Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jio Sarah. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jio Sarah. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 lutego 2015

Sarah Jio "Dom na jeziorze" - prawie przedpremierowo, gdyby nie zmiany odgórne :D




Tytuł oryginalny: Morning Glory
Tłumaczenie: Lucyna Wierzbowska
Wydawnictwo: Między słowami / Znak
Data wydania: 18 lutego 2015
Liczba stron: 304











Powieści Sarah Jio pokochałam w kwietniu ubiegłego roku, kiedy to sięgnęłam po pierwszą z nim... i przepadłam. Choćbym miała całe stosy książek do przeczytania "na wczoraj" to i tak twórczość autorki ma pierwszeństwo, choć czytam je tak szybko jak "mgnienie oka". Sarah Jio przyzwyczaiła mnie do lekkości stylu a zarazem intrygującej fabuły, która dotyczy dwóch bohaterek - z przeszłości i teraźniejszości. Czy i tym razem zostałam porwana przez powieść?
Zanim zaproszę Was do literackiej uczty dotyczącej fabuły, muszę wspomnieć o pewnym fakcie. Dotychczas czytane przeze mnie powieści autorki były wznowieniami, jednak "Dom na jeziorze" jest nowością na polskim rynku!

Ada Santorini jest zastępcą redaktora naczelnego w magazynie "Sunrise" w Nowym Jorku. Pisze o miejscach, w których warto spędzić rodzinne wakacje. Jednak dla tej młodej kobiety nic już nie jest ważne. Straciła radość życia. Potrzebuje zmiany otoczenia, oddechu, dystansu. Rzuciła więc pracę, odsunęła się od rodziców i wynajęła barkę przy Boat Street w Seattle. Dlaczego? Otóż przewrotny los sprawił, że jeden telefon od naczelnej podczas zlecenia wykonywanego na Wschodnim Wybrzeżu i życie zmienia się w strzępek... Dwa lata przed ucieczką do Seattle, Ada straciła córkę i męża. Do tej pory wciąż czuje się winna a przez jej głowę przepływają zdania zaczynające się od "gdyby". Pogrążona w smutku kobieta próbuje żyć na nowo, chce jeszcze być szczęśliwa u boku poznanego na jednej z barek mężczyzny, ale nadal nosi w sercu męża. Potrzebny jej znak z nieba, że to co robi nie jest zdradą. Że może ponownie obdarzyć kogoś miłością. Czy go dostanie?

Ada oprócz nowych znajomości, sympatii mężczyzny i wycieczek otrzymuje od losu w Seattle jeszcze coś - w saloniku wynajmowanej barki odnajduje tajemniczą skrzynię. A gdy udaje jej się odnaleźć również klucz, przepada w czeluściach przedmiotu i przeszłości, którą kryje. Bohaterka natrafia na historię młodej dziewczyny - Penny, która była właścicielką skrzyni i żoną artysty malarza. Jednak jej małżeństwo nie do końca było idealne, co poskutkowało uczuciem do kogoś innego. Jakie sekrety Penny odkryje Ada? Co stało się z zaginioną pięćdziesiąt lat wcześniej mieszkanką jej barki? Na Boat Street panuje zmowa milczenia, nikt nie chce pomóc Adzie w odkryciu prawdy. Dlaczego? Co wydarzyło się w pewną lipcową noc? Czy Penny żyje? Uciekła czy została porwana? Tak wiele domysłów, ale na odpowiedź czytelnik musi długo poczekać...  Zresztą podobnie jak na opowieść Ady dotyczącej straty bliskich, gdyż pojawia się ona dopiero po dwusetnej stronie.

Najnowsza powieść Sarah Jio jest nietypowa ze względu na osadzenie fabuły na wodzie. Autorka podczas pisania tak bardzo chciała odczuwać to co bohaterowie, że również zamieszkała na barce. Ciekawa jestem czy nawet podczas postoju w pirsie można mieć chorobę morską... Jeśli nie to może kiedyś spróbuję, ponieważ poczułam się zaintrygowana tym nietypowym miejscem zamieszkania. Jak to jest kiedy fale kołyszą do snu?

"Dom na jeziorze" jest typową twórczością autorki - liczne tajemnice (moje
źródło: strona www autorki
ulubione słowo ostatnio), niespodzianki jakie czekają na czytelnika dotyczące powiązań między bohaterami i ich przeszłości a także dwutorowa akcja. Losy Ady i Penny poznajemy naprzemiennie, żałując że los tak je potraktował, że nie dał im pełni szczęścia, na które zasługiwały. Albo dał, by niedługo potem zabrać. A przecież każdy chce być kochany, przytulany, obdarzany pieszczotami, miłością i... maleńkim człowiekiem. Jednak istnieją ludzie, którzy zazdroszczą innym szczęścia, chcą go odebrać, chcą dzielić to czego nie powinni, wkraczają w życie innych i je niszczą. Tak jest i tutaj. Niby czytana powieść jest fikcją literacką, ale uwierzcie - autorka zawarła w niej tyle prawdy o ludziach, nie zawsze tej pozytywnej, że ściskało mi serce. Odrzucona żona, niechętny jej mąż, tajemnicze kobiety i mężczyźni w garniturach, smutny chłopiec Jimmy, który nie czuje miłości matki, a nawet elementy wojny. Więcej szczegółów i imion bohaterów nie zdradzę, lektura będzie bardziej smakowita.

