Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 czerwca 2024

"...w kryminałach od pytania „kto zabił?” ważniejsza wydaje mi się odpowiedź na pytanie „dlaczego ktoś to zrobił?” - wywiad z Rafałem Lewandowskim - wywiad #25

fot. Piotr Markiewicz
 
Miesiąc temu, czyli 22 maja 2024 roku swoją premierę miał kryminał Rafała Lewandowskiego "Sylwetka doskonała".
 
Ejotkowe postrzeganie świata objęło książkę patronatem medialnym a dziś zapraszam Was na wywiad z autorem. Będzie o pisaniu, pracy, marzeniach, fitnessie oraz zniknięciu. 10 pytań, 10 odpowiedzi.

 
 
 
 
 ejotek: Wydałeś kilka książek i zniknąłeś ze świata literackiego... na ile to lat?

Rafał Lewandowski: Poprzednią książkę wydałem w 2015 roku, więc minęło dziewięć lat. Licząc od ostatniej powieści, bo w międzyczasie, w opublikowanej w 2020 roku antologii „Stulecie kryminału”, znalazło się jedno moje opowiadanie.

 

ejotek: Co w tym czasie działo się w Twoim życiu? Nie tęskniłeś za pisaniem?

RL: Od 2016 roku pracuję w wydawnictwie. Z jednej strony można więc powiedzieć, że nie miałem okazji stęsknić się za pisaniem, bo zawodowo na co dzień zarówno poprawiam cudze teksty, jak i piszę własne. Z drugiej jednak takie typowo twórcze pisanie, to zupełnie coś innego i trochę mi tego brakowało.

 

ejotek: Czyli literki nadal towarzyszyły Ci w codzienności, ale dobrze odgadłam, że zatęskniłeś za napisaniem czegoś dłuższego…

RL: Tak właśnie było. Spory wpływ miał na to też fakt, że ludzie, których poznałem w tej pracy, po godzinach także zajmowali się czymś innym, mieli swoje pasje i jakoś potrafili wygospodarować na nie czas i siły po wyjściu z budynku firmy. To zmotywowało mnie do działania, uznałem, że też tak mogę, a co więcej, chcę. Może przy pracy na pełen etat pisanie powieści, a raczej znalezienie czasu na to, nie jest już tak łatwe jak w czasach studenckich, ale nadal możliwe.

 

ejotek: W jakich okolicznościach pomyślałeś o napisaniu „Sylwetki doskonałej”?

RL: Przyszedł mi on do głowy po tym, jak wybrałem się na zajęcia do klubu fitness. Poszedłem tam z ciekawości, bo trening prowadziła moja koleżanka. Poza tym, że byłem uczestnikiem jej zajęć, to usłyszałem też od niej sporo ciekawostek na temat funkcjonowania takich klubów. Myślę, że opowiadając mi to, nawet przez chwilę nie przypuszczała, że kiedyś wykorzystam to w książce. W „Sylwetce doskonałej” to właśnie instruktorka fitness pada ofiarą morderstwa, ale to już akurat nie ma żadnego związku z moją koleżanką. Jeśli myślicie, że pocąc się niemiłosiernie w trakcie jej treningu, czując, jak pieką mnie mięśnie, przychodziły mi do głowy jakieś mordercze myśli, to nie, to zupełnie nie tak, stanowczo zaprzeczam.

 

ejotek: Intryguje mnie jak długo pisałeś, bo przecież nie jest to „chudzinka” a do tego etat?

RL: Cóż, gdy zaczynałem pisać tę książkę, wiedziałem, co chcę w niej zawrzeć, mimo to nie przypuszczałem, że będzie aż tak długa. Wstępnie pracowałem nad nią pod roboczym tytułem „Fitkryminał”, co raczej nie przywodziło na myśl kilkusetstronicowego tomu, a coś zdecydowanie cieńszego. Samo pisanie książki to jakieś dwa lata – mniej więcej od początku 2020 roku do końca 2021 roku, oczywiście proces ten poprzedzała kilkumiesięczna praca koncepcyjna. Pod koniec 2021 roku powieść była już napisana, ale to wcale nie znaczy, że już mogłem ruszać z pracami wydawniczymi. Kolejne osiem miesięcy poświęciłem na samodzielne dopracowywanie tego tekstu, dopieszczanie go.

