piątek, 30 października 2015

James Craig "Londyn we krwi"




Tytuł oryginalny: London Calling
Tłumaczenie: Janusz Ochab
Wydawnictwo: Akurat
Data wydania: 2013
Liczba stron: 336
Seria: John Carlyle tom 1









Kiedy recenzuję kolejne tomy różnych serii, zwykle znajdujecie adnotację, że książka jest odrębną historią, ale polecam czytanie tomów we właściwej kolejności. Dlaczego tym razem sama nie posłuchałam swojej zasady? Gdy sięgałam po tom drugi a potem trzeci, były one egzemplarzami recenzyjnymi, które skusiły mnie opisami. Postanowiłam zaryzykować i poznać działania Johna Carlyle'a bez znajomości "Londynu we krwi". I szczerze mówiąc teraz mogę z pełną świadomością napisać, że bardzo dobrze zrobiłam! Dlaczego?

Do komisariatu Charing Cross pewien mężczyzna przynosi list, który ktoś zostawił w hotelu Garden. John Carlyle po otwarciu koperty żegna się w myślach z szansą na sen (wrócił na posterunek tylko dlatego, że zapomniał kluczy a nie chciał budzić żony i córki) i udaje się na miejsce. Musi sprawdzić zawartą w liście informację, iż w pokoju 329 znajduje się ciało, nie pierwsze i nie ostatnie! Niestety, prawda jest brutalna, bowiem w środku faktycznie znajduje się ciało mężczyzny z nożem w .... czterech literach. Ofiara to Ian Blake, jedynak, kawaler, o którym nic ciekawego nie mogą powiedzieć ani sąsiedzi ani współpracownicy. Kto mógł chcieć jego śmierci? I to w tak dziwny sposób... Czyżby był gejem?

W śledztwie inspektorowi Carlyle'owi pomaga sierżant Joe Szyszkowski, który na Uniwersytecie Cambridge dociera do szokujących informacji. Są one przełomem w sprawie, bowiem trudno było znaleźć jakiekolwiek powiązania i punkty zaczepienia. Kolejne morderstwa coraz bardziej utwierdzają policjantów w przekonaniu, że trzeba pójść tropem Klubu Merrion, który około trzydziestu lat temu działał na terenie Cambridge. Należeli do niego studenci, którzy uważali się za lepszych od innych i bezkarnych w swoich występkach. Trzech z nich zajmuje się obecnie polityką, pną się coraz wyżej po szczeblach kariery a za kilka dni mają odbyć się wybory. Czy zdają sobie sprawę, że grozi im niebezpieczeństwo? Czy poświęcą karierę czy życie? A może znów ujdzie im to płazem? Co takiego wydarzyło się przed laty, że ktoś dokonuje zemsty na członkach Merrionu? I dlaczego dopiero teraz?

Jak przystało na pierwszy tom serii, autor przenosi czytelnika w przeszłość, pokazując mu jak Carlyle zakochiwał się w Helen, a także jak powoli zdobywał kolejne stopnie w hierarchii policyjnej, awansował z posterunkowego na sierżanta, potem inspektora. Pracował na wielu placówkach, zajmując się drobnymi przestępstwami, oszustwami, narkotykami, morderstwami. W swojej ponad dwudziestoletniej karierze zdobył wiele pochwał i wyróżnień. Jedynie żona i córka były zawsze uzależnione od jego czasu i pracy. John ubolewa, że nie może spędzać z Alice tak wiele czasu jak inni ojcowie, że tylko kilka razy w miesiącu może ją odprowadzić do szkoły.

Rozdziały dotyczące przeszłości inspektora z pozoru nie mają związku z główną fabułą, ale w rezultacie okazuje się, że ludzie z którymi miał wtedy do czynienia, będą pojawiali się w jego życiu, czasem pomagając a czasem szkodząc. Ciekawym doświadczeniem było dla mnie to, jak bardzo zażyłe stosunki mogą łączyć rodzinę policjanta z rodziną Dominica Silvera biorąc pod uwagę jego profesję...

Sam wątek morderstw, ich przyczyna, powiązania, dochodzenie do prawdy, zbyt powolne działania policji i brak nacisku na ludzi wyżej postawionych - były interesujące. Byłam ogromnie ciekawa czy zginą wszyscy członkowie Klubu Merrion, kto jest mordercą i wreszcie co będzie z wyborami. Czułam się wciągnięta w tą historię, zwłaszcza że zbrodnie były bardzo nietypowe, doskonale przemyślane, dopracowane i kosztowały mordercę sporo zabiegów.
Jednak gdybym zaczęła swoją przygodę z tą serią od tomu pierwszego to chyba nie sięgnęłabym po resztę, a byłoby szkoda biorąc pod uwagę fabułę tomów: "Zło czai się w cieniu" oraz "Milcz nawet po śmierci". "Londyn we krwi" nie zachwycił mnie tak, jak jego kontynuacje (co chyba oznacza, że autor rozwinął swój warsztat pisarski, od momentu swojego debiutu). Chociaż finał książki - począwszy od wieczoru wyborczego - dostarczył mi tylu wrażeń, że aż do ostatniej strony czytałam z wypiekami na twarzy. Więc może to właśnie ostateczne rozstrzygnięcia zaważyłyby na fakcie, że jednak sięgnęłabym po kolejne tomy...?

Jakie mankamenty przeszkadzały mi odbiorze lektury? Czułam przesyt bohaterami - było ich tylu i z teraźniejszości i z przeszłości, że chwilami zupełnie się gubiłam, kto kim jest, czy dany człowiek jeszcze żyje czy już nie... Wprawdzie na początku książki jest ściągawka z nazwiskami, ale czytałam e-booka i było mi mało komfortowo mrugać wciąż między początkiem a miejscem gdzie czytałam.
Denerwowały mnie ogromnie duże ilości angielskich nazw, które i tak niewiele wniosły w moje życie, bo pamiętam jedynie nazwę posterunku. Autor zaś zaserwował nam nazwy lokali gastronomicznych, ulic (czasem opisując nawet skrzyżowania, czyli nawet trzy nazwy w jednym momencie, nic nie mówiące polskiemu czytelnikowi siedzącemu na kanapie i nie znającemu londyńskich ulic) czy budynków, często zresztą są to długie nazwy. Tym razem nie czułam więc radości, że mam szansę zwiedzić coś wirtualnie a jedynie pomieszanie z poplątaniem. Przeszkadzało mi to w skupieniu się na rzeczach ważnych i uważam, że można to zrobić inaczej, bardziej lekko, bo nie każda nazwa musiała się tam znaleźć.

Podsumowując, pragnę mimo wszystko zachęcić Was do zapoznania się z książkami Jamesa Craiga, ponieważ już sam główny bohater jest wart poznania. Klimat Londynu, policjant z polskimi korzeniami, skandale w rodzinie królewskiej czy zależność policji od polityków - o tym właśnie przeczytacie sięgając po serię. Każdy tom jest odrębną całością i można go czytać osobno, jedynie życie prywatne Carlyle'a będzie wtedy niespójne i wybrakowane o wydarzenia z przeszłości.






Książka przeczytana w ramach wyzwań: Gra w kolory II, 52 książki
Baza recenzji Syndykatu ZwB

czwartek, 29 października 2015

Katarzyna Misiołek "Ostatni dzień roku"




Autor: Katarzyna Misiołek
Wydawnictwo: Muza
Data wydania: 21 października 2015
Liczba stron: 448




Przed sięgnięciem po książkę, nie polecam czytania opisu na LC, zdradza zbyt wiele z treści







Co robią dwudziestolatkowie w Sylwestra? Wyjeżdżają w góry, idą na bale czy na imprezy plenerowe, ale przede wszystkim spotykają się ze znajomymi na prywatkach, mniej lub bardziej poważnych. I taki właśnie plan miała bohaterka tej powieści - Magda. Do mieszkania swojego chłopaka Bartka wróciła późno i w szybkim tempie musiała uporać się z kąpielą a potem zrobieniem się na bóstwo. Z łazienki słyszała swój uporczywie dzwoniący telefon, tylko nie końca chciała go odbierać, bo przecież znajomi i witanie Nowego Roku czekają... Kiedy już mieli wychodzić, zaskoczył ich dzwonek... tym razem do drzwi. Nie spodziewali się kto i z jakimi wieściami stoi po drugiej stronie... To miał być zwykły Sylwester, ale nie był i już nic nigdy nie miało być normalne i takie samo jak do tej pory...

Za drzwiami stał bowiem Kuba, szwagier Magdy. Był zdenerwowany i z paniką w oczach. Jego żona Monika - starsza siostra Magdy - wyszła nagle z domu biorąc jedynie portfel i klucze i ...zniknęła bez śladu. Nikt jej nie widział, nikt nie wie gdzie może być. Prawie trzydziestoletnia kobieta, zakochana w mężu, lubiąca swoją pracę w uniwersyteckiej bibliotece i czteropokojowe mieszkanie kupione kredyt, pasjonatka podróży i biżuterii - przecież nie mogła tak po prostu wyjść z domu i nie chcieć wrócić do swojego dotychczasowego życia! A jednak...

Magda, Bartek i Jakub zamiast świętować rozpoczynają poszukiwania Moniki. Dopiero rano, po bezsennej i męczącej mroźnej nocy, informują rodziców o zaginięciu. Pierwszym tropem, który udaje się ustalić, jest fakt, że kobieta była widziana stacji benzynowej gdzie kupiła kupon Lotto i gorzką czekoladę. Zupełnie bez sensu, prawda? Zrozpaczona rodzina nie czeka na kolejne rewelacje policji, tylko poszukuje na własną rękę: jeżdżą po mieście, rozwieszają plakaty, przepytują ludzi. Z czasem każdy z nich zaczyna się zastanawiać czy Monika jeszcze żyje? Czy to możliwe, że tak po prostu przepadła bez wieści? Nadzieja umiera ostatnia i to jej się trzymają, ale jak długo?

Każdy z bliskich zaginionej inaczej odreagowuje jej brak. Matka rzuciła się wir spotkań z jasnowidzami i przygotowywania ulubionych potraw córki. Ojciec nie do końca wierzy w to, że ona jeszcze wróci. Mąż wynajmuje detektywów, szuka w podejrzanych miejscach, również poza granicami kraju i zupełnie nie potrafi się pozbierać. Razem z Magdą udaje się nawet do pewnej sekty. Bez skutku. Najgorzej całą tą sytuację przeżywa jednak Magda. Siostra jest od niej starsza o osiem lat i zawsze starała się ją chronić, opiekować się nią, by zamknięte pewnego razu w piwnicy mogły czuć, że mają siebie. Magda jeździ w przypadkiem wybrane punkty miasta czy kraju, licząc, że to intuicja podpowie jej, gdzie szukać siostry. Jej życie jest bardziej nastawione na przetrwanie, ponieważ rzuciła faceta, studia, mieszka byle gdzie, spotyka się z byle kim, je byle co. Nie potrafi porządnie się za siebie zabrać. Ma problemy z pracą, jedzeniem a przede wszystkim ze sobą. Nie może się pogodzić z tym, że jej siostra zaginęła. Że nijak nie ma o niej wiadomości, przecież nie mogła tak po prostu odejść! Ale jak się okazuje, Monika nie wszystko jej mówiła... Zresztą podobnie jak mama... Czy tajemnice tych dwóch kobiet mają coś wspólnego z tym zniknięciem?