Książka jest świetna, odprężająca - pomimo emocji z nią związanych - idealnie wpasował się w mój gust. Żałuję jednego, że tak szybko się skończyła. Chciałabym dłużej delektować się tą historią i wraz z Adą poszukiwać prawdy. Tylko czy moje nerwy, by to wytrzymały. Jeśli lubicie takie powieści, jeśli uwielbiacie twórczość autorki to jest to lektura dla Was. A kto czytał "Marcowe fiołki" będzie miał dodatkową niespodziankę - Sarah Jio wplotła w fabułę wątek znany właśnie z tamtej książki.
Nie napisałam jeszcze najważniejszego. Zakończenie mnie powaliło! Nie spodziewałam się takiego uwieńczenia powieści, tak pokręconego jak finał u Agaty Christie. Genialne!




Książka przeczytana w ramach wyzwań: 52 książki




Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki
dziękuję bardzo Pani Małgosi
z Wydawnictwa Znak / Między słowami

niedziela, 14 września 2014

Sarah Jio "Jeżynowa zima" - (wyd. 2)



Tytuł oryginału: The Blackberry Winter
Tłumaczenie: Dorota Malina
Wydawnictwo: Znak / Między słowami
Data wydania II: 24 września 2014
Liczba stron: 320












Doskonale wiem jak to jest żyć w nieświadomości, iż książki jakiegoś autora są genialne. Świetnie zdaję sobie sprawę, że życie jest tylko jedno a do tego ograniczone czasowo przez różne obowiązki. Nie sposób wręcz poznać wszystkich autorów, choćby wybrać tylko tych, których po prostu "musimy" poznać literacko. Tak właśnie było z twórczością Sarah Jio, o której po raz pierwszy usłyszałam i poznałam recenzje jej książek, gdy publikowałam na swoim blogu gościnne recenzje Anety K. To dzięki jej zachwytom postanowiłam skusić się w kwietniu na "Marcowe fiołki" a w lipcu na "Dom na plaży". Wtedy to zostały bowiem wydane po raz drugi. Skoro teraz przyszła kolej na "Jeżynową zimę" możecie sami wyciągnąć wniosek - pokochałam styl pisania Sarah Jio.

Claire jest dziennikarką jednej z gazet w Seattle. Kiedy obudzi się pewnego majowego poranka 2010 roku odkryje ze zdziwieniem, że miasto pokryte jest nie opadłym z drzew kwieciem a ... śniegiem. Tak nietypowe zjawisko miało już kiedyś miejsce w roku 1933 i otrzymało określenie "jeżynowej zimy". Kiedy Claire udaje się dotrzeć do redakcji dostała zlecenie napisania obszernego artykułu na temat zimy w środku lata. Poszukując interesujących materiałów bohaterka natrafia na historię zaginięcia trzyletniego Daniela, właśnie podczas poprzedniej jeżynowej zimy. Matka chłopca wychowywała go samotnie a tamtej nocy musiała pójść do pracy. Położyła synka spać a kiedy wróciła, zastała mieszkanie puste. Nietrudno wyobrazić
sobie co czuła Vera, kiedy każdy kolejny dzień przynosił jej ogromną pustkę oraz zupełny brak informacji na temat zaginionego dziecka. Do czego jest zdolna matka, by odzyskać swoje dziecko? Dlaczego Vera sama wychowywała synka? Czy naprawdę nie było nikogo, kto pomógłby kobiecie w odnalezieniu małego i bezbronnego chłopca? A może był, ale jego cena była zbyt wysoka?

Claire całkowicie oddaje się historii dotyczącej zaginięcia Daniela. Obiecała sobie, że zrobi wszystko, by dotrzeć do prawdy i dowiedzieć się dlaczego Vera straciła dziecko. Ta sprawa jest kobiecie tym bardziej bliska, gdyż rok temu sama doznała dojmującego uczucia bólu i straty swojego nienarodzonego dziecka. Przez ten rok trudno jej było się pozbierać a nawet mąż nie był wystarczającym wsparciem. Teraz jej małżeństwo przeżywa poważny kryzys, bowiem Ethan woli przebywać ze swoją byłą niż z Claire a co za tym idzie, brnie w kłamstwa i odsuwa się od żony. Dziennikarka zaś spędza sporo czasu z właścicielem Cafe Lavano oraz prowadząc kolejne rozmowy wyjaśniające zaginięcie Daniela. Przeżywa więc tak naprawdę trzy straty: swojego dziecka, dziecka Very, a także niejako utratę męża. Nie wierzy bowiem, że między nimi może się jeszcze ułożyć. Czy zdoła sobie z tym wszystkim poradzić? Czy wybaczy sama sobie z powodu wypadku, w wyniku którego zmarło jej dziecko? Jak zareaguje na fakt, iż zniknięcie chłopca przed wielu laty wiąże się ściśle z historią rodziny jej męża? Aż wreszcie czy uda jej się odnaleźć Daniela, żywego lub martwego?