 

ejotek: A dlaczego akurat świat fitnessu stał się środowiskiem tego kryminału?

RL: Uznałem, że klub fitness będzie idealnym miejscem akcji ze względu na to, że mogą spotkać się tam rozmaite osoby, młodsze, starsze, z sylwetką mniej lub bardziej doskonałą, wykonujące różne zawody, mające różne cele, zarówno treningowe, jak i życiowe. Było to dla mnie szczególnie istotne, ponieważ w mojej książce przewija się cała galeria ciekawych postaci. Klub fitness dawał mi spore możliwości fabularne, a należy zdawać sobie sprawę, że żadna powieść tak naprawdę nie opiera się na jednym pomyśle. Owszem, zawsze jest jakiś główny zamysł, wiodący wątek, ale na całą książkę składają się tysiące małych pomysłów, tak właściwie każdy z bohaterów ma swoją historię. Poza tym świat fitnessu pasował mi do założeń tej powieści, która miała być przede wszystkim historią o akceptacji. W końcu tego rodzaju zajęcia kojarzą się z dbałością o sylwetkę, próbą zrzucenia zbędnych kilogramów, zmienienia czegoś w swoim życiu, a to z kolei stanowiło dobry punkt wyjścia do poruszenia w tej książce wielu ważnych tematów.

 

ejotek: Czy od początku wiedziałeś „kto zabił” czy może bohaterowie pomieszali Ci nieco szyki?

fot. Piotr Markiewicz
RL: Tak jak wcześniej wspominałem, ta książka powstawała przez kilka lat, sama praca koncepcyjna trwała parę miesięcy, więc zamysł na tę historię długo dojrzewał i w międzyczasie trochę ewoluował, ale jednak odkąd usiadłem już na poważnie do pisania, to trzymałem się wcześniej ustalonego planu. Mimo że książka ma ponad 600 stron i naprawdę bardzo wiele wątków, to jednak nad wszystkim panowałem, nie musiałem wynajmować prywatnego detektywa, żeby pomógł mi w wykryciu sprawcy. Poza tym w kryminałach od pytania „kto zabił?” ważniejsza wydaje mi się odpowiedź na pytanie „dlaczego ktoś to zrobił?”. Zarówno z perspektywy autora, jak i czytelnika tego typu powieści, to właśnie ten psychologiczny aspekt zbrodni interesuje mnie najbardziej. Lubię, gdy wyjaśnienie motywów postępowania sprawcy zaskakuje mnie bardziej niż same jego personalia. Mam nadzieję, że czytelników „Sylwetki doskonałej” także uda mi się pod tym względem zaskoczyć.

 

ejotek: Od premiery książki minął miesiąc, jak została przyjęta?

RL: Całkiem nieźle. Jak na razie docierają do mnie same pozytywne opinie, zarówno od zwykłych czytelników, jak i tych, którzy zajmują się literaturą na co dzień, czyli blogerów książkowych, bookstagramerów czy redaktorów. Myślę jednak, że czas na bardziej miarodajną ocenę przyjdzie później. Minął dopiero miesiąc, książka jest gruba, pewnie wiele osób jeszcze nie zdążyło jej przeczytać.

 

ejotek: Następna książka jest już w planach czy może nawet już się pisze?

RL: Nie jestem w stanie odpowiedzieć na pytanie, kiedy i czy w ogóle ukaże się moja następna książka, bo w tej chwili jeszcze sam tego nie wiem. Oczywiście mam jakieś pomysły, ale czy którykolwiek z nich doczeka się realizacji, to naprawdę trudno mi powiedzieć, bo zależy to od bardzo wielu czynników. Nie jestem zawodowym powieściopisarzem, traktuję to pisanie jako hobby, pieniądze zarabiam gdzie indziej, więc nie muszę wydawać książki co roku, a tylko wtedy kiedy chcę. I jaką chcę. Pod względem marketingowym najlepiej byłoby teraz wydać kolejny kryminał z komisarz Czyż, ale raczej tego nie zrobię, kusi mnie, żeby pójść literacko w zupełnie innym kierunku. Niczego jednak nie obiecuję, ale też niczego nie wykluczam. Może coś nowego ode mnie pojawi się już w przyszłym roku, a może znowu zniknę na parę lat.