Mijają dni, miesiące... Minął rok. Monika nadal nie wróciła. Sprawą zainteresowały się media a do rodziny zgłaszają się fałszywi informatorzy (i nie tylko), chcąc wyłudzić trochę pieniędzy żerując na krzywdzie pogrążonych w smutku i depresji ludzi. Czy mąż nadal na nią czeka? Czy rodzice wciąż wierzą w to, że ich córka żyje? Czy Magda poradziła sobie z tym ciężarem, że to nie ona zaginęła tylko ta bardziej kochana córka? Czy to możliwe, że w obliczu takiego nieszczęścia, rodzina zamiast bardziej się scalić staje się sobie coraz bardziej obca, jej członkowie czują się ze sobą źle, uciekają od siebie. Wspomnienia o zaginionej sprawiają, że wspólnie spędzany czas staje się tylko krwawiącą na nowo raną...

Magda jest bardzo dziwną bohaterką. Bardzo przeżywa brak siostry, jednak niektóre jej zachowania czy działania są - jak dla mnie - zupełnie oderwane od rzeczywistości. Zwłaszcza przygodne kontakty z mężczyznami albo sytuacje dotyczące zagubienia rzeczy osobistych. W obliczu braku informacji o zaginionej życie tej młody kobiety całkowicie straciło na wartości. Stało się totalną egzystencją, czasem na przetrwanie, na wykonywanie tylko niezbędnych czynności. Dzień za dniem upływają jej na monotonnym powtarzaniu wciąż tych samych rzeczy: nudne zajęcia w pracy, obiad z mikrofalówki w niezbyt przyjemnym mieszkaniu, kiczowate programy telewizyjne i wreszcie sen. I tak w kółko...
Wielu jej przedsięwzięć nie pochwalałam czytając powieść, w wielu momentach mnie denerwowała (na przykład notorycznie ubierając się zbyt cienko w stosunku do warunków atmosferycznych) czy doprowadzała do pasji popełniając kolejne błędy. Ja rozumiem, że czuła się okropnie, podle i źle, oszukana, samotna i bez celu w życiu, ale takimi działaniami ani o krztę nie pomagała ani siostrze ani sobie. Uwielbiała odczuwać ból w różnych postaciach (ale nie martwcie się, nie było tu żadnego okaleczania), bo pozwalał jej zapomnieć o Monice...

Autorka napisała bardzo dobrą książkę o tym, że czasami miłość w rodzinie nie wystarcza, by przeżyć wiele lat w szczęściu. Czasem wystarczy chwila, ułamek sekundy w najmniej spodziewanym czasie i życie wielu osób wali się w gruzy. Tak mało trzeba, by ktoś wyszedł z domu i przepadł bez wieści. "Ostatni dzień roku" to świetne studium zachowań ludzi w takiej sytuacji - im więcej osób, tym więcej różnorodnych zachowań, reakcji, potrzeb, myśli i pragnień. Katarzyna Misiołek na przykładzie tej rodziny świetnie pokazała, że każdy nasz krok w życiu musi być przemyślany, że zawsze mamy wybór sięgając po coś, czego nie powinniśmy dotykać; robiąc coś, czego możemy żałować. Nawet jeśli kierujemy się intuicją i ruszamy przed siebie, bez planu to trzeba uważać na sytuacje, które mogą nam się przydarzyć. Bo czasami będzie to spotkanie miłości czy znalezienie nowej pracy, jednak czasem będzie to ból, strach i poniżenie.

Powieść długo trzyma czytelnika w niepewności co do losów Moniki. Nie mam w zwyczaju zaczynania lektury od końca, więc i tym razem delektowałam się kolejnymi stronicami, nie wiedząc jak ta historia się zakończy. Oczywiście nie zdradzę Wam czy Monika się odnalazła czy nie, ale przyznaję, że dobrze mi się książkę czytało. Mimo, że czasami wydarzenia mnie denerwowały, zachowanie bohaterów irytowało, to wszystko składało się na coraz wyższe ciśnienie i jeszcze większą chęć poznania zakończenia.

Książka ta nie jest odosobniona w temacie zaginięć, bowiem sama miałam już okazję czytać o takiej tematyce. Również media otaczają nas zewsząd informacjami o zaginięciach (słynne zaginięcie czteroletniej Madeleine McCann podczas wakacji w Portugalii) a przecież słupy ogłoszeniowe czy szyby wystawowe w każdej polskiej miejscowości oklejone są zdjęciami osób, które nie dotarły do pracy, domu, szkoły...





Książkę przeczytałam w ramach wyzwań: Pod hasłem, 52 książki



Za możliwość przeczytania książki
dziękuję Pani Monice


oraz


środa, 28 października 2015

Magdalena Kordel "48 tygodni"




Autor: Magdalena Kordel
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: 2005
Liczba stron: 152











Nie zawsze mam sposobność, ochotę, czas lub wiedzę, by poznawanie autora rozpoczynać od jego debiutanckiej książki. Biorąc pod uwagę twórczość Magdaleny Kordel to czytałam już serię o miasteczku Malownicze oraz "Uroczysko". Wciąż byłam jednak ciekawa jej debiutanckich "48 tygodni". Co myślę o tej książce?

Dwudziestokilkuletnia Natasza jest z pozoru zwyczajną młodą kobietą - matką sześcioletniej Gosi oraz żoną Sebastiana, której na myśl o drugim dziecku robi się gęsia skórka. W jej życie wkrada się jednak rutyna i kobieta chce coś zmienić, zrobić dla siebie. W tym celu postanawia dokończyć studia (sądząc z jej wieku i wieku dziecka, musiała przerwać - wspomniane w tekście - studia ekonomiczne), ale tym razem na kierunku filologii polskiej. Zamierza też iść do pracy, żeby nie słuchać gderania męża o tym, że tylko on zarabia. Po niezwykle zabawnie opisanym procesie poszukiwania wymarzonej pracy, Natasza zostaje korektorką w redakcji - w której chwilami można się poczuć jak w cyrku. Wkrótce potem udaje jej się osiągnąć pierwszy sukces, czyli przeprowadzić wywiad z pewnym poetą, którego do tej pory ujarzmić się nikomu nie udało.

Oprócz życia zawodowego i wiążących się z nim wielu śmiesznych czy burzących krew w żyłach sytuacji, Natasza ma również życie rodzinne. A może przede wszystkim! A w życiu jak to w życiu, i to jeszcze nietypowym życiu bohaterki, pojawia się kilka irytujących osób z byłą sympatią męża - Sylwią - na czele. W obliczu jej wizyt czy telefonów Natasza wychodzi zwykle na niedorozwiniętą umysłowo, bo już o irytującej teściowej wspominać nie będę. Z grzeczności. By zapobiec rutynie w domu Nataszy i Sebastiana pojawiają się przeróżne istoty - od rybek zaczynając, poprzez znajome, rodziców na teściach skończywszy. A każde z wyżej wymienionych wnosi w ich progi wiele niesamowitych sytuacji.

Książka napisana jest w formie pamiętnika vel dziennika, który obejmuje tytułowe 48 tygodni z życia bohaterki. Autorka nie uniknęła kilku drobnych wpadek w treści, które wybaczam z uwagi na debiut oraz na fakt, że znam późniejsze książki autorki i wiem jak bardzo rozwinął się jej warsztat pisarski. Kolejne powieści są bardziej dopracowane, obszerniejsze i jeszcze bardziej wciągające. Ale czytając "48 tygodni" nie skupiałam się na stronie negatywnej. Wiecie dlaczego? Spędziłam niewiele ponad godzinę z lekturą, która niesamowicie mnie odprężyła. Mam aktualnie sporo stresu w życiu i znalazłam oto doskonałe lekarstwo - przynajmniej na chwilę mogłam zapomnieć o zaległościach, chorobach, lekarzach, terminach, bólu czy mailach, na które nie mam wieczorem sił odpisać... Poczułam się jakby w innym świecie, gdzie królują nie moje problemy, gdzie to ktoś inny musi je rozwiązać. Ja nie muszę nic. Nie czujecie czasami potrzeby przeczytania takiej właśnie książki? "48 tygodni" to pigułka skondensowanego humoru, samokrytyki i ironii. Bawiłam się świetnie, teksty rozkładały mnie na łopatki i chichotałam jak nastolatka, kiedy czytałam o rudej wiewiórce czy mądrościach Gosi - to dziecko jest wręcz maszynką do rozśmieszania. Jeśli zatem poszukujecie książki idealnej na poprawę humoru to niniejsza będzie akurat.






Książka przeczytana w ramach wyzwań: Gra w kolory II, Grunt to okładka, Pod hasłem, 52 książki

wtorek, 27 października 2015

Nicky Pellegrino "Sycylijska opowieść"





Tytuł oryginalny: The Food of Love Cookery School
Tłumaczenie: Edyta Jaczewska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: 2014
Liczba stron: 392








W ostatnim czasie miałam okazję przenieść się w świat powieści, które pachniały kwiatami lub były przepełnione muzyką. Tym razem sięgnęłam po książkę, która dostarcza bodźców zmysłowi smaku - jest bogata w smaki i aromaty oraz uroki Sycylii. Dziesięć lat temu na tej przepięknej wyspie, Luca Amore założył szkołę kulinarną "Z miłości do jedzenia". Przez osiem dni kolejne grupy wielbicieli kulinarnych przygód z całego świata poznają tajemnice sycylijskiej kuchni.

Luca pracował wcześniej w Londynie jako fotograf, jednak wrócił w rodzinne strony po śmierci swojej ukochanej nonna (babci) i to w jej domu prowadzi swoje kursy gotowania. A jego dobrze płatna praca w Anglii? Mężczyzna nie chce o niej rozmawiać a gdy temat zostaje poruszony, skutecznie go unika. Bez przeszkód można się domyślić, że kryje się za tym jakaś tajemnica, może jakieś rozczarowanie czy dramat, które powodują chęć do zapomnienia o tamtym skrawku życia. Dlaczego? Tego nie zdradzę, ale przyznaję że nie spodziewałam się takiego rozwiązania.

Aktualnie na kurs przyjeżdżają cztery kobiety, każda w innym wieku, o innej pozycji zawodowej, społecznej, innym statusie materialnym i w innym punkcie swojego życia. Mają różne problemy i różne podejście do życia. Czy uda im się dogadać, by podczas pobytu mogły skupić się na gotowaniu? Czy unikną sprzeczek?

Tricia jest prawniczką z Londynu, ma dzieci w prywatnych szkołach, mąż Paul jest lekarzem i to on zarezerwował jej te wakacje, by mogła odpocząć od zabiegania. Tylko czy Tricia chce przeżyć kulinarną przygodę czy może woli inne atrakcje? Poppy przyleciała z Australii, gdzie jako mały chłopiec wyjechał jej dziadek ze strony ojca. Na Sycylii Poppy, oprócz poszukiwania smaków, zamierza rozpocząć poszukiwania swoich przodków, bowiem dziadek pochodzi właśnie z tego kraju. Ten wyjazd ma być dla niej odskocznią od zakończonego trzy miesiące wcześniej małżeństwa, bo choć rozwód przebiegł spokojnie, z uwagi na zgodność obojga i brak potomstwa to pod wpływem chwili Poppy chce zmienić otoczenie. Valerie, najstarsza z całej czwórki, mieszkanka Nowego Jorku, zatęskniła na podróżowaniem. Po swoim drugim rozwodzie poznała Jean-Pierre'a, który nigdy nie został jej mężem, jednak prawie dwudziestoletni związek pełen wzajemnej ekscytacji sobą i nowo odkrywanymi miejscami na globie ziemskim sprawił, że teraz zabrakło jej wrażeń. Dlaczego? Od roku nigdzie nie wyjeżdżała, ponieważ ukochany zmarł i na długie miesiące odebrało jej to chęci do nowych, samotnych, podróży. Moll jest pracownikiem socjalnym w Anglii i samotnie wychowuje dwie córki. Jest pasjonatką gotowania, jej dom przepełniony jest licznymi przepisami, książkami kucharskimi. Swoją pasję kobieta wyraża również prowadząc bloga, na którym zamierza zamieszczać zdjęcia potraw, przepisy i wrażenia z Sycylii. Na ten krótki wyjazd bardzo długo odkładała pieniądze i dzięki wsparciu córek i mamy, wreszcie spełniła swoje marzenie. Czy te osiem dni będzie dla niej zapomnieniem o prawdziwych problemach wyciągających za nią swoje macki?