Autorka stworzyła doskonały kąsek literacki. Jest to nie tylko powieść obyczajowa, znajdziemy tu również elementy kryminalne. Są morderstwa, porwania, tajemnice i zwroty akcji, czyli nie można się nudzić. Ponadto pojawia się również wątek z "Marcowych fiołków" i niejako dalsze losy bohaterki - Emily. Książka jest niewątpliwie wyciskaczem łez dla wrażliwszych czytelniczek, gdyż nie jest łatwo przejść obojętnie nad losem małego dziecka, którego los długo pozostaje zagadką. Autorka poruszyła - oprócz powyższych - wiele ważnych tematów między innymi miłość między ludźmi z różnych sfer, poświęcenie, czy życie samotnych matek na początku XX wieku. Może dla niektórych jest to książka jakich wiele, zwykłe czytadło szybko umykające z pamięci. Jednak uważam, że Sarah Jio ma wyjątkowy dar ujmowania historii w piękny język literacki. Do mnie on przemawia wylanymi łzami, dreszczykiem emocji oraz mnóstwem wydarzeń, których się nie spodziewałam, a były dla mnie wzbogaceniem powieści.





Książka przeczytana w ramach wyzwań: Pod hasłem, 52 książki



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki
dziękuję bardzo Pani Małgosi
z Wydawnictwa Znak / Między słowami

środa, 16 lipca 2014

Sarah Jio "Dom na plaży" - (wyd. 2)




Tytuł oryginału: The Bungalow
Tłumaczenie: Marta Dziurosz
Wydawnictwo: Znak / Między słowami
Data wydania II: 17 lipca 2014
Liczba stron: 304










O tym, że książki Sarah Jio warto poznać, przekonałam się w po raz pierwszy w kwietniu, kiedy to sięgnęłam (nareszcie!) po "Marcowe fiołki". Autorka w genialny sposób potrafi wciągnąć czytelnika w opisywaną historię i już od początku powieści tak stopniować napięcie, by nie można było odłożyć jej na bok przed ukończeniem. Jednak żyć trzeba i książki czytuję z reguły "na raty", co tylko podsyca moją chęć poznania ciągu dalszego. "Dom na plaży" doczekał się - po dwuletniej przerwie od premiery wydania pierwszego - powtórnego wydania, które niestety nie przekonuje mnie swoją okładką. Jednak uwierzcie - nie warto w tym przypadku, nawet w najmniejszym stopniu - kierować się szatą, liczy się zawartość!

Anne jest już starszą kobietą, dziewięćdziesięcioletnią babcią. Kiedy odwiedza ją wnuczka Jennifer, wręcza jej list, znaleziony w koszu na śmieci. Pewnie starsza pani wyrzuciła go przypadkowo wraz z ulotkami i reklamami. Jednak stempel wywołuje w Anne ogromne emocje - list pochodzi z Bora-Bora. Reakcja babci na treść listu ogromnie dziwi Jennifer, dzięki czemu dziewczyna ma okazję poznać młodość Anne. Pora już bowiem na opowieść życia Anne Calloway i nie będzie to bajka.

Bora Bora
Młodość Anne to pasmo stabilnego życia, z góry zaplanowanego, choć nie do końca przekonującego dziewczynę do tego, że akurat taka droga da jej szczęście. Zamożna rodzina zatrudniająca służącą Maxine oraz narzeczony Gerard, bankier - to dwie solidne podstawy, na których opiera się jej życie. Dziewczynie tak naprawdę nie brakuje nawet przyjaźni, ma bowiem serdeczną przyjaciółkę - Kitty. Czy jednak na pewno nic nie może zburzyć tej idylli? Czy wszystko prowadzi już tylko do ustalenia daty ślubu i życia według wymogów ówczesnego świata?


Podczas przyjęcia zaręczynowego, Anne dowiaduje się od Kitty, iż podjęła ona decyzję o wyjeździe na tereny objęte działaniami wojennymi. Przyjaciółki wspólnie przeszły kurs pielęgniarski i po namyśle Anne postanawia towarzyszyć Kitty. Nie jest bowiem całkowicie pewna, iż miłość do Gerarda, jest tą właściwą, zatem najlepszym pomysłem na rozwianie lub potwierdzenie swoich wątpliwości, Anne upatruje w rozłące. Domem przyjaciółek na najbliższy rok ma zostać wyspa Bora-Bora, gdzie mają nieść pomoc rannym żołnierzom. Wśród przepięknej scenerii lazurowych wybrzeży i urokliwych krzewów hibiskusa narodzi się pełna gama uczuć - od miłości, poprzez przyjaźń i sympatię do nienawiści. Wśród pielęgniarek zrodzą się przyjaźnie, które niejednokrotnie przetrwają wojenny czas a na tak małym terenie jak baza wojskowa, trudno uniknąć rodzącej się miłości pomiędzy nimi a żołnierzami.

Jak nie trudno zgadnąć, również Kitty i Anne dosięgnęły strzały Amora. Jednak podobnie jak w ojczyźnie, z uczucia Kitty wyniknie sporo problemów i jej ucieczka na uroczą wyspę jeszcze bardziej pogmatwa jej życie. Muszę przyznać, że jej miłosne przygody śledziłam z ogromną ciekawością, ale chwilami nie czułam ani odrobiny sympatii czy zrozumienia. Kitty często była dla mnie "czarnym charakterem" tej powieści i przez wiele stronic nie potrafiłam jej wybaczyć.

