 |
| L. Fabisińska - z FB autorki |
We wrześniu mieliście okazję poznać moje odpowiedzi na pytania
Liebster Award, do której to zabawy zaprosiła mnie autorka Magdalena Kordel. Pytania bardzo mi się podobały, bo skłaniały do refleksji, nie były oklepane.
Napisałam wtedy, że nikogo nie nominuję, lecz każdy chętny może udzielić własnych odpowiedzi. I wiecie co? Autorka "
Córeczki" i "
Śnieżynek" (i nie tylko, ale tylko te czytałam) Liliana Fabisińska napisała do mnie maila, że pytania tak ją zaintrygowały, że postanowiła sobie na nie odpowiedzieć. Otrzymałam zgodę na publikację, zatem zachęcam do poznania nieco bliżej - i z nieco innej, niż typowo książkowa - strony naszej polskiej, świetnej powieściopisarki.
Pani Liliano - bardzo dziękuję :) nie tylko za dobrowolne odpowiedzi, ale i za serce!
1)
Gdyby anioła można było zobaczyć, jak twoim zdaniem powinien
wyglądać?
Jak
dobry przyjaciel, z uśmiechem, w którym nie ma ani śladu wyższości
czy osądzania nawet najgłupszych z moich kroków. Mam kilka takich
aniołów obok siebie. Nie bez powodu słowami najczęściej z
aniołami wiązanymi są “cierpliwość” i “dobroć”. Taki
właśnie musi być anioł. Wygląd jest chyba mniej ważny, chociaż
ja słowo “anioł” widzę zawsze w leciuteńkim błękicie, takim
jak niebo w bardzo słoneczne popołudnie. I, nie wiem dlaczego, na
anielskim nosku powinno się chyba znajdować kilka piegów.
2)
Horror, romans historyczny czy fantasy? Co byś wybrał/a?
NIC!
To wszystko są absolutnie nie moje kategorie. Uwielbiam thrillery,
ale nie horrory. Wampiry i zombie, a nawet krwiożercze piranie
zmutowane przez atak dronów, zupełnie mnie nie bawią. Romans
historyczny też nie... Dobra historia w kostiumie z epoki owszem...
ale raczej Jane Austin, lub kawał prawdziwej historii (najchętniej
Tudorów) niż typowy romans historyczny, który często oznacza
wzięcie z historii dwóch postaci, trzech faktów, i polanie obficie
sosem wyobraźni autora w zupełnie dowolnych proporcjach i bez
dbałości o jakiekolwiek prawdopodobieństwo. A więc fantasy? No..
może? W końcu dawno, dawno temu napisałam “Amora z ulicy
Rozkosznej”, w którym występuje smok, i to całkiem niezwyczajny.
Lubię bajki, więc chyba najbliżej mi do fantasy. Chociaż tak
naprawdę najbardziej lubię czytać o tym, co dzieje się tu (czyli
na Ziemi) i teraz (czyli w XX lub XXI wieku).
3)
Jeżeli miałbyś/miałabyś taką możliwość, to którą z postaci
literackich byś ocalił/a?
Bohaterkę
“Love Story”. To była chyba pierwsza historia miłosna, którą
przeczytałam, jako mocno nieletnia osoba. Boże, jak ja płakałam!
A potem obejrzałam ekranizację! Ze trzydzieści razy! Płakałam
już na napisach początkowych, płakałam w sklepie, gdzie z
głośnika leciała melodia z “Love Story”. Jennifer Cavilleri,
wracaj! Żyjcie długo i szczęśliwie i miejcie dużo dzieci!
Chcę o tym przeczytać! O tym, jak taka wielka miłość poradzi
sobie z prozą życia…
4)
Bezludna wyspa, możesz zabrać ze sobą (nie będę tak okrutna i
nie powiem, że jedną) 5 książek. Jakie tytuły spakujesz do
plecaka?
Zabieram
kindle’a, a na nim całą bibliotekę!
Nie
mogę? Hmm, no więc:
1.
”Mały Książę” Saint-Exupery’ego. Mądrość, wzruszenia,
uśmiechy, łzy... Jest tu wszystko. Od dzieciństwa odkrywam ją na
nowo.
2.
“Jednoroczna wdowa” Johna Irvinga. Kocham tego pisarza za
wszystkie książki, ale ta jest numerem jeden na mojej liście. Taka
kompletna, wielowątkowa, taka... Ach!
3.
“Mag” Johna Fowlesa. Pierwszy raz czytałam w uniesieniu, z
totalnym zachwytem. Drugi raz z irytacją. To powieść inicjacyjna,
chyba się z niej w pewnym okresie życia, doświadczeń,
świadomości, po prostu wyrasta. Ale myślę, że na wyspie
odkryłabym ją ponownie. Bo to przecież o wyspie jest!
4.