A na czym polega ten kilkudniowy sycylijski kurs w miejscowości Favio? Luca uczy je przyrządzania lokalnych potraw, marynowania, łączenia smaków, rozpoznawania jakie połączenia produktów będą lepsze oraz szacunku do tradycji przekazywania sobie przepisów z pokolenia na pokolenie. Mężczyzna ubolewa jedynie z powodu faktu, że wiele lat temu zaginął zeszyt z przepisami jego babci. Choć sporo potraw potrafi odtworzyć z pamięci, to była to dla niego pamiątka również wartości sentymentalnej.

W programie na kolejne dni znajduje się wiele wycieczek w ciekawe miejsca. Kobiety pod okiem Luki odwiedzają winnice i targ, zbierają kapary, smakują sery oraz czekoladę (by porównać smak robionej ręcznie i przez maszyny). Sporą część posiłków przyrządzają i spożywają w domu lub na tarasie, jednak dla uatrakcyjnienia i urozmaicenia pojawiają się w restauracjach i na obiadach proszonych między innymi u Vincenza i jego córki Orsoliny, którzy mieszkają w nietypowym domu, są wieloletnimi przyjaciółmi rodziny Amore a teraz mają nieźle namieszać w fabule książki.

Książkę czyta się niezwykle przyjemnie, głównie z powodu opisywanych intrygujących potraw. Jednak nie polecam czytać jej na pusty żołądek! Akcja toczy się raczej leniwie, nie ma tu zwrotów, większych niespodzianek a prawdziwe zaskoczenia wymieniłabym trzy. Jest to naprawdę lekka i niezobowiązująca opowieść, która doskonale nadaje się jako przerywnik - i do tego jaki smaczny - między powieściami zmuszającymi do wytężonego myślenia. Dzięki zmiennej narracji czytelnik ma szansę poznać wydarzenia z perspektywy zarówno Luki, jak i czterech kobiet. Dzięki temu, jak i licznym rozmowom prowadzonym między uczestniczkami kursu, dowiedziałam się o utraconych miłościach i nadziejach, zdradach, rozwodach, błędach przeszłości, szansach na nowe życie oraz tajemnicach, które kobiety chowają w swoich sercach i umysłach, bo nie są to rzeczy, którymi chciałyby się chwalić wokoło. W gorącym słońcu Sycylii zaczęło też iskrzyć między niektórymi bohaterami. Dzielnie im kibicowałam, tylko czy osiem dni to czas wystarczający, by podjąć tak poważne decyzje i rzucić swoje dotychczasowe życie? Czy komuś się uda? Tak wiele pytań a tak niewiele odpowiedzi.

Autorka zdradziła na końcu powieści, że wiele z opisywanych miejsc istnieje naprawdę i dlatego myślę, że czas kiedy odpoczywała na Sycylii zbierając materiały, musiał być dla niej piękną przygodą. Przesympatyczną niespodzianką były dla mnie przepisy zamieszczone w książce (dla niecierpliwych informacja - dopiero na końcu). Najbardziej ślinka mi ciekła podczas czytania o Cavatelli z cynamonem i sosem z mielonym mięsem; Czekoladowym kurczaku z Favio oraz Kurczaku Agrodolce. Gotujemy?







Książka przeczytana w ramach wyzwań: Gra w kolory II, Grunt to okładka, 52 książki

poniedziałek, 26 października 2015

"Dziedzic" - trzeci tom trylogii już w listopadzie - zapowiedź

Kto zna twórczość Rafała Lewandowskiego? Kto czytał "Niemego" i "Blok", czyli dwa pierwsze tomy Niemej Trylogii? Komu się podobały?
Czekam na Wasze komentarze :)

A dziś przybywam, ponieważ dopiero co zakończyło się krakowskie święto książek, czyli targi a już na maila dostałam radosną wiadomość od autora: już w listopadzie odbędzie się premiera trzeciego tomu!!!

"Dziedzic" - sądząc po opisie - będzie nieco sensacyjny, ponieważ będą zwroty akcji i trzymająca w napięciu historia. Znika bowiem najmłodsza siostra pięćdziesięcioletniego już Rafaela Wellsa. Kiedy rozpoczyna on poszukiwania, na jaw wychodzą sprawy rodzinne, o których nie miał pojęcia.

Uwielbiam takie książki z tajemnicami w tle. Jestem ogromnie ciekawa co tym razem spotka głównego bohatera i jakie "brudy" przeszłości uda mu się odkryć. A Wy poczuliście ochotę na poznanie trzeciej części trylogii? Lubicie takie wspólne odkrywanie tajemnic razem z bohaterami czytanych książek?

W listopadzie spodziewajcie się mojej recenzji i ...niespodzianki związanej z książką.

sobota, 24 października 2015

19. Targi Książki w Krakowie 2015 - a miało mnie nie być...

Jak już wiecie niecałe 6 tygodni temu miałam operację i jeśli mam być szczera to tegoroczne krakowskie targi spisałam na straty.
Do końca nie robiłam sobie nadziei, mimo że dochodzenie do zdrowia szło dobrze [tu przy okazji dziękuję wszystkim za maile, komentarze, smsy, telefony i wszlekiego rodzaju wsparcie, które naprawdę mi pomogło].

I po wielu zawirowaniach (mąż pracuje, dziecko chore, ja powinnam jeszcze sporo odpoczywać) dziś rano decyzja została podjęta: jadę na chwilę na TARGI!!!
To moja najkrótsza, ale najbardziej obfita w emocje, a może i z powodu tego czasu najbardziej ciesząca serce i duszę, wizyta na tej imprezie.

Chcecie jakieś fotki? :P

Do hali "wbiegłam" tuż przed 15-stą, licząc po cichu że zdążę zdobyć autograf Agnieszki Krawczyk w najnowszej książce "Jezioro marzeń". Nawet niosłam ją ze sobą!


Zdążyłam


W zasadzie to upiekłam 4 pieczenie na jednym ogniu, ponieważ na stoisku Filii była o 15-stej zmiana warty. Rozgościły się trzy świetne autorki i jak tylko mnie zobaczyły to nasza radość i atmosfera...no było super! Liliana Fabisińska, Natasza Socha i Magda Witkiewicz - w kolejności, w jakiej siedziały koło mnie. "Śnieżynki" też zaniosłam do podpisu :)








Zresztą Filia oznaczała dziś dla mnie również kolejną próbę rozróżnienia sióstr z wydawnictwa oraz przypadkowe spotkanie blogerek: ktrya, Sardegna i Aine. Z Sardegną udało się zamienić kilka słów :) Z Aine pospacerować, posiedzieć, porozmawiać i niecnie wykorzystać do pomocy :) Dzięki :)


Zmierzając do Prószyńskiego wstąpiłam do Novae Res, by się przywitać i spotkałam niespodziewanie Agnieszkę Opolską, młodziutką i sympatyczną debiutantkę, autorkę książki "Anna May", laureatkę 1 miejsca w IV konkursie "Literacki Debiut Roku". Książkę mam, ale że nie spodziewałam się to jest tylko fotka i autograf w notesie autografowym.








Kolejne przemiłe spotkanie - Izabella Frączyk. Wiem, wstyd że nie czytałam jeszcze żadnej książki autorki, ale kiedyś zacznę, obiecuję, tylko...zakupię trochę czasu. Kiedy są odpowiednie targi? :P




Ale najpiękniej autorka pozowała sama:




Żeby nie było nudno to przemieściłam się później w kierunku... Filii :) Co ja poradzę, że wydające tam autorki uwielbiam a i w zamian słyszę też miłe słowa podczas spotkań i nie tylko. Tym razem chciałam zdobyć autograf Agnieszki Walczak-Chojeckiej w drugim wydaniu jej debiutanckiej książki "Dziewczyna z Ajutthai", którą też miałam ze sobą.




Ostatnie spotkanie z autorką dzisiaj, ale oczywiście równie miłe - Edyta Świętek, której twórczości też jeszcze nie znam...




A tak prezentuje się mój stos:


Od góry książki, które wyżej prezentowałam z autografami.
"Szlachetne pobudki", "Amelia" - bardzo chciałam mieć, to mam :) ale bez autografów
"Niepokorne. Eliza" oraz "Huczmiranki" to egzemplarze do recenzji od Naszej Księgarni :)


Nie mogłam zapomnieć też o mojej pięciolatce:



Wszystko świetnie widać, ale chcę wspomnieć, że:
- Frankliny musiałam kupić do naszej sporej już kolekcji, to książki które wciąż się nie nudzą.
- "Skąd się bierze miód" - do recenzji od NK - moja córa kocha miłością ogromną ich pozycje dla dzieci
- dwie małe książeczki po lewej na dole to recenzyjne łamigłówki dla córy od Wydawnictwa Adamada, choć widnieje na nich 8+ to już dziś sprawdziła, że daje radę :) 


Stoiska, na których najbardziej mi zależało odwiedziłam. Autorki, które ogromnie chciałam spotkać - spotkałam. Dwie blogerki na rozmowie z którymi mi zależało - spotkałam. Kupiłam parę książek, zdobyłam sympatyczne wpisy, doprecyzowałam szczegóły jednej nowej współpracy, spotkałam się ciepłym przyjęciem przez autorki, zresztą i ludzie widząc mnie z kulą służyli pomocą - dziękuję Wam wszystkim!!! A wisienką na torcie jest fakt, że spotkałam trzy osoby, które słysząc (podczas rozmów z autorami lub w trakcie rozmów kolejkowych) o tym, żem ejotek, powiedziały że podczytują, lubią zaglądać a jedna z nich nawet gratulowała - dziękuję Wam. To tak podbudowuje do prowadzenia tego miejsca!
Akumulatory mam naładowane na kolejny rok!


Kiedy ja to wszystko przeczytam? Nie wiem, ale ... kocham czytać i o tym pisać. Do zobaczenia za rok?
[Bo jutro na pewno mnie nie będzie]

czwartek, 22 października 2015

Laura Arnesen, Marie Wivel "Warkocze. Przewodnik krok po kroku"




Tytuł oryginalny: Braids
Tłumaczenie: Aleksandra Kamińska
Wydawnictwo: Między słowami / Znak
Data wydania: wrzesień 2015
Liczba stron: 108










Od dziecka mam cienkie i byle jakie włosy. Zawsze był problem z ich rozczesaniem, po myciu to wciąż słychać było moje kwękanie. Ale bywały momenty, że miałam włosy do połowy pleców i wtedy uwielbiałam oddawać się w ręce kogoś, kto miał cierpliwość i chęci do ich splatania, czesania i upinania. Zdolności do robienia warkoczy nie miałam nigdy, samej sobie potrafiłam zapleść tylko zwykłego, na karku. Ćwiczyć nie miałam na kim, bo mam brata :P Dlatego każdy, kto potrafił wyczarować francuza czy kłosa był dla mnie idolem.