Na Bora-Bora Anne poznała ujmującego mężczyznę, o niezwykłym magnetyzmie w oczach - Westry'ego Green'a. Między młodymi od samego początku zrodziło się niecodzienne uczucie - porozumienie, które już samą obecnością drugiej osoby dawało szczególne ciepło. Ich wyrywane brutalnej, wojennej rzeczywistości, chwile we dwoje sprawiały, iż Anne miała w głowie i sercu coraz większy mętlik. Coraz rzadziej myślała o Gerardzie, wieści z domu nie były pomyślne a i kłopoty Kitty nie ułatwiały codzienności. Anne i Westry pragnęli być razem już na zawsze, sądzili iż są sobie przeznaczeni a w chatce na plaży przeżywali ulotne, lecz romantyczne chwile. Co stanie się z ich uczuciem, kiedy minie czas wojny? Czy Anne wróci do Gerarda? Czy wojenna miłość ma szansę przetrwać? Jak zakończy się wojna między USA a Japonią a jak historie miłosne? O tym już przeczytacie w książce.

I polskie wydanie
Może i jest to historia banalna, ale możecie mi wierzyć - to tylko pozory! Powieść jest nafaszerowana tajemnicami a nie chcąc psuć Wam doskonałej lektury, nie mogę wspomnieć tutaj o choćby jednej. Bez tego może i brakuje


tu jakiejś iskierki, ale z nią byłyby to ogromne spojlery. Jak już miałam okazję się przekonać na podstawie dwóch książek Sarah Jio, wiem iż ma ona niesamowity dar pisania. I nie ma powodów do obaw ten, kto przeczytał genialne "Marcowe fiołki" i sądzi, że już nie może być równie dobrze - otóż może. "Dom na plaży" jest świetnym dowodem na to, że autorka ma głowę pełną pomysłów i nie kieruje się przy pisaniu schematami, tylko szuka naprawdę ciekawych elementów fabuły. Powieść daje czytelnikowi nie tylko orientację w walkach prowadzonych z Japonią, ale również - a może przede wszystkim - wciąga go w procesy myślowe dotyczące przyjaźni i miłości w naszym życiu. Trzeba dobrze się zastanowić kiedy wybieramy bliskie sobie osoby, bowiem czasami chwila zaślepienia, źle podjęte decyzje i pozostaniemy nieszczęśliwi na resztę życia. Autorka idealnie opisała emocje jakie towarzyszą ludziom w sytuacjach stresowych. Kto jest wtedy naszym oparciem? Czyich rad powinniśmy słuchać? Czasami bowiem sporo racji może być nawet w wypowiedzi niby zwyczajnej służącej...

"Dom na plaży" dopisuję koniecznie do listy książek, które pozostawiają swoje przesłanie w moim sercu. Zapewne długo jeszcze będę pamiętać przyjaźń, która nie zawsze jest prawdziwa i szczera, a także miłość, która uderza nagle i trzyma w swoich sidłach na długi czas i potrafi być tak mocna, prawdziwa i wieczna. Powieść polecam czytać z zapasem chusteczek, jest naprawdę doskonałym przykładem literatury, która ma właściwości zdrowotne - przeczyszcza kanaliki łzowe. Jeśli lubicie Sarah Jio albo dobrą kobiecą powieść koniecznie sięgnijcie po publikację.




Książka przeczytana w ramach wyzwań: Z literą w tle, Pod hasłem, 52 książki


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki
dziękuję bardzo Panu Tomkowi
z Wydawnictwa Znak / Między słowami


poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Sarah Jio "Marcowe fiołki"



Tytuł oryginału: The Violets of March
Tłumaczenie: Julia Gryszczuk-Wicijowska
Wydawnictwo: Znak / Między słowami
Data wydania:  2014
Liczba stron: 304







O książkach Sarah Jio słyszałam i czytałam niejednokrotnie, zawsze były to pozytywne opinie zachęcające do czytania. Jednak do tej pory nie dane mi było poznać choćby jedną jej powieść... Aż do teraz. Spodziewałam się dobrej lektury, książka już z daleka pachniała "chwilą błogiego odprężenia", ale to co zastałam między jej okładkami sprawiło, że na długo pozostanie w mojej pamięci.

Emily Wilson mieszka w Nowym Jorku, jest mężatką (choć już niedługo) oraz autorkę bestsellerowej książki sprzed dziesięciu lat. Aktualnie jej życie to pasmo niepowodzeń. Joel odbiera z ich mieszkania ostatni karton ze swoimi rzeczami i odchodzi do innej kobiety a jego związek z Emily jest już tylko formalnie małżeństwem - do chwili orzeczenia ich rozwodu. Kobieta była rozbita wewnętrznie po wiadomości, że mąż ją opuszcza, jednak nie potrafiła zapłakać nad rozpadem ich małżeństwa. Podczas spotkania ze swoją przyjaciółką Annabelle, Emily podejmuje decyzję o wyjeździe w miejsce, gdzie będzie mogła na nowo poukładać swoje życie, pomyśleć nad przyszłością, przeboleć stratę a może i uronić łzę, by móc wreszcie napisać kolejną książkę. Ostatnio nie miała zupełnie weny twórczej.