 

ejotek: A jakie są aktualnie Twoje marzenia i najbliższe plany?

RL: Jeśli chodzi o najbliższe plany, to póki co skupiam się na promocji „Sylwetki doskonałej”. Chciałbym, żeby ta książka dotarła do jak największej liczby odbiorców, jak pewnie każdy autor zresztą. Marzenia dzielę zwykle na te bardziej i mniej możliwe do spełnienia. Do tych pierwszych zaliczam wydanie kolejnej książki, najlepiej w jakimś dużym wydawnictwie, a jeśli mowa o tych drugich, to zawsze marzyła mi się ekranizacja jakiejś mojej powieści. Albo chociaż serial na jej podstawie. W sumie „Sylwetka doskonała” idealnie by się do tego nadawała.

 

ejotek: Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę spełniania kolejnych marzeń oraz realizacji planów.

RL: Również dziękuję za wywiad, a także za zaangażowanie w promocję „Sylwetki doskonałej”.

 

 

sobota, 11 czerwca 2022

Wywiad z Karoliną Hejmanowską, autorką "Miłość w rytmie punk rocka" - wywiad #24


Karolina Hejmanowska urodziła się w 1992 roku. Mieszka na Śląsku. Interesuje się historią (okresem II wojny światowej oraz historią PRL-u), psychologią oraz tematyką uzależnień. Zadebiutowała w sierpniu 2020 roku powieścią "Adres w sercu", zaś 11 maja 2022 została wydana już trzecia jej powieść - "Miłość w rytmie punk rocka". Klikając w niniejszy link zostaniecie przekierowani do moich recenzji książek Karoliny, zaś ona sama opowie Wam o swojej przygodzie z pisaniem.
 
 
 
ejotek: Kobiety-autorki pytane o to, jak zaczęła się ich przygoda z pisaniem odpowiadają często, że od pamiętnika. Czy podobnie było u Ciebie?

Karolina Hejmanowska: Tak, w tej kwestii nie jestem wyjątkiem. Moja przygoda z pisaniem pamiętnika rozpoczęła się dawno temu, w 2003 roku, byłam wtedy jedenastoletnią dziewczynką. Pierwszy wpis dotyczył wakacji w Szczawnicy. Spędziłam ten czas z dziadkami i z mamą. Ostatni wpis powstał, jeśli dobrze pamiętam, w 2017 roku. Jak widać, zapiski prowadziłam od dzieciństwa aż do dorosłości. Ostatni wpis dotyczył mojej malutkiej córeczki.

ejotek: W którym momencie nastąpił zatem przełom – zakiełkował pomysł, by napisać pierwszą książkę?