A jak sprawy mają się teraz? Aktualnie mam na kim ćwiczyć, bo mam córcię z półdługimi włoskami i jedynie chore palce nie poruszają się tak zgrabnie i sprytnie, by tworzyć arcydzieła. No i dziecko ma cierpliwość tylko na pięć minut czesania... Ale kiedy usłyszałam o przewodniku duńskich nastolatek Laury i Marie po świecie warkoczy, wiedziałam że to dla mnie szansa, na zrobienie córce czegoś innego niż kucyk, dwa kucyki czy kucyk z warkoczem. Jak nam poszło? O tym też napiszę, ale najpierw słów kilka o samej książce.

Przewodnik jest podzielony na rozdziały, jednak wyróżniłabym tutaj przede wszystkim trzy z nich:
Podstawowe sploty, czyli francuz, holender, kłos, lina i splot koronkowy.
Plecione fryzury to już wyższy poziom wtajemniczenia, gdzie do nauki zaproponowano nam wodospad, warkocz z pięciu pasm, warkocz Katniss, precel, róża i kilka innych.
Fryzury na imprezę to słodkie lub bardziej odważne sploty, które można wykorzystać nie tylko na imprezę ze znajomymi, ale też na szkolny bal: odważny warkocz z boku głowy, wianek mleczarki, ślimak i inne.

Zanim czytelnik dociera jednak do rozdziałów z warkoczami ma szansę przygotować się do ich zrobienia, czytając wskazówki autorek oraz zapoznając się z akcesoriami jakie będą nam potrzebne (gumki, wsuwki czy wypełniacze). Największy zachwyt i to zarówno mój, jak i mojej córki, wzbudziły rozdziały o wdzięcznych nazwach: Be my Valentine, Flower Power i Nasze najbardziej szalone sploty, w których dziewczyny chwalą się (już bez szczegółowych instrukcji) jakie cuda można stworzyć z włosów - piękne!




Każda opisana w książce fryzura jest doskonale rozłożona na części pierwsze. Wszystko jest dopracowane i w zasadzie każdy powinien sobie poradzić. Najpierw otrzymujemy zachętę, czyli zdjęcie gotowej fryzury a potem... "krok po kroku" opis słowny wyjaśniający, jak pleść, czy przekładać pasma górą czy dołem, czy zaplatamy w poziomie czy pionie, czy włosy dobieramy z obu stron czy tylko z jednej a obok obrazujące to zdjęcia - dla wzrokowców. Muszę przyznać, że instrukcje są jasne i zrozumiałe i gdyby dziecko miało więcej cierpliwości to sądzę, że warkocze mogłabym czesać częściej (próbowałyśmy między innymi warkocza z pięciu pasm, ale tam wymagana jest pomoc osoby czesanej i tu już moja córa nie dawała rady, będziemy próbować za czas jakiś). Dodatkowymi informacjami, które znajdziemy przy fryzurach są akcesoria potrzebne do ich wykonania, czas niezbędny do tej czynności, poziom trudności a w niektórych przypadkach nawet QR kod przenoszący na stronę z filmem instruktażowym






Moja pięciolatka największą sympatią zapałała do fryzur o nazwach róża, lina (dzięki samym nazwom zapewne) oraz ślimak, splot koronkowy, kłos, wodospad i francuz (wizualnie jej się podobały). Z robienia francuza się wymigałam, tłumacząc że często wraca z taką fryzurą z przedszkola. Uffff.... Ale jak to się mówi "pierwsze koty za płoty" i "trening czyni mistrza", oto wyniki naszych prób:

 Lina dokładnie wg wzoru, czyli reszta włosów rozpuszczona



 Lina na kucyku (dziewczyny pisały o takiej opcji)
Do przedszkola wygodniejsza, bo włosy się nie plączą




 Splot koronkowy - próba pierwsza



 Splot koronkowy - próba druga, bardziej udana



 Widok z góry



A to już twórczość własna, czyli połączenie dwóch splotów w warkocz
Nie do końca wyszło tak jak chciałam, ale nastąpiło "zmęczenie materiału"



Podsumowując stwierdzam, że podczas pierwszego spotkania z tą nietypową książką, można poczuć strach. Tak, strach że nie podołamy wyzwaniu a maleńkie oczka córki będą patrzeć wyczekująco i błagalnie i mówić "Mamusiu, chcę być piękna". Ale myślę, że warto mieć w domu - do kompletu z córeczką - taki właśnie poradnik, który początkowo będzie pomagał mamie a potem to nastolatka będzie miała koleżanki, które będą w szybkim tempie odrabiały zadania domowe, by mieć czas spotkać się na plotki przy warkoczach. To świetny i niebanalny pomysł na sympatyczne spędzanie czasu w kobiecym czy dziewczęcym gronie.



Wszystkie zdjęcia pochodzą z książki


Książka przeczytana w ramach wyzwań: 52 książki



Za możliwość przeczytania książki
dziękuję Pani Małgosi z


środa, 21 października 2015

Anna J. Szepielak "Znów nadejdzie świt"





Autor: Anna J. Szepielak
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Data wydania: 23 września 2015
Liczba stron: 480
Seria: Saga małopolska tom 3



Książkę można czytać samodzielnie, jednak polecam czytanie małopolskiej sagi we właściwej kolejności





Małopolska trylogia Anny J. Szepielak to trzy przyjaciółki Marta, Joanna i Elwira, ich obecne życie, problemy oraz przeszłość, która każdej z nich wkrada się w codzienność. Każdej z innego powodu, ale ileż fascynujących faktów odkryły... W trzecim tomie autorka skupiła się na genealogii Elwiry, jednak w finałowych rozdziałach pojawią się wszystkie młode kobiety a wnioski do jakich doszłam... ale po kolei.

Jest rok 1867. Cecylia jest opiekunką młodziutkiej dziedziczki ze dworu - złośliwej i nie liczącej się z nikim panienki Heleny. Chcąc uchronić ją od skandalu Cecylia traci życie po kopytami koni. Niedługo później z tego świata odchodzi też jej mąż a ich sześcioletnia wówczas córeczka Karolina dostaje szansę pozostania we dworze jako pomoc w kuchni. Jest to chyba wyrzut sumienia Heleny, która robi w modlitewniku Cecylii czyni pewne notatki w języku francuskim, choć nie ma pewności kto i kiedy to odczyta. Karolina dorasta i mimo tego, że jest biedna znajduje prawdziwą miłość - Jędrzeja, który jako zwykły zagrodnik daje jej nie tylko dach nad głową, ale poczucie bezpieczeństwa, uczucie i radość z życia. Ich codzienność toczy się powoli aż do chwili, gdy Karolina jest w stanie błogosławionym. To właśnie wtedy Jędrzej zostaje wezwany do dworu w tajemniczej sprawie a po powrocie ma przekonać do propozycji żonę. A co chodzi ludziom ze dworu? Czego dotyczy propozycja? Jak zareaguje na nią Karolina, bo od początku zdaje sobie sprawę, że kiedy wyrazi zgodę ich życie zmieni się na zawsze? Czy podjęta decyzja nie wprowadzi do ich życia zamętu, problemów i podejrzeń ludzkich? Jak to na wsi przecież, plotki były, są i będą zawsze a Karolina już raz musiała się do lokalnej społeczności dostosować.

Kolejne strony powieści to losy dzieci i wnucząt Karoliny i Jędrzeja. Radości, smutki, harce dzieci, choroby, śluby, narodziny i pogrzeby, praca w polu, przygotowania do świąt, zwyczaje i obyczaje z tym związane, ale przede wszystkim rodzina, miłość i wsparcie - ot, ludzkie życie. Nie zabrakło w nim licznych tajemnic, które potem mają szanse zostać rozwikłane przez potomków.
Role kobiety i mężczyzny w tamtych czasach zostały przez autorkę dobrze podkreślone. W rodzinie głównych bohaterów to Jędrzej troszczył się o przyszłość, zaś Karolina żyła bardziej z dnia na dzień, zajmując się codziennymi obowiązkami a jednocześnie z niepokojem myśląc o tajemnicy sprzed lat. Sprawiała ona, że kobieta nie potrafiła w pełni zadbać o dzieci, które im starsze tym bardziej ją onieśmielały. A kiedy jeszcze w roli głównej miały wystąpić miłość czy szczęście to czuła się nieporadna, nie lubiła bowiem prowadzić śmiałych rozmów o intymnych problemach. Może to dlatego, że nie miała się tego od kogo nauczyć pracując od dziecka w dworskiej kuchni?

Muszę przyznać, że ogromnie wciągnęły mnie problemy tej rodziny. Czytałam z zapartym tchem o nieustannej walce Karoliny o dobro dzieci, które chciała wymodlić o rady prosząc też - wznosząc oczy w niebo i ściskając w dłoni pamiątkowy krzyżyk - nieżyjącą już matkę. Nie wszystkie tajemnice z XIX i początków XX wieku się w tym miejscu wyjaśniają...

... ale na szczęście autorka przenosząc nas do roku 1988, nie pozwala czytelnikowi na stres. "Zamieszkałam" tym razem w domu rodziny Matyldy Noteckiej, której babcia Basia jest wnuczką Karoliny i uwielbia opowiadać o przeszłości. To ona, kobieta nie potrafiąca poradzić sobie z niektórymi nowinkami technicznymi i namiętnie tłukąca szklanki i talerze, otworzyła przede mną skrzynię pełną wspomnień. Dzięki wypływających z niej myślom, poznałam dalsze losy Antoniny, Izy, Michała, Franciszki, a także historie pożarów, zdrad, nieślubnych dzieci i klątwy, której nie wszyscy byli świadomi. To Barbara wygłosiła pewnego dnia na głos słowa, które od lat stanowiły niemal motto tej rodziny, a dotyczyły dzieci znajdujące bezpieczny dach nad głową.
Staruszka często jest odsuwana od domowych obowiązków z powodów bezpieczeństwa i proszona, by swoimi opowieściami nie straszyła dzieci a u dorosłych nie przywoływała złych wspomnień. Charakterek ma za to niezwykły i kiedy trzeba potrafi sięgnąć po nietypowe sposoby jak przysięganie na modlitewnik albo wymachiwanie laską. W tym okresie mamy okazję poznać nieco przeszłości, ale również i bieżące problemy - konieczność pracy za granicą, kartki czy długie kolejki i towar spod lady. Szalone dzieciaki Matyldy - Wojtek i Elwirka - dają niezłego "czadu" i często wymagają używania apteczki. W domu Matyldy pojawia się też niespodziewany gość - dalsza kuzynka z córeczką, które zagwarantują nam kolejne niezwykłe emocje - ze skrzypcami w roli głównej - i ujawnią, że pewne przypadłości są niewątpliwie dziedziczne.