Jej wybór oazy spokoju pada na małą wyspę Bainbridge w pobliżu Seattle, gdzie mała Em spędzała wakacje u ciotecznej babki Bee. Szczególny klimat wyspy, sympatyczni mieszkańcy, wspomnienia z beztroskiego dzieciństwa oraz urokliwe miejsca dające spokój i wyciszenie były dla kobiety obietnicą lepszego jutra. Postanowiła spędzić na wyspie miesiąc, jednak jak to często w życiu bywa jej plany nie do końca się powiodły... Jak wiele może zdarzyć się w tak krótkim czasie? Emily zatrzymała się oczywiście u stęsknionej Bee i dostała pokój noszący w sobie wielką tajemnicę. Zresztą sama ciocia od wielu lat skrywała takich tajemnic całe mnóstwo. Już w pierwszych dniach pobytu Emily spotkała kilkoro mieszkańców wyspy: starszego pana Henry'ego, młodego Jack'a, Grega czyli swoją miłość z licealnych lat oraz przyjaciółkę Bee - Evelyn.

Jednak największą tajemnicą a zarazem niespodzianką był pamiętnik, który
źródło
Emily znalazła w pokoju, który zajmowała u Bee. Był to notatnik w aksamitnej, czerwonej oprawie zawierający historię pewnej kobiety z 1943 roku. Swoje losy spisuje na jego kartach Esther, której życie nie rozpieszczało. Miała poznać co to miłość, ale i samotność. Miała poznać uczucia, które są dla matki najtrudniejsze. Pod wpływem czego Esther postanowiła spisać swoje życie? Kto mógł sądzić, że kiedyś jej słowa okażą się ważne? Co ma wspólnego życie Esther z życiem Emily?
Z każdą kolejną czytaną stroną Em jest coraz bardziej zafascynowana bohaterami opowieści i miłością Esther do Elliota. Dziennik w dość niezrozumiały sposób przypomina kobiecie jej własne życie a mieszkańcy wyspy wciąż coś przed ukrywają... Tajemnicze pojawienie się dziennika w szufladzie szafki nocnej, nagłe zniknięcie zdjęcia z półki w domu Henry'ego, skrywane spotkania Jack'a aż wreszcie słowa Evelyn, by przeczytała cały pamiętnik Esther, by dotrzeć do prawdy... By poznać ją wreszcie całą. Ale jaką prawdę? Czego ma ona dotyczyć? Jak się dowiedzieć wszystkiego kiedy ciocia Bee milczy i na żadne pytanie nie chce udzielić odpowiedzi? Jak bardzo ta tajemnica z przeszłości dotyczy Emily i jej rodziny? I jaką rolę odegrali w niej mieszkańcy Bainbridge?

Autorka pisząc "Marcowe fiołki" stworzyła tak naprawdę dwie opowieści: jedną o życiu Emily a drugą - Esther. Dopiero kiedy na samym końcu powieści czytelnik wraz z bohaterką odkrywa, co tak naprawdę wiąże te dwie kobiety i ich historie, możemy mówić o jednolitej akcji. Sama nie wiem co bardziej ciągnęło mnie do lektury... Czy chęć poznania dalszych losów Esther, odkrycia jej tajemnic i dotarcia do prawdy o jej śmierci; czy też może ciekawość dotycząca Emily i faktu kto stanie się obiektem jej nowej, prawdziwej miłości i jak zareaguje na odkryte rodzinne rewelacje.

"Marcowe fiołki" to teoretycznie historia skupiająca się na tytułowym marcu, akcja toczy się w tym jednym miesiącu i tylko w momentach dotyczących Esther cofamy się w przeszłość. Uwielbiam takie książki, które prócz bieżących problemów bohaterów przenoszą mnie do życia wcześniejszych pokoleń. Z jednej strony mogę bowiem poznać inne obyczaje, zachowania i inny sposób postrzegania świata. Z drugiej zaś, fascynują mnie powracające nagle problemy z przeszłości. Z mocnym biciem serca próbuję, wraz z bohaterami, odkryć tajemnice, wyjaśnić je i sprawić, by aktualnie żyjący mogli czerpać dobre nauki z życia poprzednich pokoleń. Któż nie lubi bawić się w detektywa i samodzielnie rozwikłać zagadki przeszłości?

Kiedy trafiam na świetną książkę, o której wiedziałam że jest warta przeczytania, biję się w pierś i pytam sama siebie - dlaczego tak długo zwlekałam. Przecież "Marcowe fiołki" to nie nowość! Niestety, żeby móc przeczytać wszystkie wymarzone książki musiałabym być bezrobotną singielką, która na dodatek otrzymała ogromny spadek. Ot, pomarzyć można... Życie jest jednak bardziej brutalne i mimo iż mam ogromną ochotę na poznanie innych powieści Sarah Jio, nie potrafię obiecać, że niedługo będę mogła Wam o nich napisać. A przede wszystkim życie to nie książka... A wracając do powieści: jeśli szukacie doskonałej powieści, z genialną fabułą, trzymającą w napięciu akcją, z odrobiną thrillera, łyżką miłości oraz szklanką tajemnic to koniecznie przeczytajcie "Marcowe fiołki". Autorka pięknie uwypukliła każdego z bohaterów, opisała piękno tej maleńkiej wyspy, a całość ubarwiła mnóstwem uczuć i emocji, które obowiązkowo pojawiają się w ludzkim życiu sprawiając, że bohaterowie stają nam się jeszcze bardziej bliscy.