KH: Może Cię zaskoczę, ale nigdy nie marzyłam o napisaniu książki. Nawet przez myśl mi to nie przeszło. Prowadziłam bloga muzycznego, zamieszczałam tam nowinki ze świata rocka i metalu, dodatkowo tworzyłam recenzje albumów muzycznych, których słucham obecnie, jak i tych, których namiętnie słuchałam w dzieciństwie, a do których, z racji sentymentu, z chęcią powracam. Jednak nadszedł dzień, w którym wszystko się zmieniło. Blog muzyczny przestał mi wystarczać, problem w tym, że nie wiedziałam, co powinnam dalej z tym zrobić. To był rok 2018; pewnego razu odwiedziła mnie koleżanka, taki sam mól książkowy jak ja, ale tamtego dnia podzieliła się ze mną informacją, która kompletnie zwaliła mnie z nóg. „Napisałam książkę” – wyznała. Po chwili ciszy udało mi się wypowiedzieć tylko dwa słowa: że co? [śmiech]. Nie miałam pojęcia, że pisze, a w tamtym okresie widywałyśmy się często, więc tym bardziej było to dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Zaczęła mnie namawiać, bym zrobiła to samo. Wyśmiałam ją. Ja i pisanie książek? To już zupełnie inna forma, to coś dużo bardziej skomplikowanego niż tworzenie krótkich informacji o nowinkach muzycznych lub dzieleniem się wrażeniami i opiniami dotyczącymi albumów muzycznych. Nie wierzyłam w siebie, nawet nie chciałam o tym słyszeć, ale koleżanka była uparta. Za każdym razem, przy okazji kolejnych spotkań pytała mnie, co zrobiłam w sprawie książki, jak mi idzie praca. Ale ja szłam w zaparte: nie potrafię, nie dam rady, nie podołam, to nie dla mnie. Twierdziłam, że nawet nie wiem, jak zacząć. „Ja zaczęłam od parującej kawy w kubku” – odpowiedziała [śmiech]. Z jednej strony bawiły mnie jej próby namawiania mnie do pisania, z drugiej irytowały. Nastał listopad. I wtedy coś się zmieniło. Postanowiłam jednak spróbować coś napisać. A jak już spróbowałam… poszło z górki. Na brak weny nie mogłam narzekać. Pracę nad „Adresem w sercu” rozpoczęłam w połowie listopada 2018 roku, a zakończyłam w maju 2019 roku.

ejotek: A kiedy już napisałaś „Adres w sercu”, co było dalej? Najpierw wysłałaś do wydawnictw czy może ktoś był testerem?

KH: Jedna z bliskich mi osób przeczytała tę historię, zresztą sama ją o to poprosiłam. To był mój pierwszy czytelnik. Chciałam sprawdzić, jaka będzie reakcja, jakie będą wrażenia, jak odbierze tę historię. Czy to, co stworzyłam jest w ogóle warte uwagi. Mimo, że to osoba bliska, wiedziałam, że mogę liczyć na szczerość. A jakby tego było mało, ta osoba w ogóle nie czyta książek. Niezłego kandydata sobie wybrałam, co? [śmiech]. Dodam, że to odbywało się w taki sposób, że wysyłałam fragmenty tekstu na maila tej osoby, ponieważ zdawałam sobie sprawę, że „nie udźwignie” większej ilości tekstu. Jeszcze w trakcie tworzenia „Adresu…” wysyłałam maile z tekstem. Codziennie po trochu. I codziennie otrzymywałam wiadomości zwrotne. Co w nich było? Wrażenia, odczucia tej osoby. Wielką radość sprawiały mi wiadomości typu: „coś ty tu napisała, jak mogłaś, jestem zły, bo…” – rozumiesz? Nastąpiło uaktywnienie się emocji. A o to w książkach chodzi. Mają one być, ponieważ on dowodzą temu, że powieść nie jest nudna. Kiedyś nawet ta osoba przyznała, że pewne sceny poruszyły ją do tego stopnia, że czuła łzy pod powiekami. Dla mnie nie mogło być lepiej. Mężczyzna, który nie czyta, przeżywa istny wachlarz emocjonalny, a jest to spowodowane moją pierwszą książką. A te łzy to autentyk, kiedyś nawet byłam świadkiem, jak o tym komuś opowiadał nie wiedząc, że byłam świadkiem tej rozmowy. Gorąco mnie zachęcał do próby wydania tej książki i gdyby nie on, z pewnością bym tego nie zrobiła. Mimo jego świetnego przyjęcia, nie potrafiłam zrobić tego kroku, ale on zachęcał i zachęcał… Zwróć uwagę, że tak samo było z napisaniem książki: gdyby nie zachęta koleżanki, wręcz uparte namawianie mnie do tego, nic by z tego nie było. Niestety mam naturę pesymistki i takie wsparcie od bliskich jest w moim przypadku na wagę złota.