Ostatnim już skokiem w czasie przeniesiemy się do współczesności - do roku 2014, kiedy to żegnamy ojca Matyldy Noteckiej - Tadeusza. Na cmentarzu ponownie spotykają się trzy przyjaciółki i zaczynają roztrząsać ważne kwestie: czym spowodowane jest dziwne zachowanie Jakuba (męża Elwiry) oraz kim jest zakonnica uczestnicząca w pogrzebie. W czasie lektury tej części uzupełniłam wiedzę z okresu, który został pominięty przez autorkę, kiedy to losy rodziny Elwiry - od czasu kiedy była małą dziewczynką - czekały nowe wyzwania. Joanna pomaga przyjaciółce w przepisaniu danych przodków z modlitewnika Cecylii zanim litery całkowicie wyblakną i dzięki temu skłoni ją do refleksji nad koneksjami. Co odkryje Elwira w trakcie analizowania zapisków? Czy będzie to coś, co uzmysłowi jej, że pochodzi nie ze zwykłej chłopskiej rodziny - jak do tej pory sądziła?

Powieść ma zupełnie odmienną konstrukcję od wcześniejszych tomów trylogii. Anna Szepielak najpierw skupiła się tylko i wyłącznie na przeszłości i opowiedziała historię z punktu widzenia Karoliny. I dopiero kiedy bohaterka doczekała wnucząt, przeniosła akcję do kolejnej epoki. W każdym momencie opisywanej historii wiedziała, co chce zaakcentować, co wskazać czytelnikowi jako temat godny przemyśleń. Skutecznie intrygowała, manipulowała uwagą tak, by skupiała się nie tylko na rzeczach ważnych, ale i szczegółach. To dzięki uważnej lekturze, już od pierwszego tomu wyłapałam detale, które wraz z zagłębianiem się w kolejne rozdziały i tomy przeradzały się w słowa "tak myślałam", "to był jego syn", "to była siostra przyrodnia", "biesiadnik weselny miał rację", "dlaczego nie powiedziała prawdy", "czemu nie wyjaśniła celu wizyty, tak blisko było poznanie rodziny". Mnóstwo pytań cisnęło mi się na usta, tak wiele tajemnic poznałam, zagadek rozwiązałam, tyle zdarzeń mnie zadziwiło, zszokowało, rozśmieszyło, zdenerwowało.

Ale przecież powieść to nie tylko problemy, tajemnice i smutne chwile. Autorka podarowała nam też dawkę humoru zwłaszcza w sytuacjach, kiedy pojawiały się dzieci i ich psikusy - moim ulubionym fragmentem jest chyba ten, w którym zniecierpliwiony zachowaniem parobka koń, ściąga mu z głowy czapkę i po rzuceniu jej w śnieg zarżał "ze śmiechu". Bo już koło od wozu i jego "duchy" nie należą do humorystycznych fragmentów.

To niesamowita lektura. Każdy tom z osobna to nieprawdopodobny wkład pracy autorki, zapewne liczne notatki, tworzenie drzew genealogicznych (za które zresztą serdecznie dziękuję, bo to ogromna pomoc) i rozmyślanie nad powiązaniem poszczególnych bohaterów i skrzyżowaniem ich ścieżek. Czuję, że jestem na wygranej pozycji w stosunku do bohaterów, ponieważ znalazłam odpowiedzi na nurtujące mnie pytania a oni... nie zawsze. Liczne zawiłości, finały poszczególnych tomów a i sam styl pisania - za to wszystko należą się brawa, plusy, "lajki" czy co tam jeszcze się da. Ja jestem zahipnotyzowana i czuję, jakbym opuściła magiczną krainę, zupełnie inny świat lub inny wymiar, gdzie żyłam jako duch tuż obok bohaterów trzytomowej opowieści. Wciągnęła mnie, pochłonęła i kiedy musiałam odłożyć którykolwiek tom na czas snu czy domowych obowiązków, byłam niepocieszona i myślami wciąż trwałam przy bohaterach, próbując odgadnąć kolejne pomysły autorki na kreację ich losów.



[uwaga spojler]
Ostatni tom małopolskiej trylogii łączy wszystko w zgrabną całość. Współcześnie - podczas przyjęcia zaręczynowego Asi i Filipa, gdzie spotykają się wszystkie przyjaciółki i analizują swoje życie. Jest Grażyna z mężem i dzieckiem, Janina z bliźniaczkami i młodszym synkiem, Elwira z urodzonym w niesamowitych okolicznościach dzieciątkiem oraz Marta, która wyznaje przyjaciółkom jaką decyzję co do przyszłości podjęła wraz z mężem. Wszyscy świetnie się bawią i nawet nie wiedzą ile nieodkrytych tajemnic z przeszłości czeka gdzieś blisko... lub gdzieś daleko. Ile z nich było o krok od wyjaśnienia... Może kiedyś.

Jako, że autorka na swoim blogu o tym napisała, to chyba nie zdradzę zbyt wiele, jeśli napiszę, że tomy tej trylogii trzeba czytać naprawdę uważnie, wtedy uda Wam się odkryć, że Martę, Asię i Elwirę łączy nie tylko przyjaźń, nie tylko podjęcie decyzji dokładnie takich, jakie podjęły w przeszłości kobiety z ich drzew genealogicznych, ale coś jeszcze... :)

[koniec spojlera]

Podsumowując, każdemu kto lubi powieści obyczajowe, sagi, trylogie, twórczość polskich autorek, książki przemyślane i bogate w tajemnice, ale również bohaterów, którzy dążyli do szczęścia rodzinnego, polecam! Chyba sporo takich osób powinno się znaleźć po tym co napisałam. Może kogoś skuszą losy bohaterów na przestrzeni wielu lat, którzy byli niepokojeni wojnami? Myślę, że kto przeczyta pierwszy tom trylogii i będzie zachwycony, nie zdoła uciec przed kolejnymi. Z ciekawości. Ja gorąco polecam!







Książka przeczytana w ramach wyzwań: Grunt to okładka, Pod hasłem, Czytelnicze marzenia 2015, 52 książki


Za możliwość przeczytania książki
dziękuję Pani Dagmarze z


wtorek, 20 października 2015

Anna J. Szepielak "Wspomnienia w kolorze sepii"




Autor: Anna J. Szepielak
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Data wydania: 2014
Liczba stron: 448
Seria: Saga małopolska tom 2




Książkę można czytać samodzielnie, jednak polecam czytanie małopolskiej sagi we właściwej kolejności





Lubicie wyjaśniać tajemnice rodzinne i odkrywać "kto, z kim i dlaczego"? Tworzyliście kiedykolwiek drzewo genealogiczne swojej rodziny? Jak daleko w przeszłość udało Wam się dotrzeć? Na drugim roku studiów na zaliczenie jednego z przedmiotów badałam nieco genealogię mojej rodziny, jednak totalnego bakcyla w tym temacie połknął mój mąż, który dotarł już w swych poszukiwaniach do roku 1782, który to rok jest wyliczoną (z aktów urodzenia dzieci) datą urodzenia jednego z przodków. A dlaczego o tym piszę? "Wspomnienia w kolorze sepii" to bowiem kolejna podróż w czasie, poprzez następujące po sobie pokolenia rodziny jednej z bohaterek.


Wszystko rozpoczyna się od roku 1903 w Galicji Wschodniej, kiedy to młoda dziewczyna, córka kucharki we dworze, zostaje wydalona z powodu ciąży. Nie dość, że czasy niesprzyjające brzemiennym pannom, to jeszcze ciąża służącej wynikająca z romansu z właścicielem dworu... Rzecz nie do pomyślenia! Jak potoczą się losy tego dziecka? Autorka poprowadzi nas przez kolejne lata życia tej dziewczynki, kiedy będziemy mogli śledzić jej młodość, małżeństwo a później losy jej dzieci.
Począwszy od roku 1918 poprzez 1920 (I wojna światowa i wojna polsko-rosyjska), czasy drugiej wojny światowej, dwie okupacje, aż po 1948. Na terenach lwowskich, radomskich, we Lwowie, Wrocławiu, Warszawie, na Sądecczyźnie i w Rzeszy. Szeroki wachlarz czasoprzestrzeni przygotowała dla nas autorka. Czego przez te trudne dla Polski lata doświadczyli bohaterowie z przeszłości? Jak radzili sobie z Niemcami, Rosjanami, brakiem żywności, gwałtami, pracami przymusowymi, zniszczeniami, przesiedleniami i nadziejami na odnalezienie zaginionych członków rodziny?

Czasy współczesne to wydarzenia w Małopolsce, Warszawie i Tarnowie w 2012 i 2013 roku. Główną bohaterką tego tomu jest przyjaciółka Marty - Joanna Podlaska, której historię nieszczęśliwej miłości poznaliśmy w powieści "Młyn nad Czarnym Potokiem". Teraz życie Asi i jej bliskich poznajemy bardziej szczegółowo: choroba ojca, ciąża siostry poprzedzona stratą dziecka, zerwanie narzeczeństwa, utrata pracy i szukanie różnych sposobów, by mieć z czego żyć w prowincjonalnym miasteczku. Joanna jednak się nie poddaje i walczy: o siebie i swoją przyszłość. Poważny filar jej egzystencji stanowią przyjaciółki Marta i Elwira oraz siostra Janka (i jej szalone bliźniaczki). Atrakcje w samotnym życiu zapewniają jej pies Tofik, "duchy" mieszkające w pokoju ze zgromadzonymi eksponatami na szkolną uroczystość oraz sny o tajemniczym Filipie, którego tożsamość nieco zaskakuje bohaterkę. Bardziej chyba jednak zwala ją z nóg wiadomość, że do miasteczka powrócił jej były narzeczony - Tomek. Jak w tym ambarasie Joanna skupi się na rzeczach najważniejszych?

Przygotowując prezent dla jednego z dzieci siostry, Aśka udaje się na strych, by odnaleźć tam potrzebne informacje. Znajduje stare dokumenty oraz zdjęcie babci Danusi, urodzonej we Lwowie. Znaleziska tak ją wciągają, że postanawia odbyć podróż w przeszłość śladami przodków. Jednym z punktów zaczepienia jest rozmowa z ciocią z Tarnowa, która oprócz wspomnień ulatujących z pamięci, przechowuje sporo materialnych pamiątek po babci. Joanna zafascynowana kolejnymi śladami rozpoczyna też poszukiwania w internecie. Czy uda jej się kogoś odnaleźć? Co wyniknie z przetłumaczonych dokumentów? Dlaczego w dokumentach są pewne braki, których nie da się wyjaśnić w racjonalny sposób?

Jeśli ktoś stwierdzi, że akcja książki płynie leniwie to nijak nie mogę się z tym zgodzić. Owszem są momenty nostalgiczne, wspomnieniowe czy opisowe, gdzie nikt nikogo nie morduje, nie gwałci, ale ogromną większość lektury czułam narastające we mnie napięcie. Tak wiele wydarzeń na przestrzeni lat, tak wiele ludzi, którzy martwili się o swoją przyszłość i życie swoich dzieci. Ile człowiek musiał wycierpieć, by mieć jakąkolwiek szansę na przeżycie tego piekła. Z uwagą śledziłam nie tylko aktualnie losy Aśki i jej poszukiwania rodziny babci, ale chyba bardziej fascynowały mnie czasy historyczne. A pytanie komu uda się przeżyć, kto zdoła jeszcze być szczęśliwy, wciąż pojawiało się w mojej głowie.

Autorka wykonała ogromną pracę, by przygotować się do napisania książki. Jest świetnie wprowadzające w klimat tło historyczne, które pozwala czytelnikowi zbliżyć się uczuciowo i emocjonalnie do bohaterów. Ci z kolei, są barwni, pełni planów i marzeń, doskonale nakreśleni i w większości z mocnymi osobowościami. Oprócz tych pierwszoplanowych, zżyłam się również z wieloma sympatycznymi bohaterami drugiego planu. Czy się nie pogubiłam? Podobnie jak w tomie pierwszym, tak i tutaj autorka pomogła czytelnikowi odnaleźć się w zawiłościach rodzinnych i na końcu powieści zamieściła drzewo genealogiczne.