"Marcowe fiołki" są debiutancką powieścią autorki, która została uhonorowana przez "Library Journal" najlepszą książką 2011 roku. Nie dziwi mnie to zupełnie. A jeśli dodam, że prawa do publikacji powieści Sarah Jio zostały już sprzedane do 22 krajów, nie powinno Was już być przed monitorami! Pędźcie gdzie tylko możecie, by zdobyć tą książkę - to pięć wciągających bez reszty godzin z fascynującą lekturą.




Książkę przeczytałam w ramach wyzwań: Z literą w tle, 52 książki



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki
dziękuję serdecznie Pani Małgorzacie
z Wydawnictwa Znak/ Między słowami

wtorek, 5 listopada 2013

Sarah Jio "Marcowe fiołki" - recenzja gościnna




Tytuł oryginału: The Violets of March
Tłumaczenie: Julia Gryszczuk-Wicijowska
Wydawnictwo: Znak liternova
Data wydania: 22 lutego 2012
Liczba stron: 304











To będzie opowieść o pewnej książce, którą zaczynasz czytać. Czytasz, kleją Ci się oczy i odkładasz na półkę. Zamykasz oczy i próbujesz zasnąć..."Ale co będzie dalej?" kręci Ci się po głowie. Nie możesz usnąć. Więc co robisz ? Zapalasz małą lampkę, przykrywasz się kołdrą i czytasz... czytasz aż skończysz. Kto jest sprawcą tego nocnego "zamieszania"? Otóż Sarah Jio i "Marcowe fiołki". Dziś z ręką na sercu przyznaję - Sarah Jio trafia w moje serce, trafia w moja duszę i mój "literacki gust". 

O czym jest ta cudowna książka? W kilku słowach mogłabym napisać, że jest ona o straconych nadziejach oraz o poszukiwaniu siebie. Jest także o straconej miłości i o miłości tej piękniejszej - miłości zyskanej. Brzmi ciekawie? No to uchylę jeszcze rąbka tajemnicy. Można powiedzieć, że Emily - główna bohaterka książki to szczęściara - ma dom, męża, wspólne plany na przyszłość. Jest także znaną pisarką i choć tak naprawdę zabłysnęła tylko jednym dziełem - doczekała się ekranizacji swej powieści i... wypaliła się. Wypaliła się twórczo i choć sama przed sobą tego nie przyznaje - w pewien sposób jest wypalona również emocjonalnie. Funkcjonuje jak większość ludzi - czeka na powrót męża z pracy, spędzają wspólnie czas, nie zastanawiając się, czy tak naprawdę właśnie tego oczekuje od życia. Pewnego dnia mąż oznajmia jej, że odchodzi. Tak nagle. Poznał inną, zakochał się i chce rozwodu. Bohaterka jest wstrząśnięta i załamana. Z dniem, kiedy ukochany mąż zabiera z ich wspólnego mieszkania ostatni karton - Emily zaczyna zastanawiać się, kiedy tak naprawdę była ostatni raz prawdziwie szczęśliwa. I nagle uświadamia się, że prawdziwe, nieskażone niczym szczęście pamięta z dawnych lat, kiedy to spędzała beztroskie wakacje na wyspie u uwielbianej przez nią ciotki Bee. Nie myśląc zbyt wiele - pakuje walizki i wyrusza w podróż na wyspę, która uleczy jej duszę, ukoi złamane serce i być może - tchnie powiew świeżości w jej zardzewiałą twórczość. 

Jednak wymarzony spokój nie trwa długo - w zapomnianym, różowym pokoju, który blisko 30 lat zamknięty był pod kluczem, Emily odkrywa stary pamiętnik, który skrywa więcej niż jedną tajemnicę. Kobieta z dnia na dzień jest coraz bliższa poznania prawdy, którą tak skrupulatnie ukrywano przed jej rodziną przez wiele, długich lat. Historia opisana w pamiętniku to bowiem coś więcej niż tylko losy wielkiej i tragicznej miłości tajemniczej Esther i Elliota. To także niewyjaśnione zaginięcie/ śmierć pewnej kobiety, historia nieudanego i nieszczęśliwego małżeństwa, niespełnionej miłości, a także przyjaźni - tej prawdziwej, choć czasem przynoszącej ból. Przy okazji, żeby nie było zbyt nudno - Emily natrafia w sklepie na Grega - swoją pierwszą, wielką miłość. Ożywają wspomnienia, a niespodziewany pocałunek przywołuje wspaniałe, szalone młodzieńcze uczucia. Czy to miłość, czy jednak "tylko" czar wspomnień? Kim jest Jack, tajemniczy i młody artysta, który od pierwszego dnia wywarł na niej olbrzymie wrażenie, a od którego ciocia każe jej się trzymać z daleka ? Jack bowiem jest zupełnie inny, niż znani dotąd Emily mężczyźni - tajemniczy, trochę powściągliwy, do tego wspaniały kucharz i romantyk. Czy jego losy splatają się z losami bohaterów z tajemniczego pamiętnika? O tym dowiecie się tylko, jak przeczytacie tę książkę, a wierzcie mi - naprawdę warto.