Jeśli chodzi o poszukiwanie wydawcy, wyglądało to następująco: z racji tego, iż debiutantowi jest z reguły trudniej zainteresować potencjalnych wydawców, moja koleżanka (ta sama, która napisała książkę), poleciła, bym skontaktowała się z Poligrafem. Wydanie u nich wygląda w taki sposób: płacisz – oni zajmują się drukiem oraz dystrybucją. Szkoda tylko, że nie zajmują się także sprawami związanymi z promocją, przez to informacja o moim debiucie nie zaistniała w świadomości masowego odbiorcy. Sama musiałam zająć się promocją: powysyłałam kilka egzemplarzy do blogerek (zresztą tak się poznałyśmy 😉), podano informację o książce w Punkowym Radiu Underground i… właściwie to tyle. Dodam, że wcześniej Poligraf zorganizował konkurs na książkę wartą wydania, a główną nagrodą było wydanie książki za darmo. Nie wygrałam, ale otrzymałam wyróżnienie, co także bardzo mnie ucieszyło, szczerze mówiąc, nie spodziewałam się tego. Co prawda dzięki wyróżnieniu stworzono dla mnie darmowy baner reklamowy (jest opcja zamówienia go sobie, ale także za tego typu działania normalnie trzeba u nich zapłacić), ale właściwie co to zmieniło? Nic. Nie było odpowiedniej promocji, nad czym ubolewam, bo jestem bardzo zadowolona z tej historii. Ale zanim doszło do wydania, nie byłam w posiadaniu wystarczającej ilości pieniędzy i wtedy stwierdziłam, że porozsyłam tekst do tradycyjnych wydawców. I wiesz co? Pieniądze w końcu udało mi się zdobyć, podpisałam umowę z Poligrafem, a dzień później skontaktował się z mną mój obecny wydawca, czyli Novae Res, bo byli zainteresowani wydaniem „Adresu w sercu”. Szok przeplatał się ze złością i niedowierzaniem. Takie emocje się we mnie kłębiły. Oczywiście byłam zła na siebie za to, że nie poczekałam. Ale skąd miałam wiedzieć? Emocje w końcu opadły. W styczniu 2021 roku, gdy szukałam wydawcy dla „Miłości w rytmie punk rocka”, przypomniałam sobie tę sytuację z Novae Res. Napisałam do nich. Co ciekawe i zaskakujące zarazem, pamiętali tę sytuację z „Adresem w sercu”! Stwierdzili, że z chęcią zapoznają się z moją kolejną książką, poprosili o kilka tygodni cierpliwości. Ależ mi się ten czas dłużył! Jaka była odpowiedź, tego wyjawiać nie muszę. 😉

ejotek: Dlaczego spośród tylu możliwości wybrałaś na czas akcji swoich książek akurat lata 90.? Wszak wtedy byłaś małą dziewczynką…

KH: Bardzo lubię muzykę lat 90., chciałam, by moi bohaterowie byli ludźmi z kręgu subkultur. Oprócz tego, chciałam cofnąć się do czasów, gdzie młodzi ludzie nie siedzieli z nosem w smartfonach, nie korzystali z sieci internetowej, by spędzali czas aktywnie. Wehikuł czasu nie istnieje, więc chociażby w taki sposób, za pomocą mojej wyobraźni, chciałam się cofnąć do tamtych czasów. Ostatnia dekada XX wieku funkcjonuje w kręgu moich zainteresowań i nie chodzi mi tylko o muzykę. Polecam pozycję „Jak budowaliśmy kapitalizm. Pierwsze dziesięciolecie”. Lata 90. w pigułce, czyli: polityka, szkolnictwo, muzyka, seriale… oraz takie „kwiatki”, jak: „W Łodzi zorganizowano konkurs na największy nonsens. Konkurencja była duża. Typowano np. uchwałę tamtejszej Rady Miejskiej w sprawie opłat za przewozy promowe, choć w Łodzi żaden prom nie kursował, postawienie słupa na środku jezdni czy parking z zakazem parkowania”. [śmiech]

ejotek: Twoje dwie pasje to literatura i muzyka. Czy pisząc lub czytając jednocześnie słuchasz? 