Po przeczytaniu dwóch już tomów małopolskiej sagi, zachęcam Was tym bardziej do poznania Marty, Grażyny, Joanny, Janiny i Elwiry - pięciu kobiet, przyjaciółek, których los nie oszczędził i każdej z nich nałożył na plecy ciężary (czyli problemy), które musi dźwigać przez życie. Każda radzi sobie inaczej, każda ma inne marzenia, ale wszystkie wnoszą w tą historię cząstkę siebie. Powieść jest typowym dziełem Anny Szepielak i czyta się ją doskonale, można wręcz przepaść na długie godziny.

Jeśli nie przekonałam Was jeszcze to mam coś specjalnego, tak zwany smaczek. Kiedy czytałam fragment dotyczący uroczystości weselnych babci Joanny - Danuty i wypowiedź jednego z biesiadników dotyczący jej wyglądu, od razu skojarzyłam to z początkiem powieści. Pewne imię okazało się być słowem-kluczem i tym bardziej, w tamtej chwili, nie mogłam doczekać się poznania trzeciego tomu tej trylogii "Znów nadejdzie świt".






Już jutro zapraszam na recenzję tomu trzeciego trylogii


Książka przeczytana w ramach wrześniowych wyzwań: Grunt to okładka, Pod hasłem, Czytelnicze marzenia 2015, 52 książki

poniedziałek, 19 października 2015

Anna J. Szepielak "Młyn nad Czarnym Potokiem"




Autor: Anna J. Szepielak
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Data wydania: 2013
Liczba stron: 528
Seria: Saga małopolska tom 1










W czasach licealnych mieszkałam w internacie i Basia - jedna z koleżanek - "zaraziła" mnie czytaniem sag. Od kogoś ze swojej klasy pożyczała kolejne tomy, przynosiła do internatu i czytałyśmy. Czasami - mimo obowiązkowych lektur czy zadań domowych - udawało mi się przeczytać nawet dwa tomy dziennie. Wciągnęłam się bardzo. Zapytacie zapewne co to była za saga? "Saga o Ludziach Lodu" Margit Sandemo licząca czterdzieści siedem tomów. Potem przeczytałam "Sagę o Czarnoksiężniku" a następnie "Sagę o Królestwie Światła", która łączy dwie poprzednie sagi w całość. To właśnie tamten czas sprawił, że pokochałam te wielotomowe, wielowątkowe opowieści o kolejnych pokoleniach danego rodu. Aktualnie czytuję sagi, ale z mniejszą liczbą tomów. Długo czekałam, by sięgnąć po małopolską sagę Anny J. Szepielak, ale chciałam przeczytać poszczególne tomy w krótkim odstępie czasu. Czy po satysfakcjonującej lekturze "Dworku pod Lipami" i "Zamówienia z Francji" również trylogia przypadnie mi do gustu? Zapraszam na moje wrażenia.

Trzydziestoletnia Marta jest konserwatorką dzieł sztuki, jednak musiała zrezygnować z pracy, by zająć się swoją pięcioletnią córeczką Ulą. Dziewczynka ma bowiem bardzo słabą odporność i często choruje. Jedynym żywicielem rodziny jest Adam, mąż Marty, który jest geologiem aktualnie na ciepłem posadce w muzeum. Wyobraźcie sobie taką rodzinną sytuację, kiedy dziecko wciąż choruje, mąż jest często nieobecny i nie chce brać udziału w życiu rodziny a Marta będąca bez pracy a z dużymi aspiracjami, miota się po mieszkaniu starając się jakoś ogarnąć wszystkie obowiązki, łącznie z rozparcelowaniem pieniędzy i do tego nie zwariować. A tu nagle jak grom z jasnego nieba dowiaduje się, że szanowny małżonek dostał świetną propozycję pracy, oczywiście świetnie płatnej, na wykopaliskach w ... Anglii. Młodsza, obrotna i żywiołowa siostra Marty - Grażyna - stara się ją wesprzeć w tej trudnej sytuacji, bowiem Adam za żadne skarby nie dał się przekonać do pozostania w kraju. By nie zwariować a wręcz oderwać się od problemów stolicy Marta wraz z córeczką wyjeżdża do rodziców, do miasteczka pod Nowym Sączem.

Zmiana otoczenia, klimatu i zajęć sprawia, że Ula mniej choruje a Marta zaczyna myśleć o ich rodzinie w perspektywie dwóch a nie trzech osób. Zamierza skupić się na przygotowaniach do Wielkanocy, które w tym roku będą bardzo wyjątkowe. Z Ameryki na kilka dni ma przylecieć Katarzyna - kuzynka mamy wraz z córką i nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że jeszcze nigdy w Polsce nie były. Znają ją tylko z opowieści Kazimiery (matki Katarzyny), czyli siostry Marii - babci Marty. W trakcie wizyty goście mają zwiedzić kilka najciekawszych polskich miast wraz z Grażyną a potem, właśnie na święta, przyjechać pod Nowy Sącz, by przepisać notarialnie prawa do tytułowego młyna oraz poznać jak wygląda wielkanocna tradycja w Małopolsce.

Zanim jednak młyn przejdzie w ręce Piotra, kuzyna Marty, kobieta postanawia sprawdzić czy nie zostały w nim pamiątki po babci. Kiedy po eksploracji wraca do domu rodziców, jest bogatsza w ciekawe znaleziska, ale i zaintrygowana tajemnicami, które odkryła. Marta zaczyna zauważać wtedy, że jej mama na dźwięk imienia pradziadka Mikołaja zawsze zmienia temat, jakby nie chciała zdradzić jakiegoś sekretu. Stara się podejść rodzicielkę i uzyskać jak najwięcej informacji o przeszłości rodziny, jednocześnie planując mnóstwo spraw dotyczących świąt. Może amerykańska gałąź rodziny będzie wiedziała więcej na tematy, których w kraju ona rozgryźć nie jest w stanie? Co takiego zrobił Mikołaj, że potomkowie nie chcą o nim rozmawiać?

Teraźniejszość przeplata się w tej powieści z przeszłością. Organizacja rodzinnego zjazdu, spotkania z dawno niewidzianymi przyjaciółkami, konflikty (na odległość) z mężem, zajmowanie się córeczką i próba ułożenia strzępków informacji w porządną rodzinną historię - to sprawy zaprzątające umysł Marty. To czego nie dowiadujemy się z normalnej narracji, znajdujemy w zapiskach, które prowadzi Marta w formie bloga. Natomiast dzieje przodków Marty poznajemy z listów lub opowieści różnych członków rodziny. Jak to się stało, że Maria wyszła za Mikołaja? Jak radzili sobie w trudnych politycznie, wojennych czasach? Dlaczego właściciel młyna porzucił rodzinę i z młodą służącą wyjechał i słuch po nim zaginął? Czy Marcie uda się rozwiązać największe rodowe zagadki?

Autorka poruszyła a książce wiele ważnych kwestii i to nie tylko aktualnych, ale i tych z przeszłości: problemy małżeńskie, konieczność zarobkowania za granicą, chorowite dziecko, brak szans na samorealizację zawodową, rozwody czy brak pieniędzy. Anna Szepielak zadbała o czytelnika pod każdym względem - znajdziemy tu bowiem coś dla ciała i dla ducha. Z jednej strony otrzymałam ucztę literacką, ponieważ styl, język i opisywany temat czytają się doskonale, z drugiej zaś - tajemnice, zagadki, romanse, zniknięcia i próba odkrycia tych niesamowitych i fascynujących historii. A wszystko to przesycone smakami i zapachami potraw, których przepisy są przekazywane z pokolenia na pokolenie.

Chcecie poznać nieco tajemnic rodziny Marty? Ogromnie Was zachęcam do rozpoczęcia przygody z małopolską sagą Anny Szepielak, bowiem to porywająca książka zakończona bardzo zaskakującym epilogiem. Byłam w szoku!





Już jutro recenzja drugiego tomu "Wspomnienia w kolorze sepii". 



Książka przeczytana w ramach wrześniowych wyzwań: Grunt to okładka, Pod hasłem, Czytelnicze marzenia ejotka, 52 książki

sobota, 17 października 2015

Anna Klejzerowicz "List z powstania"




Autor: Anna Klejzerowicz
Wydawnictwo: Filia
Data wydania: 2014
Liczba stron: 328











Z twórczością Anny Klejzerowicz spotkałam się po raz pierwszy w kwietniu tego roku, kiedy zatopiłam się wręcz w lekturze "Medalionu z bursztynem". Komentujące tamten post osoby, serdecznie polecały przeczytanie "Listu z powstania", ale jak wiadomo potrzebna jest TA chwila, by po daną książkę sięgnąć. Mnie zmobilizowało wyzwanie "Gra w kolory II" u Magdalenardo. Czy było warto?

Do chwili wybuchu drugiej wojny światowej mogli o sobie powiedzieć, że są szczęśliwą rodziną, z dwójką dzieci, mieszkającą na warszawskim Żoliborzu. Doktorostwo Bańkowscy cieszyli się swym w miarę normalnym wojennym już życiem aż do momentu, gdy ich starsza córka Hania została łączniczką i zaczęła brać czynny udział w Powstaniu Warszawskim. Na szczęście młodszą pociechę Julię, jako kilkuletnią dziewczynkę, wywieziono wcześniej na wieś. Jakim szokiem dla takiego dziecka musi być nagła wiadomość, że rodzice nie żyją, dom spłonął a jej siostra zaginęła. Julka trafia najpierw do sierocińca, ale później cioci Zofii udaje się zabrać małą do siebie i wychować jakby była jej własną córką.

Fabuła skupia się jednak na czasach współczesnego Gdańska, kiedy to Julia jest już mężatką i matką Marianny, ale również pogrążoną w rozpaczy po stracie młodszego dziecka kobietą. Wykorzystując kontakty męża próbują dotrzeć do prawdy o Hannie, ponieważ nikt nigdy nie wskazał jej grobu, nie potwierdził jej śmierci. Dlatego Julia - czując że siostra żyje - chce za wszelką cenę ją odnaleźć. I to dosłownie za wszelką. Jaką cenę zapłaci za chęć poznania prawdy o zaginionej? Śledztwo prowadzone najpierw z mężem a potem z córką wśród zmieniających się ustrojów, zmienia ich dotychczasowe życie diametralnie. Obsesja z jaką matka a potem córka próbują dowiedzieć się czegokolwiek o Hannie Bańkowskiej jest obezwładniająca. Nie bacząc na Służby Bezpieczeństwa, milicję, rewizje czy nawet zagadkowe zgony, powolne ale systematyczne poszukiwania trwają.

Autorka doskonale pokazała jak bardzo wojna może zmienić życie człowieka. Ile smutku, rozpaczy, tragedii i nieszczęścia staje się naszym udziałem. Z jednej strony rozumiem Julię, która w obliczu utraconych rodziców i dziecka, chciała uchwycić się ostatniej szansy na powiększenie się rodziny o jeszcze jednego żyjącego członka - siostrę. Jednak czy to co spotkało ją w trakcie obsesyjnych poszukiwań, nie powinno dać jej do myślenia? Czy nie powinna odpuścić zanim nie było za późno? Czy warto było poświęcić wszystko? W imię czego? W imię rozgrzebanej przeszłości, której biegu zmienić nie mogła, mogła zaś uratować teraźniejszość i przyszłość swojej córki. Ta historia mogła zakończyć się zupełnie inaczej! Dlaczego ślepa wiara w niemożliwe wygrała?