No cóż, “Siedem życzeń”. To nowa, świąteczna antologia
opowiadań wydawnictwa Filia. Autorki to Magda Witkiewicz, Natasza
Socha, Ałbena Grabowska, Małgorzata Warda, Małgorzata Kalicińska i
Agnieszka Krawczyk. No i ja. Bohaterowie spotykają się w pewnym
mazurskim pensjonacie. Każdy przyjeżdża w innym czasie, z innej
strony, z innego powodu. Ich losy łączą się w nieprzewidywalny
sposób. Jestem nie tylko autorką jednej z tych historii, ale też
redaktorką całej książki. Miałam za zadanie dopilnować, by
opowiadania łączyły się, zazębiały, a nie wykluczały
wzajemnie. Okazało się to bardzo karkołomne, zabrało mi kilka
tygodni... Nie mogłam przestać czytać tej książki, wciąż
znajdowałam jakąś maleńką nieścisłość, u kogoś bohater był
w danym momencie przed domem, a u innej autorki – w domu,
u jednej zadzwonił do drzwi, a u drugiej zapukał... Tropiłam to
jak Sherlock Holmes, dzień i noc. Dziś książka pojechała do
drukarni. Ale gdybym ją zabrała na bezludną wyspę, na pewno bym
się nie nudziła. Mogłabym tak tropić i ulepszać jeszcze przez
rok. Bo czuję, że tam gdzieś czai się jeszcze jakaś nieścisłość,
której nie zauważyłam…
5.
Oczywiście to byłaby ta moja, najnowsza, jeszcze nie napisana.
Wreszcie bym miała czas, żeby się nią zająć!
5)
Dokąd byś się wybrał/a w podróż marzeń?
Zawsze,
kiedy przychodzi czas na długi lub krótki urlop, jest tak samo.
Przeglądam zdjęcia w sieci, ceny biletów, przewodniki, oferty
mieszkań do wynajęcia. Planuję, sprawdzam przeróżne kierunki. A
potem i tak ląduję we Włoszech. Bo to jest miejsce, gdzie czuję
się naprawdę szczęśliwa. Mając 19 lat wyszłam z pociągu w
Wenecji o wschodzie Słońca, zaspana i trochę wkurzona na
współpasażerów... Jeden krok, i za drzwiami małego białego
dworca przed moimi oczyma pojawił się inny świat. Canal Grande,
tramwaje wodne, zapach kawy, śpiewający robotnicy, idący do
pracy... Kilka kolejnych kroków i byłam na targu na Rialto.
Sprzedawca podrzucał w górę wesoło śliskie ryby, lśniące w
promieniach porannego Słońca. Kobieta układała stos pomarańczy,
śpiewając jak diva operowa. Przepadłam. Zwariowałam. Zakochałam
się. Po powrocie do domu od razu znalazłam nauczycielkę włoskiego.
Wracam do Włoch co roku. Mam swoje ścieżki, swoich przyjaciół,
swoje miejsca, z dala od turystycznych szlaków, swoje knajpki, gdzie
jedzą tylko miejscowi, i swoje puste zatoczki. I kiedy ktoś pyta,
jakie miasto podoba mi się najbardziej, odpowiadam jak księżniczka
Anna z “Rzymskich wakacji”: Każde
na swój sposób... Nie! Rzym. Zdecydowanie Rzym.
Każda podróż w
najpiękniejsze, najcudowniejsze miejsce, do Południowej Afryki, na
Kanary, do Paryża czy Wiednia, kończy się tą samą myślą: Było
bosko, ale teraz czas wrócić do Włoch.
6)
Jaki według ciebie jest najbardziej zmysłowy zapach?
Brzoskwinie.
Arbuzy. Czereśnie. Jest tyle owoców, za których zapachem poszłabym
jak w dym. Gdyby nie to, że jestem alergiczką, a takie zapachy
przyciągają owady, używałabym zamiast perfum właśnie olejków
owocowych. Jest też pewien zapach sprzed lat... Męski dezodorant
Derby, przywożony z NRD. Używał go mój pierwszy chłopak, w
czasach wczesno licealnych. Jestem najlepszym dowodem na to, że
“prawo pierwszych połączeń”, opisywane przez psychologów,
naprawdę istnieje. Nie wiem, czy ten dezodorant jest jeszcze
produkowany, ale ze dwa razy na ulicy albo w autobusie poczułam
jego zapach... Musiałam mocno się trzymać, żeby nie pójść za
nim na koniec świata. Chociaż nie miałam pojęcia, kto nim na tej
ulicy pachniał.
7)
Gdybyś mógł/mogła zamieszkać w pałacu, skromnym wiejskim domu
albo starym dworku, którą opcję byś wybrał/a?
Wiejski
domek. Nie jestem damą, nawet do garnituru na ważne okazje zakładam
pomarańczowe sportowe sandały, a więc nie pasują do mnie ani
pałace ani dworki. Skromny domek z dala od ludzi to jest to.
Powiesiłabym w oknach suche zioła, wieniec czosnku przy kuchni... I
nikomu, poza najbliższymi, nie podałabym adresu! Bardzo lubię
samotność. Pod warunkiem, że w domku tym byłby internet, dużo
książek i moskitiery w oknach. Bo – jak już mówiłam – jestem
straszną alergiczką i kilka gatunków owadów może w minutę
przenieść mnie na tamten świat...