KH: Podczas pisania sprzyja mi cisza. Może zaledwie kilka razy zdarzyło się, że założyłam słuchawki na uszy i włączałam muzykę punkową. Z reguły zasiadając do pisania, muszę mieć ciszę. Tak samo z czytaniem. Gdy czytam, nie słucham muzyki. Rozprasza mnie.

ejotek: Nie fascynuję się aż tak muzyką tamtego okresu tak jak Ty. Czy nie bałaś się, że inni mogą być znudzeni takim naciskiem na dzielenie się szczegółami w powieściach?

KH: Nie. W ogóle takie myśli nie przeszły mi przez głowę. Napisałam książkę tak, jak ją czułam, a jeśli przy okazji się komuś spodoba, to będzie mi bardzo miło. 😊

ejotek: Podobnie jak debiut, tak i „Miłość w rytmie punk rocka” skupia się na młodych ludziach, używkach, przyjaźni i miłości. Nie brak im problemów… Na ile sama wiesz, jak potoczą się ich losy? A może to oni zmieniają nieco Twoje plany względem ich życia podczas rozwoju akcji?

KH: Generalnie rzadko zmieniam plany pod względem akcji. Pomysły na dane sytuacje przychodzą mi do głowy na długo przed przeniesieniem je na… papier, chciałoby się rzec, ale korzystam wyłącznie z laptopa. 😉 Bywa też i tak, że pomysł pojawia się w trakcie tworzenia, na bieżąco. Bardzo rzadko „wyrzucam” dany pomysł lub zmieniam.

ejotek: Który z bohaterów „Miłości…” był Twoim ulubionym?

KH: To proste pytanie, ale tylko z pozoru. Nie mam pojęcia. Większość moich bohaterów darzę sympatią, jestem z nimi bardzo związana. Uwielbiam Julkę, jest urocza, cicha, nieśmiała i uczuciowa, ale lubię także Aleksa, którego styl ubioru zdaje się mówić „jestem niegrzecznym chłopcem” [śmiech], zresztą jego postawa do otaczającego świata także, ale przecież gdzieś głęboko w środku nie różni się od Julki. Jest dobry, wrażliwy, uczuciowy. Potrafi kochać całym sobą, czemu zresztą on sam się dziwi. W tym miejscu „oddajmy” głos samemu Aleksowi: „Nigdy nie posądziłbym siebie o to, że jestem w stanie wykrzesać z siebie takie pokłady uczuć”.


ejotek: Jak wyglądał proces tworzenia takich grubasków? Wszak trzeba bardzo dokładnie pilnować wieku bohaterów, ich pasji czy innych detali. Tworzysz tablicę z informacjami?

KH: Niczego nie zapisuję na boku. Wszystko mam w głowie. Jedyne, co robię przed otwarciem pliku z tekstem, to otwarcie strony z kalendarzem z przeszłych lat. Jak sama wiesz, jedno z miejsc akcji to szkoła. Musiałam dokładnie sprawdzać taki kalendarz, by wiedzieć, którego dnia wypadają dni nauki szkolnej, a kiedy dni wolne. Pisząc o zakończeniu roku szkolnego 1993/1994, szukałam informacji w sieci, którego dnia on wypadł. Dat i godzin w książce jest mnóstwo, dlatego możliwość wglądu do takiego wirtualnego kalendarza to sprawa priorytetowa.

ejotek: Jak się czujesz jako autorka trzech już wydanych książek?

KH: Szczerze? Są momenty, w których trudno mi uwierzyć, że wydałam już trzy książki. Inną kwestią jest to, że „Miłość w rytmie punk rocka”, czyli moja najnowsza powieść, jest promowana, obecny wydawca mi to zapewnił, więc jest to dla mnie absolutna nowość, co chwilę docierają do mnie informacje od blogerek, które nabyły książkę, by następnie napisać to, co o niej myślą. Tych osób jest coraz więcej, mój debiut nie mógł liczyć na takie zainteresowanie, ponieważ – jak już wcześniej wspomniałam – nie był promowany. I chociażby ten wywiad, którego Ci w tej chwili udzielam także jest dowodem na jakąś promocję. W tym kontekście to wszystko jest dla mnie nowością.

ejotek: A jakie masz plany na przyszłość? Kolejna książka?