Anna Klejzerowicz tak pokierowała bohaterami, że podejmowali takie a nie inne decyzje. Przez całą lekturę usiłowałam sama odkryć, co mogło stać się z Hanną. Próbowałam, jak detektyw Poirot z kryminałów Christie, z maleńkich strzępków informacji wydedukować co mogło wydarzyć się podczas powstania. Czy to przypadek, że Bańkowscy zginęli? Czy Hanna faktycznie żyje a jeśli tak to gdzie i jak jej szukać... Jednak autorka tak sprytnie wodziła mnie za nos, dorzucała takie szczegóły, zmieniała biegunowość bohaterów (kto, kiedy i w czyjej perspektywie jest po stronie dobra lub zła), że do samego końca nie wiedziałam jaki będzie finał. I muszę pochylić głowę przez panią Anną! To istny majstersztyk. Tytułowy list, który pojawia się pod koniec lektury wyjaśniający wszystko... No po prostu bajka, choć patrząc pod kątem zawartych w nim treści to raczej dramat. Czułam się jak dziecko, któremu ktoś dał wyśmienitą tabliczkę czekolady, idealnie rozpływającej się w ustach. Nie spodziewałam się takiego wyjaśnienia, choć były momenty, że autor tegoż listu wydawał mi się mocno podejrzany.

Moja radość, że sięgnęłam wreszcie po ten tytuł, jest przeogromna. Jeśli tylko macie taką szansę, nie wahajcie się, bo to istna uczta literacka. Ktoś powie, że nie lubi książek historycznych, ale wątek ten jest jedynie doskonale nakreślonym tłem. Autorka w żaden sposób nie skupia się na polityce. Jedynie wprowadza odpowiedni klimat, by czytelnik całkowicie zrozumiał działania bohaterów. Książki nie zaliczyłabym również do zwykłych obyczajówek, ponieważ sporo tutaj zdarzeń wprost z filmów sensacyjnych. Jak zatem określiłabym "List z powstania"? Powieść obyczajowo-sensacyjna z nutką historii i tajemnicy. Powieść, która wciąga i kusi, by nie przerywać czytania, bo może już na następnej stronie znajdzie się klucz do prawdy?





Książka przeczytana w ramach wyzwań: Gra w kolory II, Grunt to okładka, Czytelnicze marzenia 2015, 52 książki

czwartek, 15 października 2015

Agnieszka Krawczyk "Ogród księżycowy"




Autor: Agnieszka Krawczyk
Wydawnictwo: Filia
Data wydania: kwiecień 2015
Liczba stron: 506
Seria: Magiczne miejsce tom 3




Jeśli nie znasz poprzednich tomów serii, czytasz recenzję na własną odpowiedzialność





Agnieszka Krawczyk długo czekała, aż coś mnie natchnie do sięgnięcia po jej książki. Ale kiedy już iskra zadziałała, to każda kolejna lektura kończy się... oczekiwaniem na następny tom. Kiedy zamykam okładkę, wzdycham i myślę o eterycznym klimacie powieści, w który miałam szansę się zagłębić. Najchętniej pozostałabym w tym świecie wykreowanym przez autorkę, bo mimo że nie jest idealny to przepełniają go pozytywne uczucia i emocje. Czy "Ogród księżycowy" również skradł moje serce?

Dolina mgieł i róż w Idzie zaczyna rozkwitać w świetle wiosennego słońca. Życie przynajmniej z pozoru jest sielanką, toczy się swoim rytmem a każdy mieszkaniec wie, co czeka go u progu nowego dnia. Pałacowy hotel prowadzony przez Mossakowskich jest wciąż wielką pasją Mili, która dzieli swój czas pomiędzy rozszerzanie działalności a maleńką córeczkę. Hrabina Tyczyńska rozwija produkcję kosmetyków pod marką "Królowej Róż" a Marek Rokosz, miejscowy biznesmen uprawia ogromne połacie aromatycznych ziół.  Społeczność gminy powiększa się o dwie nowe bohaterki: dwunastoletnią Nikę oraz jej mamę Kalinę - właścicielkę sklepu ogrodniczego, która nie do końca przypadła miejscowym do gustu, wywołała nawet kilka sprzeczek, ale tworzone przez nią ogrody zainspirowały mieszkańców do zmian w przydomowych ogródkach. Czy mieszkańcy Idy, Lipnika i Brzózek dadzą Kalinie szansę na wejście do lokalnej społeczności? Czy sama bohaterka zdoła zmienić swoje zachowanie i zechce otworzyć się na nowe znajomości?

Na pierwszym planie powieści obserwujemy rozwijającą się miłość między znaną pisarką Sabiną Południewską a lokalnym lekarzem - Krzysztofem Doleckim. Powieściopisarka po niedawnym sukcesie napisanej w Idzie książki, zasiadła już do pracy nad kolejnym dziełem inspirowanym widokiem z jej nowego domu. Udało jej się bowiem kupić i wyremontować wymarzony domek na Modrzanach, nazywany przez Julinkę "Bluszczem". Część swojej ziemi przeznaczyła nawet na dodatkową uprawę róż dla hrabiny. Jedynie jej własny ogród zieje pustką i odstrasza zwałami ziemi. Jednak stworzeniem cudu ma się zająć wspomniana Kalina, której pomysł na zagospodarowanie terenu w ogrodzie Południewskiej wywołuje ogromny zachwyt nie tylko właścicielki.

Żeby Sabina nie nudziła się mając tak "mało" obowiązków, szwagierka Mili - Carmen - postanawia mianować się jej agentką i rozpoczyna podbój rynku argentyńskiego, wprowadzając tam przetłumaczone powieści Południewskiej. Pisarka musi czuwać zatem nad poprawnością tłumaczeń, ale również znosić obecność irytującego kolumbijskiego reżysera, który ma nakręcić film dla telewizji. Jakie zabawne sytuacje wynikną z obecności Rogera de Bai? Co ukrywa tajemniczy włóczęga, którego obecność w swoim ogrodzie odkryje Sabina? Jest też niezwykły kot, który dodaje tej historii nieco magii.

Jednak to nie koniec wrażeń i niespodzianek. Największą jest bowiem nagłe pojawienie się w Idzie pewnej młodej i dość oryginalnie ubierającej się kobiety. Czy wyzna prawdziwy powód swojego przyjazdu? Dlaczego nie chce przyznać się kim jest? Dlaczego w jej głowie zakiełkował niecny plan rozdzielenia Sabiny i Krzysztofa? Co takiego zdarzyło się w jej życiu, że teraz próbuje zniszczyć szczęście innym? Czy zaplanowany na piętnastego sierpnia ślub ma prawo się odbyć w obliczu słów wypowiedzianych przez Lolę?

Autorka każdą kolejną powieść utrzymuje w klimacie, który już pokazała czytelnikowi na początku serii. Jest ciepło, spokojnie, ale i nie brakuje problemów, rozterek, tajemnic i skandali. W osobie nowych bohaterów, którzy przybywają do Idy, odnajdujemy nowe życiowe sytuacje jak rozwody, rozstania, problem samotnych rodziców czy wychodzące na światło dnia demony przeszłości. Wspomniałam o Kalinie, jej córce, Loli, Rogerze czy Sebastianie, ale to nie wszystkie postacie, których świetnie i z pasją wykreowała pani Agnieszka. Kilku barwnych bohaterów z bagażem doświadczeń poznajemy przecież dzięki pewnemu kursowi zorganizowanemu w pałacu. Co ciekawego do powieści wniosą ich życiorysy?

Podobnie jak poprzednia powieść, tak i ta, aż kipi zapachem kwiatów, perfum i ziół. Zapachy otulają nozdrza a wzrok cieszy feeria barw, którymi przepełniona jest Ida. Dodatkowym bodźcem dla czytelnika są wspomniane w tekście liczne odniesienia do filmów i książek, które autorka gorąco poleca. W powietrzu unosi się też mnóstwo emocji i uczuć, zresztą nie tylko miłości. Ale to ona wysuwa się na pierwszy plan, pokazując że warto kochać, ale nie zatrzymywać w sercu zadr z przeszłości, bo mogę w poważny sposób rzutować na naszą przyszłość. Oprócz trwającego już uczucia dojrzałego mamy szansę śledzić dwa zauroczenia (w tym jedno młodzieńcze), na których rozwój liczę w kolejnym tomie. Zresztą "Ogród księżycowy" zdradził nieco, skąd wzięła się inspiracja dla tytułu "Jezioro szczęścia". Tym bardziej pozostaje mi oczekiwać na niezwykłe sceny, w tym jakże magicznym miejscu.

Agnieszka Krawczyk posiada niezwykły dar zainteresowania czytelnika, przyciągnięcia jego uwagi na początku powieści, bo potem umiejętnie tą ciekawość podsycać tajemnicami i intrygami. Autorka nie zapomina też o humorze, ciekawych i różnorodnych tematycznie dialogach oraz o nutce napięcia i niepewności.

Niezwykłość tej książki i moje dla niej uwielbienie, to nie tylko sympatyczni bohaterowie, w większości spokojna akcja oraz eteryczne zapachy. To również lekkość pióra autorki, jej zrozumienie dla problemów zwykłych ludzi, którzy żyją tuż obok nas, ale i chwilami bajkowy, przepiękny świat kwiatów, barwnych i aromatycznych ziół oraz księżycowego ogrodu Sabiny. Ja to naprawdę widziałam oczami wyobraźni i czułam nieziemskie aromaty. Wystarczyło zamknąć na chwilę powieki, by obrazy te wypełniły mnie całkowicie. Czyż w takim klimacie nie można się odprężyć, zrelaksować i zapomnieć o chłodzie, głodzie czy niezapłaconych rachunkach? Na stałe się nie uda, ale choć na krótką chwilę żeglowania po stronach powieści - owszem.





Książka przeczytana w ramach wyzwań: Grunt to okładka, Czytelnicze marzenia 2015, 52 książki



Seria Magiczne miejsce:
Magiczne miejsce
Dolina mgieł i róż
Ogród księżycowy
Jezioro szczęścia


środa, 14 października 2015

Penny Jordan "Wszyscy mają się dobrze"




Tytuł oryginalny: A Perfect Family
Tłumaczenie: Klaryssa Słowiczanka
Wydawnictwo: Harlequin
Data wydania: luty 2014
Liczba stron: 320
Seria: New York Times Bestselling Authors: Powieść obyczajowa








Duże, bogate i z tradycjami sięgającymi wielu pokoleń wstecz - mowa o rodzinach, w których z pozoru wszystko jest idealnie, ale czy na pewno? Zwodniczy tytuł tej książki sugerował mi miłą i relaksującą chwilę z romansem i szczerze mówiąc wcale nie była to tak lekka lektura.