8)
Jesteś w posiadaniu czarodziejskiego stoliczka nakryj
się. Jakie
potrawy pojawiłyby się na Twoim stole i z kim chciałbyś/chciałabyś
zasiąść do posiłku?
Prosiłabym
ten stoliczek codziennie o tylko dwie rzeczy, których nigdy nie mam
dość. Po pierwsze, czereśnie. Uwielbiam je. Kupuję już w maju te
wczesne, drogie jak diabli, sprowadzane nie wiadomo skąd… Po
prostu nie mogę się powstrzymać. A potem w sierpniu szukam po
sklepach i bazarkach tych ostatnich, najpóźniejszych, byle jakich..
żeby jeszcze choć raz zjeść je przed zimą. Przez całe lato jem
czereśnie codziennie, w straszliwych ilościach. Nie umiem przerwać
w połowie miski. Jem do dna.
Druga
rzecz to pomidory. Ale te konkretne, od pani Zosi, która ma mały
ogródek, i ze swoją siostrą uprawia w nim pomidory. Czasami
sprzedają kilogram lub dwa, tylko kilku osobom. Pani Zosia ma 82
lata, jej siostra 86. Ich pomidory są najlepsze na świecie. Jadam
tylko te jedne jedyne. Ktokolwiek ich spróbował, wie, że wszystkie
inne są bez smaku. Kiedy się kończą, zrywam więc z pomidorami aż
do następnego lata.
A
z kim była chciała usiąść do tego magicznego,
pomidorowo-czereśniowego posiłku? Chyba z Hanką, moją
przyjaciółką, która nie żyje od lat. Tylu rzeczy nie zdążyłam
jej powiedzieć, o tyle zapytać. Chciałabym jej przedstawić moją
córkę. Wiem, że by się polubiły.
9)
Jaki film lub książka zaintrygowały Cię tak, że chciałbyś
podążyć śladem ich bohaterów?
Bardzo
często podążam śladami bohaterów książek. Za każdym razem,
gdy mam okazję, odwiedzam miejsca opisane przez moich ukochanych
autorów. Na pierwszym miejscu jest chyba John Irving. Jego śladami
chodziłam po Amsterdamie (moja biedna mama, towarzysząca mi w
podróży, musiała znieść nawet szukanie dokładnego adresu,
i konkretnego okna, w dzielnicy czerwonych latarni!), i po Oslo, i po
Kopenhadze... Odwiedzałam hotele, windy, kościoły, księgarnie,
posterunki policji, a nawet pracownię tatuażu... Wszystko dla
Irvinga! W Grecji popłynęłam z kolei na wyspę Spetses, gdzie John
Fowles pracował jako nauczyciel w szkole z internatem, i gdzie
narodził się jego “Mag”. Szkoły już nie ma, budynki, kiedy
tam dopłynęłam małą łódeczką, były częściowo remontowane,
częściowo zrujnowane, otoczone drutem kolczastym. Przelazłam
przez dziurę w ogrodzeniu i stałam, i napawałam się: to
tu!
Tę
manię mam chyba od bardzo dawna. Mając 15 czy 16 lat, wykorzystałam
przesiadkę w Poznaniu, żeby z bardzo ciężkim plecakiem pójść
na Roosevelta 5, pod dom z wieżyczką...
10)
Podróżujesz z nawigacją czy z mapą?
Z
mapą! Mam chorobę lokomocyjną, więc patrzenie zza kierownicy na
ekranik, na którym coś się porusza, wywołuje u mnie silne
mdłości. Uwielbiam mapy, jestem dobrym pilotem, przejechałam całe
RPA samochodem ze zniszczoną, papierową mapą... A kiedy jadę
sama, mapa leży na siedzeniu obok mnie, żebym mogła szybko
zerknąć. Zawsze docieram bez problemu na miejsce.
11)
Zdjęcia - wolisz takie w albumie czy cyfrowe w
komputerze?
Zdecydowanie
papierowe zdjęcia, w dużym papierowym albumie... Żadne tam
foto-książki, albo albumy ze przegródkami z folii. Muszą być
grube kartki, czarne lub kremowe... Zdjęcia przyklejane na rożki
lub na podklejki... Mam okropne zaległości w układaniu albumów,
ale zdjęcia uparcie wywołuję i odkładam na długie zimowe
wieczory... Kiedyś to zrobię, za rok, albo za dwa... Uwielbiam też
albumy mojej matki chrzestnej. Zawsze, będąc w jej starym, pięknym
domu, zasiadam na kanapie i oglądam, oglądam... rozmawiam, i
oglądam.. Moja córka robi to samo, kiedy tam wchodzi. Leci do
pokoju z albumami, wyciąga je z szafy i zaczyna: A
to kto? A to? A kiedy to było? Mamusiu, to naprawdę ty i ciocia,
jak byłyście małe?
Mam nadzieję, że sama też będzie takie albumy układała w
przyszłości....
A tak przy okazji tak sympatycznego postu to wiecie, że dziś jest moja 6 rocznica ślubu?