KH: Owszem. Od wielu miesięcy pracuję nad kolejną historią. Zdradzę, że porzucam lata 90., czas akcji będzie nieco inny.

ejotek: Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę sukcesów!

KH: Ja również. 😊 Dziękuję. 😊

 

Zdjęcia z archiwum autorki

piątek, 25 marca 2022

Nietypowe Pytania do autorki romansów historycznych Melisy Bel - wywiad #23


 
 
Takiego wywiadu jeszcze nie czytaliście!
 
Na okoliczność wydania najnowszego romansu historycznego Melisy Bel (papierowa premiera - 25.02.2022), czyli "Wilczego Lorda" zadałam autorce kilka pytań. 
Ja z humorem, więc i autorka z humorem :) Wyszedł wywiad... najchętniej napisałabym, że z jajem :D
 
A że był przygotowany pod relacje na IG to nietypowo możecie go przeczytać w formie graficznej.
 
Doczytajcie do końca, czeka tam pytanie i niespodzianka! 



 
 
 


















Jak Wam się podoba forma graficzna wywiadu [grafiki tworzyła autorka]?
A fakt, że pytania i odpowiedzi są z przymrużeniem oka a nie tylko powtarzalne i na serio? 

Na górze posta znajdziecie podlinkowany tytuł książki - przeniesie Was do mojej recenzji. 
Jeśli ktoś jeszcze nie ma książki a chciałby mieć "Wilczego Lorda" lub inny tytuł Melisy Bel to mam dla Was kody zniżkowe! Trzy pierwsze osoby, które do mnie napiszą otrzymają 30% rabatu!

piątek, 22 stycznia 2021

O pandemii, planach, balansie oraz flow, czyli rozmowa z Krzysztofem Koziołkiem, autorem m.in. "Chińskiego wirusa" - wywiad #22

Krzysztof Koziołek (fot. od autora)

 
 
 Przepytałam Krzysztofa Koziołka na okoliczność wydanej w październiku książki "Chiński wirus", której patronowałam. Poruszyłam też temat koronawirusa (nie dało się go uniknąć w obliczu powyższej książki) oraz planów na 2021 rok.

Zapraszam :)
 
 
 
 



ejotek: W ostatnim kwartale 2020 roku wydał Pan zbiór tekstów „Chiński wirus” a tematyka pierwszego thrillera jest bardzo adekwatna do czasów, w jakich przyszło nam żyć. Co jest dla Pana najtrudniejsze w nowej rzeczywistości?

Krzysztof Koziołek: Najtrudniejsza, a może najbardziej smutna i przejmująca, bo tak bym to ujął, jest świadomość, że wolność, którą zabiera się nam przy okazji tak zwanej pandemii, może już nie wrócić w tej postaci, jaką znaliśmy jeszcze rok temu. Od razu wyjaśnię też, co mam na myśli, mówiąc o tak zwanej pandemii. Absolutnie nie kwestionuję obecności wirusa wokół nas i jego śmiercionośnej siły. Natomiast uważam, że to, co się niejako przy okazji wokół nas dzieje, to już wynik mieszanki totalnej głupoty, ogromnej niekompetencji i biurokracji. Szerzej pisałem o tym właśnie w „Chińskim wirusie”.


ejotek: A która to wydana książka w Pana dorobku? Liczy Pan jeszcze? :)

KK: Chwileczkę, muszę policzyć, bo już się gubię (śmiech). Osiemnasta.


ejotek: Nawiązując do fabuły głównego tekstu – dlaczego akurat włoskiego piłkarza uwikłał Pan w aferę zdrowotno-polityczną?

KK: Bo dzisiaj wszystko musi być „naj”, aby przebiło się w natłoku informacji. Dlatego głównym bohaterem został jeden z najbardziej znanych piłkarzy na świecie. Czysta psychologia… Inny mechanizm psychologiczny wykorzystano do nakręcenia spirali strachu w związku z koronawirusem. Jeśli będzie się kogoś terroryzować czymkolwiek w długim czasie, nękać go wszelkimi możliwymi kanałami, to chociażby miał do czynienia z bzdurą wyssaną z palca, i tak się przerazi.