Książka skrywa w sobie wiele zagadek. Kawałek po kawałku odkrywamy skrawki wielu tajemnic, które na sam koniec wyjaśniają nam wszystko. Do ostatniej strony byłam oczarowana historią wszystkich bohaterów i choć nie przepadam za książkami, które cofają się w czasie - wszystkie historie poruszyły moje serce. Niesamowita książka. Najchętniej zaczęłabym czytać ją od nowa, choć dopiero dziś w nocy ją skończyłam. Napisana pięknym językiem, bezbłędnie i niezwykle klimatycznie. Prawdę mówiąc Sarah Jio pisze swoje książki tak, że od razu wczuwam się w losy bohaterów i razem z nimi przeżywam wszystkie emocje. Niesamowicie opisany klimat wyspy - czytając książkę byłam gotowa jechać tam na wakacje choćby dziś. I te marcowe fiołki... 

Książka o tym, jak można zgubić i odnaleźć siebie. O miłości, która (choć nie dosłownie ) zabija i o miłości, która daje nadzieję. O przyjaźni - tej na zawsze, do ostatniego tchu i o sekretach, które skrywane gdzieś głęboko - odkryte przynoszą ukojenie. Książka przeczytania w ramach wyzwania - nie zasnę, póki nie przeczytam tego do końca :P 

Aneta Kęska


Książka przeczytana w ramach wyzwania "Pod hasłem"

poniedziałek, 20 maja 2013

Sarah Jio "Jeżynowa zima" - recenzja gościnna


Tytuł oryginału: The Blackberry Winter
Tłumaczenie: Dorota Malina
Wydawnictwo: Znak literanova
Data wydania: 10 grudnia 2012
Liczba stron: 320







Może zanim zacznę recenzję, to napiszę (schodząc trochę tym samym z tematu), że kiedy kobieta zostaje matką jej życie ulega całkowitej przemianie. Banalne, prawda? Moje życie zmieniło się o 180 stopni, jednak to, co jest zadziwiające - zmienił się też mój gust powiedzmy: kulturowy; szerokim łukiem omijam horrory, filmy, w których ukazana jest krzywda dzieci. Nie oglądam "Uwagi" i tym podobnych programów, gdzie krzywda dziecka jest na porządku dziennym.
Inaczej też podchodzę do książek, w których śledzę losy matek - dosłownie w sekundę jestem w stanie wczuć się w rolę bohaterki-matki. Rozumiem jej niepokoje, rozterki, ból i razem z nią przechodzę wszystkie zawirowania, zakręty; wylewam łzy szczęścia i rozpaczy.
Nie ukrywam też tego, że czasami świadomie omijam książki typu "Nadzieja" Pani Michalak. Choć strasznie bym chciała ją przeczytać - na chwilę obecną po prostu nie potrafię. Kiedy więc przeczytałam wstęp "Jeżynowej zimy" wiedziałam, że książka chwyci mnie za serce.

"Moim synom - Carsonowi, Russellowi i Colby'emu - oraz ich ukochanym pluszakom:
obszarpanemu misiowi, trzem starym żyrafom i małemu prążkowanemu tygryskowi. Bycie Waszą matką jest największa radością mojego życia.
Matkom na całym świecie - zwłaszcza tym, które musiały pożegnać swoje dzieci
."

Dawno nie czytałam tak osobistej dedykacji, niesamowicie mnie wzruszyła.

Książka opisuje losy dwóch kobiet. Claire jest młodą dziennikarką, która skrywa w sobie niesamowicie bolesne wspomnienia wypadku, który odebrał jej kogoś bliskiego, zabrał poczucie własnej wartości i który spowodował olbrzymi dystans między nią i mężem.
Jest 2 maja 2010 roku. Claire dostaje nietypowe zlecenie od swojego szefa - ma napisać artykuł o zimie, która tak samo jak 80 lat temu niespodziewanie zagościła w Seattle. Szukając informacji o zimie sprzed 80 lat Claire natrafia na ślad zaginionego chłopca i poszukującej go matki.

Vera Ray, druga bohaterka książki jest młodą matką, która samotnie wychowuje Daniela. W czasach, kiedy panowała bieda ona należała do tych "szczęściar", że miała pracę. Za marne grosze, bez perspektyw, bez szacunku ze strony pracodawców, ale ją miała. Praca sprzątaczki w hotelu pozwalała jej na niezwykle skromne życie, które dzieliła w wynajmowanej ruderze wraz z ukochanym synkiem. Pewnego dnia Vera musi zostawić swojego trzyletniego syna w domu, by pójść na nocną zmianę. Całą noc myślała tylko o nim - że pewnie odkrył się i teraz jest mu zimno, że gdy obudzi się w środku nocy sam może się przestraszyć. Oczami wyobraźni widziała, jak maluch w objęciach ukochanego misia Maxa nie może usnąć i bardzo tęskni. Przeżywa okropne katorgi i odlicza godziny, minuty do spotkania z synem. Gdy tylko kończy pracę - biegnie, ile sił w nogach, w rozdartym swetrze i dziurawych butach, przedziera się przez zaspy, bu utulić swojego małego mężczyznę. Jednak kiedy dociera do domu, Daniela w nim nie ma...

W miarę jak Claire poznaje losy uprowadzonego chłopca udaje się jej zapomnieć o własnej tragedii. Próbuje za wszelką cenę rozwikłać niewyjaśnioną jak dotąd historię zaginięcia Daniela, a gdy z czasem ślady zaginionego chłopca zaczynają splatać się z losami jej własnej rodziny - Claire gotowa jest zrobić wszystko, by prawda ujrzała światło dzienne.

