknego życia w Paryżu. Jedyne,czego mi w tej książce brakowało to za małe rozwinięcie wątku Niny. Uważam, że powinno być jej trochę więcej.

Czy sięgnę po następną część? Tak. Jestem ciekawa, jak potoczą się losy Niny i czy rozwikła zagadkę sprzed wielu lat. Ciekawa jestem także dalszych losów Róży. Książka kończy się w momencie, kiedy Róża odnosi pierwsze malarskie sukcesy. Jak wyglądała jej droga na szczyt kariery? Czy uda się jej wygrać tą najważniejszą 
walkę - walkę o prawdziwą miłość? Tego dowiemy się zapewne w drugiej części.

Fragment listu:

Drogi Książę!

To ja, Róża Wolska, czy mnie książę pamięta? Malował mnie książę dwa razy, a potem leżał Pan ranny w naszym pokoju. A ja widziałam Pańskie obrazy na Salonie. Teraz mieszkamy przy rue des Abbesses i pracujemy przy hafcie u pani Patrykowej Bonnant. Czy jesteś Pan zdrów? Może Ci czego potrzeba? Z całego serca pozdrawiam,
Róża Wolska.
 
Aneta Kęska
 
Książka przeczytana w ramach wyzwania Pod hasłem 

sobota, 16 lutego 2013

Debbie Macomber "Skrawki życia" - recenzja gościnna



Tytuł oryginału: A Good Yarn
Tłumaczenie: Monika Łesyszak
Wydawnictwo: Mira
Data wydania: kwiecień 2009
Liczba stron: 432
 



Jest to druga, ale niezależna część opowiadająca o losach sklepiku z włóczkami na Blossom Street. Lydia Hoffman, po wielu perypetiach, głównie zdrowotno-sercowych rozkwita, tak samo jak rozkwita jej interes. Powoli napływają zgłoszenia na kolejny organizowany przez nią kurs, tym razem dziergania skarpet.  
Pierwsza na kurs zgłasza się emerytowana bibliotekarka Elise, która szuka zajęcia, aby zapomnieć o swoich problemach. Straciła wszystko źle lokując swoje oszczędności, a dodatkowo niespodziewaną wizytę składa jej... były mąż. 
Bethanne nie może otrząsnąć się po rozwodzie. Załamana, sfrustrowana i bez celu do dalszego życia postanawia zapisać się na kurs, aby zwyciężyć nad załamaniem nerwowym. 
Courtney, niesamowicie samotna i zakompleksiona młoda dziewczyna z nadwagą, zmuszona przez babcię zapisuje się na kurs z myślą, że czeka tam na nią jakieś ciekawe wyzwanie. 
4 różne kobiety, 4 różne historie. Czy uda im się zostać przyjaciółkami? Czy różnica wieku i zainteresowań może być przeszkodą? Czy Lydia odnajdzie szczęście u boku ukochanego Brada? Czy niespodziewana wizyta jego byłej żony nie zakłóci ich spokoju? Czy Elise będzie w stanie znosić przez dłuższy czas widok byłego męża? Mijać się z nim na korytarzu, chodzić z wnukami na spacer? Czy 30 lat rozłąki wpłynęło na jej uczucia względem Mavericka? A może prawdziwa miłość nigdy nie ustaje? Czy Bethanne udowodni byłemu mężowi, dzieciom, a przede wszystkim sobie, że jest wartościowa? Że jest zdolną, przedsiębiorczą kobietą, którą stać na więcej niż pranie, gotowanie i czytanie gazet? Czy Courtney uwierzy w siebie? Czy uwierzy w to, że nadwaga nie przeszkadza w tym, aby być lubianą? Czy pozna w końcu prawdziwych przyjaciół? 
Jest to moja druga książka tej autorki i jestem oczarowana. Książki są pełne ciepła, miłości i nadziei. Sprawiają, że po ciężkim dniu z niesamowitą przyjemnością czytam kolejny rozdział, kolejny i kolejny. Co mnie w nich urzekło? Wszystko? Zachęcam do lektury! 

I jeszcze fragment listu z książki: "Schylona nad zwierzakiem, zauważyłam na podłodze list w urzędowej kopercie... Z drżeniem serca podniosłam kopertę. Zawierała dwa proste zdania: Tęsknię za Tobą. Czy możemy się spotkać? "

Aneta Kęska


Książka przeczytana w ramach lutowego wyzwania „Pod hasłem”

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Maria Krüger "Karolcia" - recenzja gościnna




Wydawnictwo: Siedmioróg
Data wydania: 2008
Oprawa: miękka
Liczba stron: 133






Wyobraź sobie, że gdzieś za piecem, czy za lodówką znajdujesz malutki, niebieski koralik. Bierzesz go do ręki i delikatnie przecierasz. Nagle okazuje sie, że koralik mówi...dziwne, prawda? Ale jeszcze dziwniejsze jest to, że koralik ten spełni także Twoje życzenia. Masz ich tylko kilka, bo z każdym koralik blednie i nie da rady spełnić zachcianek każdego. Co byś wybrał/a ? Milion złotych, piękny dom, 20 kg mniej, czy może nowy samochód? Widzisz - Karolcia wybrała inaczej. Może to dlatego, że ma tylko 8 lat i 8 miesięcy i jej świat nie jest przepełniony problemami dorosłych. Karolcia za pomocą koralika chce być choć na chwilę niewidzialna, aby móc wraz ze swoim kompanem zabaw psocić i robić psikusy. Pragnie, aby autobus, którym codziennie jej Mamusia jeździ do pracy nie był przepełniony, aby Mama mogła usiąść i bez stania w ścisku dojechać do pracy. Karolcia pragnie uratować swój ukochany plac zabaw, aby wszystkie dzieci z podwórka miały gdzie spędzać wolne od nauki popołudnia i weekendy. musi być jednak ostrożna, bo na koralik czyha czarownica gotowa w każdej chwili wykraść go z rąk Karolci i zrobić z niego użytek. 

Nie będę ukrywać, że dość trudno czytało mi się tą krótką, choć uroczą książkę przeznaczoną dla dzieci. Może to dlatego, że już dawno temu zatraciłam w sobie dziecko i świat dorosłych zepchnął moją czasami dziecinna naturę na drugi, a nawet dalszy plan. My dorośli, już zawsze będziemy podążać za realiami; jak dobrze mieć chociaż te dziecinne i młodzieńcze wspomnienia, których zarówno nam dorosłym, jak i Karolci nikt nie zabierze.


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Pod hasłem". 

Moje pierwsze czytelnicze wyzwanie. Za rok będzie ich dużo więcej 


Aneta Kęska

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...