Na pierwszy plan w historii angielskiej rodziny Crighton wysuwają się bracia bliźniacy: David i Jonathon, którzy wkrótce będą obchodzili pięćdziesiąte urodziny w sporą część książki zajmują przygotowania do tejże uroczystości. Bo przecież musi być z rozmachem. David - pierworodny syn Bena, seniora rodu z prawniczymi tradycjami, apodyktycznego i nie znoszącego sprzeciwu w sprawach rodzinnych. David ma charyzmę, stara się sprostać wymaganiom ojca, jednak jego obojętność na problemy innych, egoizm i zadufanie w sobie sprawiają, że nie jest darzony sympatią. Nie spełnił też pokładanych w nim nadziei, że zostanie szanowanym członkiem palestry. Zamiast tego przywiózł do domu wstyd, rozczarowanie i modelkę w ciąży. Tiggy myśli tylko o swojej urodzie a wszelakie problemy tuszuje zakupami. Szansę na wybicie się w prawniczym światku ma córka Tiggy i Davida - Olivia, zdolna i ambitna dziewczyna, zakochana w Casparze, Amerykaninie.

Młodszy z bliźniaków - Jonathon, prowadzi rodzinną kancelarię prawną i stara się "po prostu być", czyli załatwiać sprawy, których się od niego wymaga, pomagać, wspierać i być zawsze w cieniu Davida. Przy jego boku błyszczy wewnętrznym światłem dobra żona - Jenny, która zresztą sobie nie zdaje z tego sprawy, ponieważ jest osobą skromną, ciepłą i pełną kompleksów w odniesieniu do Tiggy. Jen prowadzi antykwariat i jest współorganizatorką urodzinowego przyjęcia bliźniaków. Niezłym charakterkiem jest syn Jonathona i Jenny - Max, który nie patrząc na nic zamierza zrobić oszałamiającą karierę prawniczą. Tylko jaką będzie musiał zapłacić cenę?

Jak to w dużych rodzinach bywa, bohaterów jest oczywiście więcej: najmłodsze latorośle Davida i Jona, czyli Joss i Jack oraz bliźniaczki Jona Louise i Kate; siostra Bena - Ruth (której niespełniona miłość rzuciła cień na całe jej życie), zakochany w Olivii jej dalszy kuzyn Saul oraz cała gałąź rodziny z Chester. Bo trzeba Wam wiedzieć, że w 1917 roku Josiah Crighton wraz z ciężarną żoną Bethany opuścił Chester, by w Haslewich wynająć skromne mieszkanie. Młodzi pozbawieni przychylności rodziców i obiecanego Josiahowi stanowiska w rodzinnej firmie prawniczej, musiał radzić sobie sam i zapewnić byt najbliższym. To właśnie z tej wyklętej części rodziny pochodzi Ben. Jednak na zjeździe rodzinnym pojawia się wielu członków, którzy nie odgrywają większej roli w tej historii.

Crightonowie to teoretycznie rodzina poważana, zwłaszcza w prawniczym światku, żyjąca w dostatku i nie mająca problemów. Uwierzcie, to tylko taka maska, ponieważ im głębiej zaczniemy zaglądać, im dalej wściubimy nosy, im bardziej będziemy dociekać, tym więcej zamiecionych pod dywan problemów odnajdziemy. I szczerze mówiąc, nie są one zbyt przyjemne. Rękaw ze skandalami rozsypuje się w chwili, gdy podczas urodzinowego przyjęcia swoją mowę chce wygłosić David, nagle upada na stół i zostaje odwieziony do szpitala. Nie bez znaczenia jest fakt, że przed imprezą odebrał telefon z domu opieki. Tajemnicza sprawa, prawda?

Książki nie czytało mi się ani szybko ani przyjemnie. Nie czułam jakoby była lekka i odprężająca. Owszem autorka przedstawiła bogaczy z Anglii, którzy udowadniają, że pieniądze to nie wszystko, bo powinniśmy skupić się na miłości, zaufaniu, szczerości. Są też trudne tematy utraty ukochanych czy dzieci oraz problemów zdrowotnych, jednak gdyby nie wyzwanie Magdalenardo i konieczność napisania recenzji, to nawet nie byłoby tego tekstu. Styl autorki (albo to wina tłumaczenia) do mnie nie przemówił, użyła wielu trudnych słów i to nawet nie z dziedziny prawa a uważam, że można było użyć łatwiejszych w zrozumieniu synonimów. Ja nie polecam, ale może ktoś ma odmienny gust i będzie z lektury zadowolony.




Książka przeczytana w ramach wyzwań: Gra w kolory II, 52 książki


Lubicie Agathę Christie? Mam coś nietypowego: Liebster Blog Award - Agatha "odpowiada" na pytania

wtorek, 13 października 2015

Podyskutujemy? #4

Od maja nie było u mnie żadnego panelu dyskusyjnego :( I to nie dlatego, że nie mam pomysłów na tematy... Chodzi o coś, czego nam wszystkim najbardziej brakuje - o czas.



Tematem dzisiejszej dyskusji, do której mam nadzieję się włączycie są PREZENTY. Przecież małymi kroczkami zbliżają się Mikołajki i Święta Bożego Narodzenia.


Jestem ciekawa jakie prezenty lubicie dawać? Takie o jakich ten ktoś marzy od dawna i chcecie spełnić to marzenie. Czy może będzie to coś oryginalnego, co ma sprawić że ta osoba zmieni swój pogląd na pewne sprawy czy nawet zrobi z tego nowe hobby. Stawiacie na oryginalność, czy kupujecie "kurzołapki", rzeczy wymarzone i przemyślane czy takie na szybko, byle coś dać. Myślicie o tym, bo to był prezent tylko dla tej osoby czy np. coś do domu, z czego skorzystają wszyscy.
Czym cieszycie się najbardziej? Czy tylko książki wywołują mega uśmiech na Waszych twarzach?

Piszcie!

A ja podam Wam kilka przykładów prezentów z mojego życia. Skupię się może na kilku okazjach, kiedy to ja dostałam prezenty.
Około 2 lata temu dostałam portfel - czerwony :) Noszę go nadal, bo ma dobry układ i doskonałą liczbę przegródek na wszelkie karty punktowe i stałego klienta, których na rynku nie brak...
Czy otrzymywanie książek muszę w ogóle komentować? Nie będę :) Wspomnę tylko, że tak naprawdę na typowe okazje prezentowe dostaję od innych naprawdę mało książek.
Ale mimo, że uwielbiam książki to niekoniecznie na każdą okazję muszę dostawać tylko to. Chętnie przyjmuję i inne ulubione przedmioty np. likier, balsam do ciała, ubóstwiane wiśnie w likierze, kremy, perfumy - pytanie tylko brzmi - na ile będę się z nich cieszyć ja sama. Wiecie na pewno o co mi chodzi.

Lubię kiedy prezenty są dla mnie, nie dlatego że nie chcę się podzielić, że jestem egoistką czy coś w tym stylu, tylko chciałabym mieć szansę nacieszyć się tym prezentem. Bo kiedy ja kupuję, to też po to, by obdarowana osoba miała z tego radość.
Lubię też kiedy prezent może być przeze mnie wykorzystany, czyli tak zwany trafiony :)


P.S. Już jutro zapraszam na post nr 700! :)

poniedziałek, 12 października 2015

Marta Galewska-Kustra "Zeszytowy trening mowy, czyli ćwiczenia logopedyczne dla dzieci"




Autor: Marta Galewska-Kustra
Ilustracje: Joanna Kłos
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Data wydania: wrzesień 2015
Liczba stron: 64
Przedział wiekowy: 0-10









Dwa miesiące temu rozpoczęłyśmy z córą wspólną naukę poprzez zabawę (czyli najlepsze z możliwych rozwiązań dla kilkulatka) z serią "Uczę się wymawiać", która jest skierowana nie tylko dla nauczycieli, logopedów, ale również rodziców. To oni są przecież pierwszymi nauczycielami swoich dzieci. Książeczka "Z muchą na luzie ćwiczymy buzie ..." bardzo się mojemu dziecku spodobała i często do niej wracamy.

Tym razem Marta Galewska-Kustra proponuje nam sześćdziesiąt cztery strony zadań, w trakcie wykonywania których, rodzic może sprawdzić jak dziecko radzi sobie z wymową najbardziej kłopotliwych głosek: k, dz, g, l, ś, ź, ć, dź, s, z, c, sz, ż, cz, dż, r. Wymyślone przez autorkę ćwiczenia zostały podzielone według wieku dziecka i stopnia trudności a przede wszystkim - muszę to podkreślić - są bardzo ciekawymi i wesołymi historiami: pomagamy Kaziowi podpisać zdjęcia z wakacji, odgadujemy zagadki zadane przez Agatkę, jedziemy autobusem i czytamy nazwy przystanków, odwiedzamy mysią norkę i wieżowiec żółwia Andrzeja, ale również łączymy, uzupełniamy i opowiadamy. Jest też gra planszowa! Są zadania, w których trzeba coś dopasować, wyszukać, ale przede wszystkim dużo wymawiać. Nawet jeśli nie wszystkie zadania przypadną do gustu naszego dziecka, to naprawdę jest w czym wybierać i nie wierzę, że maluch nie znajdzie czegoś właśnie dla niego.

Żeby cztero- czy pięciolatek się nie nudził jedynie tylko siedząc i wymawiając, książeczka zmusza do pracy manualnej. Spora część zadań wymaga bowiem sprawnego posługiwania się nożyczkami i klejem, bowiem na kilku ostatnich stronach znajdują się elementy, które dziecko musi wyciąć i wkleić we właściwe miejsca. Nad całością czuwają nie tylko rodzice, ale również trener Leszek. A na koniec, w nagrodę za trudy myślenia, mówienia i liczne starania, choć może nawet nie zakończone sukcesem, czeka dyplom. Wystarczy tylko wypisać i wyciąć, bo przecież nic tak nie motywuje malucha do ponownego działania jak pochwały czy nagrody, prawda?

Mojej córce najwięcej radości sprawiła strona z poznaną wcześniej muszką Fefe i teraz sama bierze do ręki książeczkę, otwiera na stronie 44 i poprawia błędną wymowę tego owada. Dzięki "Zeszytowemu treningowi mowy..." wspólnie spędzony czas okazał się nie tylko radosny, ciekawy i oryginalny, ale też pokazał, z którymi głoskami moja niespełna pięciolatka musi jeszcze popracować. Na szczęście jest ich niewiele. Według autorki, robiąc zaproponowane zadania ćwiczymy nie tylko artykulację, ale i słuch fonemowy, sprawność grafomotoryczną, koncentrację oraz wyobraźnię twórczą. I ja się z tym całkowicie zgadzam.

strony do wycinania
By zadania wydawały się dziecku atrakcyjniejsze, Joanna Kłos zadbała o
graficzną stronę tej pozycji edukacyjnej. Stworzyła ciekawe ilustracje naszych oryginalnych bohaterów i sprawiła jednocześnie, że już same obrazy wzbudzają w dziecku chęć poznania kolejnych zadań. Dodatkowym atutem zeszytu ćwiczeń jest brak naklejek. Nie mam nic przeciwko nim, ale rynek zalała fala "naklejanek", które nie wymagają od dziecka zbyt dużych umiejętności czy wysiłku (no chyba, że zostały kiepsko docięte) i dlatego niniejsza publikacja jest jakże oryginalniejszym pomysłem na uzupełnienie pustych pól w książeczce. Ponadto szeroki wachlarz i spora liczba zadań sprawiają, że nawet po godzinie nie wszystkie są jeszcze zrobione i zabawa nie kończy przez długi czas.









Wszystkie ilustracje pochodzą z książeczki




Książka przeczytana w ramach wyzwań: Gra w kolory II, 52 książki



Za możliwość przeczytania książki
dziękuję Pani Dagmarze z


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...