Książka jest niesamowicie poruszająca. Nawet teraz, pisząc tą recenzję mam łzy w oczach, choć od przeczytania jej minęło kilka dni. Postać Claire od razu przypadła mi do gustu, jednak to Vera zakradła moje serce. Byłam pod wielkim wrażeniem tego, ile była w stanie znieść, aby odzyskać syna - chodzić na mrozie tak długo aż odmarzły jej stopy i straciła czucie w palcach, upodlić się, wyzbyć resztek dumy. Do końca, póki starczy sił...

Kiedy szalała z rozpaczy - wierzcie mi, moje serce również cierpiało. Kiedy wychodziła z domu na nocną zmianę zostawiając malca samego w domu - ryczałam jak głupia, bo wiedziałam, że zamykając za sobą drzwi Verze z rozpaczy i bezradności zapewne pękło serce. Nie wiem, czy jestem ostatnio tak wrażliwa, czy po prostu Sarah Jio potrafi mnie tak wzruszyć... Zdecydowanie jest to powieść, której długo nie zapomnę.


Aneta Kęska


Ksiązka przeczytana w ramach majowego wyzwania Pod hasłem

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Sarah Jio "Dom na plaży" - recenzja gościnna



Tytuł oryginału: The Bungalow
Tłumaczenie: Marta Dziurosz
Wydawnictwo: Znak literanova
Data wydania: 25 czerwiec 2012
Liczba stron: 296






Bardzo często o moim podejściu do danej książki decyduje wstęp. Czasami jest to zwykła dedykacja, prolog, kilka pierwszych zdań. 

"Włóż kawałek papieru do pierwszej lepszej koperty, zaklej ją i wyślij. List może przejść przez ręce tuzinów ludzi i przebyć tysiące kilometrów, zanim trafi do właściwej skrzynki pocztowej, gdzie zalegnie niepozornie między dwudziestą dziewiątą a trzydziestą stroną jakiegoś niechcianego katalogu i będzie czekał na niczego niepodejrzewającego odbiorcę, który lekceważącym ruchem ręki wrzuci katalog wraz ze znajdującym się w środku skarbem do kosza na śmieci. Ta mogąca zmienić czyjeś życie przesyłka będzie czekać cierpliwie obok niedokładnie wypłukanych kartonów po mleku, pustej butelki wina i wczorajszej gazety. Ten list był do mnie."

Po przeczytaniu tego prologu wiedziałam, że przepadłam... Jest rok 1942. Życie Anne od dawna było zaplanowane. Poślubi Gerarda - przyjaciela z czasów piaskownicy, urodzi dzieci, zostanie panią domu. Każdy gest i spojrzenie jej narzeczonego nie budzi w innych wątpliwości, że z tym facetem będzie po prostu szczęśliwa. No właśnie - w oczach innych, ale nie w oczach Anne. Gdzieś tam głęboko w sercu żywi do niego ciepłe uczucia; jednak jak odróżnić miłość do kogoś, kogo zna się całe życie od namiętnej miłości, która pali Cie od środka, niweluje każde plany i nieproszona rodzi się w Twoim sercu? 

Na przyjęciu zaręczynowym przyjaciółka Anne oświadcza jej, że wraz z innym pielęgniarkami wyrusza na Bora-Bora by nieść pomoc walczącym żołnierzom. Pod wpływem impulsu dziewczyna postanawia zostawić wszystko i wraz z Kattie ruszyć na wojnę. Tak naprawdę wyrusza jednak po to, aby odnaleźć samą siebie. Czy zrozpaczony Gerard zrozumie jej decyzję i na nią zaczeka? Czy Anne nie pożałuje podjętej decyzji? 

Na wydawałoby się pięknej i malowniczej wyspie młoda dziewczyna po raz pierwszy poznaje smak prawdziwego strachu, niemocy, przyjaźni i ... miłości. Czy miejsce, gdzie wszystko rządzi się swoimi prawami, gdzie umierają bliskie Ci osoby jest odpowiednim miejscem na ukradkowe spojrzenia, przelotne muśnięcie dłoni, młodzieńcze marzenia o przyszłości pełnej miłości? Anne stawiając pierwsze kroki na wyspie, nie zdawała sobie sprawy, że właśnie tutaj - wśród pięknie kwitnących krzewów hibiskusa i bezkresu turkusowego oceanu narodzi się przyjaźń między nią a tajemniczym żołnierzem Westrym. 

Książka jest niesamowicie poruszająca - o miłości, przyjaźni, o przemijaniu i wybaczeniu. Przeżywałam każdy smutek i każde zwątpienie głównej bohaterki. Czy po przeżyciach na wyspie, która już na zawsze odmieniła jej życie Anne spełni obietnicę złożoną matce, która brzmiała: "Kiedy będziesz wychodzić za mąż - upewnij się, czy on cię naprawdę, naprawdę kocha" ? Tego dowiecie się tylko i wyłącznie wtedy, kiedy sięgnięcie po książkę. Warto! W razie czego wszelkie niepocieszenia wynikające z jej przeczytania biorę na siebie.


Aneta Kęska

Książka przeczytana w ramach wyzwania Pod hasłem
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...