 

ejotek: Zakończenie „Chińskiego wirusa” było dla mnie ogromnie zaskakujące – czy od początku taki był plan?

KK: Tutaj nie było planu (śmiech). „Chiński wirus” to klasyczne flow, czyli, tłumacząc bardzo dosłownie i literacko: płynięcie tekstu z prądem czasu. Mówiąc bardziej jasno: kolejne odcinki powstawały z dnia na dzień, a właściwie z nocy na noc, bo pracowałem nad tą powieścią po „normalnej” pracy. Normalnej o tyle, o ile w czasie pandemicznego armageddonu można o takiej mówić. Zatem akcja rozwijała się na bieżąco.

 

"Chiński wirus" przybył z drukarni (fot. od autora)
  
 

 ejotek: Jeśli chodzi o inne opowiadania mniej lub bardziej kryminalne, to jestem pod wrażeniem ich różnorodnej tematyki, stylu pisania oraz charakteru. Czy można tak różne teksty napisać w krótkim odstępie czasu?

KK: Można, czego jestem przykładem (śmiech). A już na poważnie: dużo pracuję, mogę chyba o sobie powiedzieć, że jestem tytanem pracy. Aczkolwiek staram się znaleźć balans między pracą zawodową a życiem prywatnym i rodziną. Bo to te dwie ostatnie składowe są najważniejsze.


ejotek: A jakie były okoliczności powstawania tych tekstów?

KK: Takie, że już na samym początku lockdownu zacząłem przewidywać następne kroki decydentów, nie tylko polskich, i idące za tym konsekwencje i postanowiłem podzielić się tymi przemyśleniami oraz spostrzeżeniami z czytelnikami. Niestety, znam doskonale mechanizmy rządzące polityką, służbą zdrowia, służbami mundurowymi, itd. To wynik prawie dziesięcioletniej pracy dziennikarza prasowego. A mówię „niestety”, bo, jak powiedziałem wcześniej: pandemia w głównej mierze to nie rzecz „medyczna”, tylko socjologiczno-psychologiczno-polityczna. Zdradzę też, że niejako na kanwie tego, czego byliśmy i jesteśmy świadkami, powstała inna powieść: skrzyżowanie dystopii z thrillerem postapokaliptycznym „A potem już tylko nic”.


ejotek: Powie pan coś więcej na ten temat?

KK: Na razie nie (śmiech). Sytuacja w branży wydawniczej jest bardzo trudna, nie umiem przewidzieć, co się z tą książką stanie, czy i kiedy zostanie wydana.


ejotek: Po lekturze „Chińskiego wirusa” pomyślałam, że tak wszechstronny pisarz zaskoczy nas czytelników…. No właśnie, od jakiego gatunku najbardziej Pan się odsuwa z myślą, że go na pewno „nie popełni”?

KK: Nie wchodzi w grę fantasy (śmiech).


ejotek: Skończył się 2020 rok, niezbyt fortunny dla świata, Polski, kultury… Czego życzyłby Pan innym, ale i sobie w panującym nam już 2021 roku?

KK: Tego, żeby jak najwięcej ludzi nabyło kluczowej dziś umiejętności radzenia sobie z otaczającym nas światem, czyli samodzielnego myślenia. To będzie nam potrzebne jako społeczeństwu i cywilizacji, żeby przetrwać i wcale nie mam tu na myśli jedynie okresu pandemii, ale coś w dłuższym horyzoncie czasowym, coś znacznie gorszego i mogącego pociągnąć za sobą dużo bardziej groźne skutki: dramatycznego kryzysu kompetencji. Zaczynam się obawiać, że za kilkanaście lat jedynymi urządzeniami, jakie ludzie będą potrafili obsługiwać, będą ich smartfony. Mam nadzieję, że w tym temacie moje przewidywania się nie sprawdzą.


ejotek: Dziękuję bardzo za rozmowę.

KK: Ja również dziękuję.

 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...